post-title Zenon Kosiniak-Kamysz: „Polaków bardziej widać nie ze względu na liczebność, ale ze względu na aktywność“

Zenon Kosiniak-Kamysz: „Polaków bardziej widać nie ze względu na liczebność, ale ze względu na aktywność“

Zenon Kosiniak-Kamysz: „Polaków bardziej widać nie ze względu na liczebność, ale ze względu na aktywność“

Pod koniec czerwca swoją misję dyplomatyczną kończy ambasador pełnomocny i nadzwyczajny RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz. W wywiadzie dla naszego miesięcznika podsumowuje czteroletni okres pobytu w Słowacji.

 

Objął Pan urząd ambasadora cztery lata temu w przededniu wejścia Polski i Słowacji do Unii Europejskiej. Był to niewątpliwie przełomowy okres. Jakie zmiany zaobserwował Pan w stosunkach polsko-słowackich?

Jestem wdzięczny losowi, że mogłem przebywać w kraju naszych sąsiadów w tak ciekawym, historycznie przełomowym okresie. Oprócz symbolicznego przecięcia szlabanu na granicy między Polską a Słowacją zniknęły szlabany zarówno w sensie dosłownym, jak i mentalnym. Zmieniło się bardzo dużo w zakresie wymiany towarowej. Słynne wycieczki wielopokoleniowe po meble do Polski, kiedy to każdy z członków rodziny mógł kupić ograniczoną ilość towaru, należą już do przeszłości. Dziś każdy może zakupić określone produkty bezpośrednio w Polsce czy też poprzez pośrednika handlowego. Mamy do czynienia z dużym napływem polskich towarów, począwszy od artykułów rolno-spożywczych, przez osławione meble, na oknach plastikowych i artykułach budowlanych kończąc. Ale to nie jest tylko ruch w jedną stronę, również słowackie towary goszczą na rynku polskim.


Pojawienie się polskich towarów na rynku słowackim swego czasu wywołało dyskusję na temat ich jakości. Czy podobna sytuacja miała miejsce w Polsce?

Nie. Trzeba pamiętać, że Polska to dużo większy rynek, bardziej chłonny, a więc bardziej przyzwyczajony do konkurencji. Problemy, o których mowa, pojawiły się zaraz po wejściu do Unii. Słowaccy przedsiębiorcy, często monopoliści, przestraszyli się konkurencji. Uświadomili sobie, że nie mogą dyktować cen. Słynna wojna kartoflana w wydaniu polsko-słowackim polegała na oskarżeniu strony polskiej o eksport na Słowację rzekomo skażonych ziemniaków, których spożycie jest szkodliwe dla zdrowia. Była to wierutna bzdura, nie poparta żadnymi przesłankami. Na szczęście udało się nam umieścić w mediach słowackich sprostowanie.


Dochodziło do innych zgrzytów?

Na początku Słowacy nie potrafili zrezygnować ze starych przyzwyczajeń. Dotyczyło to procedury stosowania podwójnych cen, czyli za te same usługi, oferowane Słowakom, cudzoziemcy płacili podwójne ceny, także podczas wizyty w operze, pobytu na basenie czy w hotelu. Przypomnieliśmy więc nowemu członkowi Unii Europejskiej, że według prawa unijnego takie zachowania określane są jako dyskryminacja pochodzenia. Niebawem problem zniknął. Jednakże w tym niefortunnym okresie zainteresowanie Słowacją ze strony polskich truystów spadło. Ale to przecież było logiczne: nie chcieliśmy być robieni w konia! To się skończyło. Jeżeli chodzi o ruch turystyczny, to z satysfakcją należy odnotować, że nie jest to ruch w jedną stronę. Polacy chętnie przyjeżdżają na słowackie piwo, a Słowcy podróżują nie tylko na kilkugodzinne zakupy, ale coraz częściej w celach turystycznych.


Promocją ruchu turystycznego zajmuje się Polska Organizacja Turystyczna, która, niestety, nie ma swojego przedstawicielstwa na Słowacji. Dlaczego?

Bardzo żałuję, że nie ma tu przedstawicielstwa POT. Uważam, że Słowacja zasługuje na to, żeby ta organizacja zainteresowała się nią, co niewątpliwe zwiększyłoby ruch turystyczny między

naszymi krajami.

Czy zwrócenie uwagi na to i podpowiedzenie stronie polskiej, że jest takie zapotrzebowanie, nie jest zadaniem ambasady?

Niewątpliwie jest i zadanie to, przynajmniej ze strony ambasady, zostało spełnione.


Zlikwidowano szlabany między nowymi członkami UE, ale zapewne nie oznacza to, że zniknęły wszystkie problemy.

Największy problem mamy z infrastrukturą. Tym problemem będzie zajmować się mój następca i, niestety, pewnie jego następca. Tempo budowy dróg, autostrad, połączeń kolejowych nie będzie nadążało za potrzebami. Mówi się o priorytetach, o osi północ – południe, a buduje się często na linii wschód – zachód. Z umów polsko-słowackich sprzed kilku lat wynika, że autostrady powinniśmy mieć dawno temu. Teraz widzimy, że prace nad ich budową do Żyliny są kontynuowane w szybkim tempie z określonych względów.


Wygląda to na to, że słowa polityków nie są tak zobowiązujące, jak słowo dane inwestorowi.

Niestety. Potrzeby są większe niż możliwości. Mam nadzieję, że po polskiej stronie będziemy mieć do czynienia ze znacznym polepszeniem infrastruktury, również ze względu na kalendarz. W roku 2012 będziemy współgospodarzami Mistrzostw Europy w piłce nożnej i to stanowi dla nas olbrzymie wyzwanie w zakresie infrastruktury.


Ale to znowu będzie kierunek wschód – zachód!

Na pewno priorytetem będzie ten kierunek, ale zakładam, że szybsze tempo realizacji na linii wschód – zachód przyspieszy terminy realizacji budów na osi północ – południe.


Przyjeżdżając na placówkę do Bratysławy, z pewnością stawiał Pan sobie jakieś cele, wyzwania. Czy udało się je Panu zrealizować?

Wiele z tych zadań wiązało się przede wszystkim z wejściem naszych krajów do Unii Europejskiej. Pęd historii wymuszał realizację tych zadań, więc trudno mówić o własnych zasługach. Ale kiedy ten szybki pociąg historii natrafiał na jakieś drobne przeszkody, staraliśmy się je eliminować.


Jaka więc była Słowacja cztery lata temu, a jaka jest dziś?

Podczas mojego pobytu na Słowacji zauważyłem bardzo pozytywne zmiany w myśleniu Słowaków. Otóż Słowacy przestali mieć kompleks Polski, nabrali pewności siebie, uznają się w relacjach z nami za równorzędnych partnerów. Przyczynił się do tego wzrost gospodarczy, którego możemy Słowacji pogratulować czy wręcz pozazdrościć. Z pewnością wpływ na to miał wyścig o inwestycje zagraniczne i pozyskanie inwestorów.


Czy udało się Panu podczas pobytu w Bratysławie posunąć do przodu prace związane z budową nowej, własnej siedziby polskiej ambasady?

Dysponujemy przepiękną parcelą w pobliżu pomnika żołnierzy radzieckich Slavin. Niestety, podczas mojego pobytu w Bratysławie nie udało się rozpocząć prac budowlanych. Jest to kwestia priorytetów Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Przed wejściem Polski do UE musieliśmy otworzyć kilka konsulatów w Rosji, na Ukrainie, co wymagało sporych środków finansowych. Budynek, który dzierżawimy, a w którym obecnie mieści się ambasada, robi dobre wrażenie na przedstawicielach polskiego rządu, a więc nie możemy narzekać, że pracujemy w złych warunkach.


Przyjeżdżając na Słowację, miał Pan doświadczenia z poprzednich placówek, chociażby z Niemiec, gdzie pracuje się inaczej – znana jest choćby niemiecka dokładność, punktualność. Czy trudno było się Panu przyzwyczaić do mentalności słowackiej?

W Niemczech króluje zasadnicze podejście do każdego najdrobniejszego tematu, natomiast mentalność Słowaków jest o wiele bardziej zbliżona do tej polskiej, gdzie często ważną rolę odgrywa improwizacja. Podczas moich pierwszych tygodni pracy w Bratysławie często mi moi współpracownicy przypominali: „Panie amabsadorze, ale pan już nie jest w Berlinie“. Musiałem się przyzwyczaić, że jest to o wiele mniejszy kraj, co ma oczywiście wiele plusów. Chociażby taki, że do każdego ministerstwa mogę dojechać w ciągu 10 minut. Takiego komfortu nie miałem ani w Warszawie, ani w Berlinie, ani w Budapeszcie. Trudno jednak od czasu do czasu nie dostrzec tej drugiej strony. Jeżdżę do rezydencji ulicą Mudroňovą i dziura, którą zrobioną na ulicy 12 dni temu, nadal jest zaopatrzona tylko w znaki ostrzegawcze. A przecież wystarczyłoby wylanie dwóch wiaderek asfaltu, aby ją załatać. To są drobiazgi, które jednak utrudniają życie. Nie chcę przez to powiedzieć, że u nas w Polsce jest lepiej, ale od kraju, który przeżywa taki boom gospodarczy, wymagałoby się, żeby takie sprawy były załatwiane automatycznie.



Czy ta mentalność przejawia się też na najwyższym szczeblu, w kontaktach z Pańskimi partnerami?

Nie. Takiego komfortu psychicznego, jaki mam na Słowacji, nie miałem w żadnym kraju, w którym do tej pory pracowałem. W tym roku mija 20 lat moich zagranicznych pobytów w różnych krajach. Gdybym pisał pamiętniki, Słowacji musiałbym poświęcić bardzo ciepły rozdział.


Czyli dostrzega Pan pełen profesjonalizm?

Tak. Ponadto nakładają się na to dwie rzeczy: maksymalne odbiurokratyzowanie na samej górze i bardzo życzliwe podejście do Polski. To ułatwia życie. Pamiętam, jak zaraz po moim przyjeździe do Bratysławy, przygotowywałem jedną z pierwszych wizyt polskiego polityka. Chciałem, aby gość spotkał się z prezydentem. Niestety, dowiedziałem się, że tego dnia prezydent będzie poza Bratysławą. Byłem zrozpaczony. Zadzwoniłem do jednego z pracowników kancelarii prezydenckiej z prośbą o pomoc. Zostałem odesłany bezpośrednio do prezydenta Schustera, który znalazł wyjście z sytuacji: zaproponował, by gość z Polski został godzinę dłużej, a on o godzinę skróci pobyt poza miastem. Byłem oczarowany tego typu podejściem głowy państwa! Opowiadam to często moim kolegom ambasadorom, którzy pracują w różnych krajach, i nie każdy mi wierzy. Staram się też o niektóre konkretne dowody, by pokazać, że ze Słowacją mamy świetne stosunki. Przykładem tego może być spotkanie trzech prezydentów Słowacji w moim gabinecie: Kovača, Schustera i Gašparoviča. Było to jedyne spotkanie w swoim rodzaju, nigdy wcześniej ani później coś takiego nie miało miejsca!


Przez cztery lata pobytu w danym kraju można się do wielu rzeczy przyzwyczaić. Czego Panu będzie najbardziej brakować po wyjeździe ze Słowacji?

Bardzo zżyłem się z tym krajem i jego mieszkańcami. Nadal będę żył ich sprawami. Poza sferą zawodową będzie mi bardzo brakować wałów wzdłuż Dunaju z trasami rowerowymi. Przejeździłem je dziesiątki razy. Zazdroszczę mieszkańcom Bratysławy możliwości uprawiania cyklistyki. Wydaje mi się, że Słowacy są narodem bardziej usportowionym, wolny czas spędzają zdrowiej niż my. Cieszę się, że zarazili mnie tym swoim stylem życia, że na dwóch kółkach mogłem przemierzyć trasy nie tylko wzdłuż Dunaju, ale i te, prowadzące przez całą Słowację.


Dyplomacja rządzi się pewnymi prawami i zgodnie z nimi nie dojdzie do spotkania między Panem a Pańskim następcą. Jaką wiadomość chciałby Pan jemu przekazać?

Zmienia się charakter dyplomacji. Coraz większego znaczenia nabiera współpraca ambasadorów Unii Europejskiej. To jest nowa jakość naszej pracy.


Lepsza?

Bardzo sympatyczna, szczególnie w takim kraju jak Słowacja, gdzie królują dobre relacje. Po wejściu naszych krajów do UE większe znaczenie zyskuje dyplomacja unijna, trzeba więc pamiętać o stronie warsztatowej, czyli o znajomości języka angielskiego. Ja należę do tej mniejszej grupy ambasadorów, którzy znają również język słowacki, ale naszym roboczym językiem jest angielski.


Jak ocenia Pan działalność słowackiej Polonii?

Wysoko oceniam działalność grup polonijnych w różnych regionach. To dzięki tym zapaleńcom mniejszość polska jest dostrzegana. Na tyle mocno, że nawet prezydent Gašparovič w orędziu o stanie państwa, wymieniając mniejszości narodowe, nie zapomniał, że poza liczną, bo 10 procentową mniejszością węgierską, są i inne, mniejsze, w tym polska, co oznacza, iż Polaków bardziej widać nie ze względu na liczebność, ale ze względu na aktywność. To cieszy, kiedy od czasu do czasu słychać o wydarzeniach kulturalnych z życia Polonii, kiedy słowacka telewizja pokazuje poloneza tańczonego na polskim balu w Bratysławie, podaje informacje o Dniach Polskiej Kultury w Koszycach czy o polskim rejsie statkiem po Dunaju. Ważne jest, że Polacy potrafią się pokazać i pokazać Polskę z tej lepszej strony. Duże znaczenie ma również działalność medialna Polonii, czyli miesięcznik „Monitor Polonijny“, który już prawie od czterech lat nieustannie chwalę.

 

Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcie: autorka

MP 6/2007

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *