post-title „Lady Pank” wiecznie młody?

„Lady Pank” wiecznie młody?

„Lady Pank” wiecznie młody?

W tym roku zespół „Lady Pank” obchodzi swoje 25-lecie. Jej członkowie w latach 80-tych byli bożyszczami nastolatek, podziwianymi, kochanymi, kontrowersyjnymi. Wylansowali mnóstwo przebojów, śpiewanych przez całą Polskę.

Zasłynęli z burzliwego życia towarzyskiego i podbojów damskich serc. Z trzema muzykami zespołu: Janem Borysewiczem – gitarzystą, liderem i założycielem grupy, Kubą Jabłońskim – perkusistą oraz Krzysztofem Kieliszkiewiczem – basistą udało mi się spotkać w Wiedniu, gdzie miał się odbyć ich koncert. Panowie chętnie odpowiadali na pytania do chwili, kiedy wspomniałam o kontrowersyjnym zachowaniu lidera zespołu podczas koncertu, mającym miejsce pod koniec lat 80-tych na wrocławskim stadionie, które to zachowanie przyczyniło się do kilkumiesięcznego zawieszenia działalności „Lady Pank” przez ówczesne władze PRL. I choć Jan Borysewicz przekonywał mnie, że młodość ma swoje prawa, to jednak bardziej wiarygodne wydaje mi się jego inne stwierdzenie, że zarówno on, jak i Janusz Panasewicz nie starzeją się tak szybko, jak ich rówieśnicy.


Skąd się wziął pomysł na bardzo kobiecą nazwę zespołu „Lady Pank”, w którego skład wchodzą sami mężczyźni?

Jan Borysewicz: Umówiliśmy się z Andrzejem Mogielnickim, który pisze dla nas większość tekstów, że nazwiemy zespół tak, jak będzie brzmiał tytuł pierwszego utworu grupy. Pierwsza piosenka nosiła tytuł „Mała Lady Punk“, więc doszliśmy do wniosku, że, aby nazwa grupy nie była zbyt długa, skrócimy ją do „Lady Pank”, zmieniając pisownię punk na pank, ponieważ nie gramy muzyki punkowej. I to jest jedyna „lady” w zespole. Więcej kobiet nie będzie, bo uważamy, że muzyka rockowa, przynajmniej w naszym wykonaniu, jest muzyką męską.


Czy ta „Mała Lady Punk“, z którą rozpoczęliście karierę, to była jakaś konkretna, realna dziewczyna? Jak ona dzisiaj wygląda?

J.B.: To nie była żadna konkretna dziewczyna. Wtedy była taka moda na młode dziewczyny, punkówy, które jeździły na koncerty i wyglądały dokładnie tak, jak ta opisana w tekście Andrzeja Mogielnickiego.


Kiedy kompletowano zespół, kryteriami doboru członków grupy był nie tylko talent, ale i uroda. Obecnie występujecie w odnowionym składzie. Czy tworząc go też kierowaliście się tymi kryteriami?

J.B.: Chyba tak. Kiedy dobierałem muzyków do nowego składu, czyli 13 lat temu, to również wygląd chłopców miał znaczenie, ponieważ my z Januszem Panasewiczem (wokalista zespołu – przyp. od red.) nie starzejemy się tak szybko, jak nasi rówieśnicy. Chodziło o to, aby odnowiony zespół przetrwał dłużej. Dlatego postawiliśmy na młodych. Obawialiśmy się, że gdybyśmy wzięli do zespołu kolegów w naszym wieku, to oni szybko by się zestarzeli, więc znów trzeba by było zmieniać skład.

 

Twierdzi Pan, że nie starzejecie się tak szybko, jak inni. Dlaczego?

J.B.: Jesteśmy dobrze zakonserwowani.

 

Zmiany w zespole spowodowane były tym, że tamci członkowie szybko się zestarzeli?

J.B.: Nie, po prostu byliśmy zmęczeni graniem ze sobą. Dwóch muzyków zostało w Stanach, jeden przeszedł do zespołu „Maanam”. Poza tym mieliśmy 3 lata przerwy, Janusz mieszkał w Chicago, ja robiłem solowe projekty pod nazwą „Jan Bo” ze swoim trio. Robiłem też muzykę do spektakli czy filmów. Trzyletnia przerwa w działalności „Lady Pank” była spowodowana przepracowaniem. Zanim doszło do zawieszenia naszej działalności, grywaliśmy bez przerwy koncerty, nawet po 2-3 dziennie. To było dla nas wszystkich nie do zniesienia. Przerwa nam pomogła.

 

W czym? Czy to Wam uświadomiło, że jednak jesteście na siebie skazani?

J.B.: Nie. Myślę, że ja na pewno znalazłbym sobie miejsce w świecie muzycznym. Po trzech latach rozłąki zadzwonił do mnie Janusz z pytaniem, czy moglibyśmy zrobić coś wspólnie. On przez te 3 lata w Chicago nic nie robił, mam na myśli muzyczną aktywność, nie licząc 2 reklamówek, które nagrał. Po jego telefonie zebrałem ekipę młodych gentelmanów i zaczęliśmy przygotowywać nowy materiał. Janusz właściwie dojechał na gotowe.

 

Jak Wam się pracuje?

J.B.: Wszystko idzie bardzo dobrze. Zwracamy uwagę na to, żeby nie grać takiej dużej ilości koncertów, dajemy sobie chwilę odpocząć od grania, od siebie. My kochamy muzykowanie, ale wyjazd w trasę koncertową, rockandrollowy styl życia nie są łatwe, wiążą się z rozłąką z bliskimi. Dlatego bardziej dbamy o higienę pracy.

Pytanie do młodszych członków zespołu: skoro Jan i Janusz są tak dobrze zakonserwowani, to czy nie boicie się, że się szybko zestarzejecie i wymienią Was na „lepszy model“?

Kuba Jabłoński: Chyba nie musimy się tego obawiać, bo jak czas pokazał, razem z Krzysztofem gramy w zespole dłużej niż ci, którzy tworzyli jego pierwszy skład, a i tak nadal jesteśmy postrzegani jako „ci młodzi”.

Krzysztof Kieliszkiewicz: A poza tym my już poznaliśmy tę recepturę odmładzającą.

 

Jaka to receptura?

J.B.: Nie, to nie jest dla każdego. Pani redaktor, jeżeli wszyscy poznaliby jej tajniki, nikt by się nie zestarzał. Świat musi iść swoim torem.

 

Zwracam się jeszcze raz do młodszych członków zespołu: z pewnością wyrastaliście na piosenkach „Lady Pank”, jak dziś wspominacie ten okres?

K.J.: Słuchając w radiowej Trójce „Listy Przebojów” Marka Niedźwiedzkiego, nauczyłem się grać „Zamki na piasku“. Instrument skonstruowałem sobie sam. Była to moja pierwsza własnoręcznie zmontowana perkusja, która składała się z lampek i pudełek.

K.K.: Moje wspomnienia, dotyczące „Lady Pank”, wiążą się z zakazami, ponieważ moja mama nigdy nie chciała mnie puścić na koncert tego zespołu. W końcu marzenie się spełniło – chodzę na koncerty „Lady Pank”, bo w nim gram!

J.B.: Może mama nie wie do dzisiaj, że grasz w zespole? (śmiech)

K.K.: Mówię, że gram w „Oddziale Zamkniętym“(śmiech)

 

Obserwując zespoły, które rozpoczynały karierę w latach 80-tych, zwróciłam uwagę, że niektóre z nich obecnie podczas koncertów starają się nie wracać do starych przebojów, promując tylko te nowe. Na Waszych koncertach zawsze gracie stare i nowe kawałki?

J.B.: My gramy wszystkie nasze przeboje, bo nie wyobrażam sobie, żeby nie zagrać „Kryzysowej narzeczonej“, „Zamków na piasku“ czy chociażby „Mniej niż zero“. To są nasze sztandarowe hity. Ale nagrywamy też nowe utwory, które włączamy do repertuaru. To m.in. „Zawsze tam, gdzie ty“, „Zostawcie Titanica“, „Pada deszcz“. Tego jest strasznie dużo! Nie ma nudy na koncertach. Czasami nie schodzimy ze sceny przez dwie i pół godziny. Nie robimy żadnych przerw, wszyscy znają nasze utwory, więc zabawa na prawdę jest przednia.

 

Nie znudziło się Wam granie tych samych utworów po raz tysięczny?

J.B.: Kiedyś Zbyszek Hołdys z „Perfectu” narzekał, ile razy można grać „Nie płacz Ewka“. Ja w pewnym momencie też miałem dosyć utworu „Mniej niż zero“ i patrzenia na ludzi, którzy stoją pod sceną i krzyczą od samego początku koncertu „Mniej niż zero!“. Ale po trzech latach przerwy w działalności „Lady Pank” poczułem, że mi tego brakuje. Pomyślałem wtedy, że być może to jest mój największy hit, więc dlaczego nie miałbym go prezentować?

 

Kiedy patrzycie z podium na tych stojących pod sceną, widzicie, że na Wasze koncerty przychodzą dwa pokolenia. Jakie to uczucie? Chcielibyście doczekać się też trzeciej generacji?

J.B.: To wszystko będzie zależało od tego, jak się będziemy czuli. Póki co nie mam wrażenia, żebym coś robił na silę. Gdybym miał jeździć na koncerty tylko po to, żeby zarabiać pieniądze, nie rozwijać się muzycznie i grać tylko stare utwory, uznałbym to za bezsensowne. Ale to nie nasz przypadek. Co roku nagrywamy nowy materiał, z którego jest coś wartościowego. Wiadomo, że z płyty, na której jest 10 utworów, nie udaje się wylansować wszystkich 10 kawałków. Tak było jedynie w przypadku naszej pierwszej płyty, z której każdy z 10 utworów uplasował się na najwyższych pozycjach list przebojów. To chyba ewenement, nawet w skali światowej.

 

W latach 80-tych fanki „Lady Pank” konkurowały czy sprzeczały się z fankami zespołu „Republika”. Dziś „Republiki” już nie ma, ale może istnieje jakiś zespół, z którym się porównujecie?

J.B.: Nigdy czegoś takiego nie robiliśmy. Z Grześkiem Ciechockim (nieżyjący lider zespołu „Republika” – przyp. od red.) się przyjaźniliśmy, spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. To Grzegorz napisał dla nas supertekst „Zostawcie Titanica“. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że istnieje rywalizacja, wręcz ostre potyczki i starcia między fankami naszych zespołów, ale na to nie mieliśmy wpływu. Sądzę, że jest to kwestia tolerancji lub raczej jej braku, której rodzice nie potrafili wpoić swoim dzieciom. Ale to już minęło.

 

W latach 80-tych mieliście szansę zrobienia kariery w Stanach Zjednoczonych. Czy zawieszenie działalności zespołu przeszkodziło w osiągnięciu sukcesu? Czy nadal jesteście zainteresowani karierą za granicą?

J.B.: Nie, nie, nie! Niech to zostanie wspomnieniem. Ja sam byłem przeciwny, by jechać do Stanów. Będąc w USA, zauważyłem, że to jest bardzo brutalny rynek, który rządzi się swoimi prawami. Gdybyśmy się mieli im podporządkować, musielibyśmy się kompletnie zmienić. Wożono nas do fryzjerów, w ciągu dwóch tygodni udzieliliśmy około 360 wywiadów, zaproponowano nam współpracę z amerykańskimi kompozytorami. Uznałem to za bezsens. To by była kompletna zmiana zespołu. Oto główny powód powrotu do Polski. My jesteśmy zespołem polskim, a Ameryka to zupełnie inny rynek! Żeby tam zrobić karierę, tam się trzeba urodzić. Nie mam żadnych kompleksów, jeśli chodzi o stronę muzyczną każdego z członków tego zespołu, i nie mam ochoty zaczynać od początku. Niech się to już toczy tak, jak się toczy.

 

Mówi Pan z niechęcią o kreowaniu image’u w Stanach, ale Wy byliście chyba pierwsi w Polsce, którzy kreowali swój wizerunek,

J.B.: Szczerze mówiąc, to bardziej się wygłupialiśmy, pijąc drinki i robiąc jeden drugiemu makijaż.

 

Dzisiaj też się tak wygłupiacie?

J.B.: Dzisiaj już tego nie robimy. To były pewne prawa młodości, trudno w wieku 52 lat wychodzić na scenę wymalowanym, z czerwonymi policzkami.

 

Ale wracając do tamtych czasów, byliście znani z ekscesów…

J.B.: No, nie odpuści, nie odpuści…

K.K.: Nie wiemy, o co chodzi.

 

No, młodsi członkowie zespołu mają prawo nie wiedzieć, o co chodzi, ale Pan Jan…

J.B.: Ja też nie wiem.

K.J.: Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle!

 

Czyli temat tabu?

J.B.: No, oczywiście. To są stare sprawy i nie mam ochoty dzisiaj o nich mówić.

 

A co, dzisiaj się Pan wstydzi?

J.B.: Nie, absolutnie. A pani nie zrobiła żadnej głupiej rzeczy w życiu?

 

Jasne, że zrobiłam.

J.B.: Ale pani nie jest osobą publiczną. To są stare czasy, ja już nawet tego nie pamiętam. Nie chce mi się o tym gadać, proszę o inne pytania.

Czy zawieszenie działalności zespołu coś Wam przyniosło? Jakieś odświeżenie? Podziw?

J.B.: Straszny podziw i żal tych ludzi, którzy chcieli rozwiązać zespół.

K.J.: Wywiad miał być krótki, a tu mam zegar i widzę, że rozmawiamy już ponad 19 minut…

 

Panowie się boją niewygodnych pytań?

J. B.: My się niczego nie boimy. Możemy już skończyć? Ma pani do nas jeszcze jakieś konkretne pytania?

 

A to nie były konkretne pytania?

J.B.: To nie były konkretne pytania!

 

W takim razie dziękuję za rozmowę.


Małgorzata Wojcieszyńska, Wiedeń

Autorka składa podziękowanie panu Witoldowi Różyckiemu, na którego zaproszenie grupa „Lady Pank” przyjechała do Wiednia, za umówienie spotkania z jej członkami.

Zdjęcia: Mariusz Michalski

 

P.S. Koncert zespołu „Lady Pank” w Wiedniu został odwołany.

MP 9/2007

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *