post-title Do góry nogami

Do góry nogami

Do góry nogami

Przygoda z tym krajem wywróciła moje życie do góry nogami. I nie chodzi tylko o to, że w styczniu jest tu środek lata. Miała to być wyprawa, którą zaplanowaliśmy z moim chłopakiem, by zobaczyć kawałek świata i oderwać się od codzienności, która nie była taka zła: byłam dwa lata po studiach prawniczych we Wrocławiu, miałam świetną pracę w swoim zawodzie, wspaniałego szefa i bardzo dobre widoki na przyszłość… Wyprawa do Australii zmieniła jednak wszystko.

Totalna izolacja?

Środek listopada 2003 roku. Wiosna. Po wyjściu z samolotu poczułam wilgotne i ciepłe powietrze – powiew oceanu. Z wizą biznesową w kieszeni, która dawała mi i mojemu chłopakowi pełne prawo do pracy i nauki w Australii przez okres czterech lat, czuliśmy się, jak byśmy wygrali los na loterii. I…? Znaleźliśmy się na końcu świata. Nie przesadzam. Miasto Perth (1milion 700 tysięcy mieszkańców) – stolica Zachodniej Australii, oddalone od najbliższego dużego miasta o podobnej wielkości – Adelaide – o 2712 kilometrów. Mimo że znaleźliśmy się w najbardziej odizolowanym mieście na świecie, nie czułam się odizolowana, bowiem właśnie w Perth poznałam fantastycznych, miłych, pomocnych Polaków: kilka młodszych i starszych małżeństw, studentów, którzy przylecieli z wizami studenckimi i tak się zakochali w tym kraju, że zostali tu na stałe. No i emigrantów, tzw. solidarnościowych, którzy założyli tu swoje biznesy, restauracje, mieszkają w pięknych domach i w pięknych dzielnicach. I mimo tego, że dorobili się pieniędzy i reputacji, nie przewróciło im się w głowach. Dzięki nim poczuliśmy się jak w rodzinie.


Pająki, krokodyle…

Perth kojarzy mi się z prawdziwą Australią: czerwona ziemia, niesamowita roślinność, przepiękna pogoda i plaże tak cudne, że do dziś trudno mi znaleźć w Australii ładniejsze.

Pewnego dnia znajomi wzięli nas na wycieczkę do Pinnacles w Nambung National Park, ok. 200 km na północ od Perth. Po drodze zatrzymaliśmy się w małym miasteczku, by poszukać budki telefonicznej, bo ktoś musiał zadzwonić, a telefony komórkowe nie miały zasięgu prawie na całej trasie. Otaczała nas wszędzie ta czerwona ziemia, a przed nami widniała pusta bezkresna droga. I brak komunikacji ze światem…

Zaskakujące były dla mnie spotkania z Australijczykami, którzy nigdy w życiu nie wyjechali poza granice Perth….

Któregoś roku wybrałam się samochodem na wakacje do Queensland, w trasę liczącą około 2500 kilometrów. Takie prawdziwe australijskie wakacje! Gold Coast ze znanym na całym świecie Surfers Paradise, Brisbane, Airlie Beach – główny port dla udających się na wyspy Whitsundays, Rockhampton, Townsville. Plaże, na których następną rzeczą, która się rzuca w oczy po kryształowo turkusowej wodzie jest ogromny znak z rysunkiem krokodyla i informacja, że są bardzo niebezpieczne…

Innym razem, podczas wycieczki po lesie tropikalnym, kiedy zobaczyłam ogromnego wiszącego pomiędzy drzewami pająka, starałam się nie patrzyć na boki, tylko przed siebie.


…kangury

Nie wiem dlaczego ludzie myślą, że w kuchni australijskiej popularne są kangury. Popularne są, ale nie na talerzu. Kiedyś kupiłam mięso kangura, ale jego smak mnie rozczarował. Może przyrządzone przez dobrego kucharza smakowałoby inaczej, ale rzecz w tym, że nie znam nikogo, kto by jadł kangury. A australijska kuchnia to głównie BBQ, czyli grill (wspaniałe steki wołowe popijane piwem) oraz przepyszne, soczyste awokado i mango. Owoce kupowane w Polsce nigdy nie smakują tak, jak te tutaj.

Australijczycy produkują wspaniałe wina, konkurujące z winami francuskimi. Bardzo popularne w Australii są winnice, przy których właściciele maja swoją produkcję win.


Po ponadrocznym pobycie w Australii, wróciłam do Polski, by… po kilku miesiącach wylądować znów w tym kraju. Tym razem w Sydney. Przygoda z tym krajem wywróciła moje życie do góry nogami. W poprzednim numerze „Monitora“ opisałam moją pierwszą wyprawę do Australii. Wyjazd ten przyniósł mi nie tylko pozytywne doznania, ale zweryfikował też moje życie prywatne: rozstałam się z moim ówczesnym chłopakiem – towarzyszem wyprawy. Po krótkim pobycie w Polsce wylądowałam znów w Australii. Tym razem w Sydney. Sama.


Drugie podejście

Bez konkretnego celu, z paszportem i ciągle ważną wizą. Podjęłam pracę w kawiarni. Wynajęłam pokój razem z młodą Australijką na nowoczesnym, bardzo ładnym osiedlu, z ochroną i basenem. Dopiero w Sydney zaczęłam wtapiać się trochę w australijskie społeczeństwo.

Australijczycy są ciekawym narodem, bowiem Australia to kraj emigrantów. Zanim przywieziono tu pierwszych więźniów z Anglii i rozpoczęto kolonizację Australii, jedynymi mieszkańcami byli tu Aborygeni. Niesamowite jest to, że jeszcze do lat 60. XX wieku uważano ich za podludzi. Natomiast do lat 50. prowadzono restrykcyjną politykę emigracyjną tzw. białej Australii, wpuszczając do kraju tylko osoby o odpowiednio jasnej skórze. Aż trudno w to uwierzyć, kiedy spaceruje się ulicami Sydney. Teraz Australia jest mieszanką kulturową i mimo że to bardzo młody kraj, ponaddwustuletni, bogactwo ludzi, którzy tu przyjechali i przywieźli swoje tradycje, kuchnie, religie, jest ogromne i bardzo różnorodne. Język angielski też tu brzmi inaczej – na początku nawet zwątpiłam w swoją znajomość tego języka, bowiem nie rozumiałam tubylców. Ale po jakimś czasie okazało się, że to tylko kwestia osłuchania się i przyzwyczajenia.

 

Ślub jak w bajce

W Australii poznałam mojego męża – również Polaka. Mogliśmy wybrać, gdzie wziąć ślub, ponieważ w Australii nie trzeba w tym celu stawić się w urzędzie stanu cywilnego. Wybraliśmy malownicze miejsce: Sydney Botanic Garden niedaleko Opery House. Było trochę jak w bajce – widok na Operę House, Harbour Bridge, City, błękitne niebo, zatokę… Brakowało tylko moich rodziców, ale trochę później wzięliśmy ślub kościelny w Polsce, w obecności całej rodziny.

 

Druga szansa

Najtrudniej było mi podjąć decyzję, co będę robić zawodowo. Dostałam drugą szansę od życia i nie chciałam jej zmarnować. Australia to ogromny rynek pracy. Miałam 28 lat i nie chciałam popełnić błędu. Moje kwalifikacje zdobyte na uniwersytecie w Polsce zostały oficjalnie uznane i potwierdzone przez australijski departament edukacji, ale niestety z powodu ogromnych różnic pomiędzy systemem prawnym Australii i Polski, aby móc pracować jako prawnik, musiałabym zrobić jeszcze dwuletni kosztowny kurs. Zdecydowałam się więc na rachunkowość. Dzięki determinacji i nauczycielom, którzy zgodzili się na moją naukę w trybie przyspieszonym, skończyłam roczny kurs w pół roku i to ze świetnymi wynikami. Kosztowało mnie to sporo stresu, ale dałam radę!

 

Praca „na luzie“?

Podjęłam pracę w firmie, w której pracowali rodowici Australijczycy. Wszyscy tu są „na luzie“, mówią do siebie po imieniu, uśmiechają się. Ale to tylko pozorny, które na początku robią wrażenie. Mimo wszystko to szef ma tu nadal decydujące słowo i za każdą chęć wprowadzenia go w błąd można ponieść surową karę. Byłam świadkiem zwolnienia z pracy pewnej dziewczyny, która podkoloryzowała swój życiorys. Kiedy po kilku dniach okazało się, że nie ma ona tylu umiejętności, jak to napisała w swoim CV, szef pożegnał się z nią. Oczywiście z uśmiechem na ustach…

 

Polka w Australii

Po urodzeniu synka, podczas urlopu macierzyńskiego zaczęłam pisać książkę o Polkach w Australii, blog oraz poradnik, dotyczący systemu podatkowego w tym kraju, co wiąże się z moją pracą zawodową. Od roku mam swoją firmę rachunkowo-podatkową.

Czasami doskwiera mi ogromna tęsknota za Polską, za rodziną. Nieraz przychodzą momenty, że mam ochotę spakować się i wracać. Ale to Australia daje mi poczucie wolności – jakoś wszystko wydaje mi się tu możliwe. Czy chcę zostać w Australii na stale? Czy jest mi pisana? Nie wiem. Doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie planować, bo już nie raz moje życie zostało wywrócone do góry nogami…

Katarzyna Klusek, Australia

MP 1-2/2012

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *