post-title To warto wiedzieć… O Danusi

To warto wiedzieć… O Danusi

To warto wiedzieć… O Danusi

Sto odcinków rubryki „To warto wiedzieć“, w których opisywała ważne wydarzenia historyczne lub przedstawiała wybitnych Polaków. Wolała pisać o innych niż promować siebie, dlatego tak trudno było Ją namówić na zwierzenia.

Była wymagająca, wiedziała dokładnie, czego chce. Wymagała przede wszystkim od siebie. W redagowaniu „Monitora“ postawiła poprzeczkę wysoko, ale też służyła radą – zawsze cenną – jak tej poprzeczki dosięgnąć. Cztery lata (1995-1999) pełniła funkcję redaktor naczelnej „Monitora Polonijnego“. Był jej dzieckiem, bowiem to Ona nadała mu kształt i charakter. Dzieckiem pozostał do końca, choć zmieniały się kolejne redaktor naczelne. W styczniowym numerze „Monitora“ opublikowane zostały Jej ostatnie artykuły z cieszących się zainteresowaniem rubryk „To warto wiedzieć“ i „Bliżej polskiej książki“.

Ostatnie? Jakoś trudno w to uwierzyć, bo przecież jeszcze w szpitalu, dwa tygodnie temu, kiedy Ją odwiedziłam, pielęgniarka mówiła, że rano czuła się trochę lepiej i pierwsze, o co poprosiła, były okulary i książka. Na pewno coś przygotowywała, obmyślała, o czym napisze. A pomysłów nigdy jej nie brakowało – o niektórych zdążyła mi jeszcze opowiedzieć…

„Mądra, pracowita, twórcza…“, „Bardzo lubiłam i ceniłam świetne teksty, które pisała. Będzie ich w Monitorzebrakowało…“ – to tylko niektóre z reakcji czytelników na wieść o Jej odejściu. I wszystko to prawda. Ze swej strony dodam, że będzie mi brakowało rozmów z Nią, bo te były niezwykle budujące i kształcące! Przegadałyśmy długie godziny podczas spotkań redakcyjnych czy prywatnych, a ostatnimi laty były to długie rozmowy telefoniczne. Czasami mi zwracała uwagę na jakieś drobne potknięcia w redagowaniu pisma.

Dyskretnie, z wyczuciem, z wyrozumiałością. Kiedy czymś się martwiłam, Jej trzeźwe spojrzenie pozwalało mi spojrzeć na problem w nowym świetle. „Ale, proszę cię! Nie warto się tym zajmować!“ – mówiła stanowczo. Była nie tylko oczytana, ale miała też niesamowite wyczucie sytuacji i ludzkiej mentalności. I tak sobie myślę, że po trosze przygotowywała mnie na swoje odejście.

Ostatnimi czasy, kiedy dzwoniłam do Niej, nie mówiła nic, ponieważ była osłabiona, tylko słuchała. Opowiadałam Jej, co nowego w „Monitorze“, co słychać w Klubie Polskim, co u mnie… Milczała, ale słuchała. Łapię się na tym, że chcę Jej jeszcze to czy tamto powiedzieć, że z pewnością mnie wysłucha, choć… odpowiadać nie będzie. Ale jestem przekonana, że nadal z uwagą będzie oddawać się lekturze „Monitora“…

Małgorzata Wojcieszyńska – redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“

 

Niekwestionowany autorytet

Kiedy w poniedziałek 25 lutego dotarła do mnie smutna wieść, że Danka Meyza-Marušiaková nie żyje, pojąłem, że to koniec Jej fizycznej obecności wśród nas, że już nie będziemy mogli czytać Jej comiesięcznych przemyśleń z lektury wychodzących w Polsce książek.

Przed oczami stanęły mi niezliczone spotkania z Danką, kiedy to chcieliśmy zacząć wydawać czasopismo polonijne. Świętej pamięci Danka zaproponowała nie tylko nazwę miesięcznika, ale Jej niekwestionowany autorytet z całą siłą ukształtował formę i treść naszego „Monitora Polonijnego“. Danka Meyza-Marušiaková, pierwsza i wieloletnia redaktor naczelna przeżywała każde wydanie kolejnego numeru, trudności w jego finansowaniu wykorzystywała w przekonywaniu nas, że warto i należy walczyć o dotacje, o nowych czytelników, o staranne wydawanie każdego numeru.

Zgromadziła wokół siebie grupę Polaków i Słowaków, chcących pisać do „Monitora“, i była ich nauczycielką i matką. Zawsze znalazła słowa pochwały, a – jeśli trzeba było – także łagodnej krytyki. Kościerzyna, gdzie się urodziła, i Poznań, gdzie wyrosła, dały Jej ten niepowtarzalny pomorsko-wielkopolski zmysł racjonalizmu i odpowiedzialności za każde napisane i wypowiedziane słowo.

Przez cały okres wydawania „Monitora Polonijnego“ była z nami, odczuwaliśmy jej ukrytą obecność w słowach przez nią pisanych. O Jej mądrości i sile świadczą choćby artykuły, które zostawiła po sobie. Teraz, kiedy się uwolniła od ciała, będzie zapewne patronować poczynaniom środowiska polonijnego na Słowacji – w co głęboko wierzę – przypominając przy każdej okazji o oczywistym wpływie czytania polskiej literatury na polską tożsamość.

Na koniec jeszcze pozwolę sobie przypomnieć Jej przekonanie, że przyszłość Polaków na Słowacji leży nie w asymilacji, ale w integracji z narodem słowackim i narodami zamieszkującymi Słowację.

Boże, niech pamięć o Niej trwać będzie przez wszystkie pokolenia.

Ryszard Zwiewka – założyciel Klubu Polskiego i „Monitora Polonijnego“

 

Danka

Nie zdążyłam. Od czasu, kiedy umówiłyśmy się, że koniecznie musimy się spotkać i poplotkować, kilkakrotnie trzymałam w dłoni Jej nieco sfatygowaną, pożółkłą – bo podarowaną mi 22 lata temu – wizytówkę i za każdym razem odkładałam ją z powrotem do szuflady. Mamy czas – myślałam. W przyszłym tygodniu już na pewno.

Na spotkanie z Danką nie można było wpaść jak po ogień, a plotkowanie z Nią oznaczało długie dyskusje o tym, co dzieje się w słowackiej literaturze, o polskich książkach, które warto kupić przy okazji następnej wizyty w kraju, o teatrze, o historii, o stosunkach międzyludzkich i zaskakujących nas nowych zjawiskach społecznych. Znałyśmy się długo, ale nigdy nie łączył nas ten specyficzny rodzaj babskiej zażyłości, który w rozmowach pozwalałby na jakiekolwiek lenistwo intelektualne.

Była solidna, precyzyjna i wymagająca, zarówno wobec siebie, jak i w stosunku do innych. Kiedy przed laty podejmowałam pracę w Instytucie Polskim, ówczesnym Polskim Ośrodku Informacji i Kultury, przez krótki czas była moją bezpośrednią przełożoną. Na własnej skórze odczułam, co oznacza określenie „poznański charakter”, i choć początkowo Jej wymagania trochę mnie uwierały, bo oznaczały konieczność narzucenia sobie dużej dyscypliny i pracy nad sobą, stopniowo zaczęłam Ją podziwiać.

Danka zamieszkała na Słowacji na długo wcześniej niż ja i zanim sama zdołałam sobie wyrobić obraz o tym, co mnie tu czeka, z rozmów z Nią dowiedziałam się o Słowacji i Słowakach więcej, niż od kogokolwiek innego. Jej osobiste doświadczenia, trzeźwe spojrzenie na świat i zdolność argumentacji wystarczały za wszystko.

Wierzyłam Jej ocenom. To Ona zwróciła mi uwagę na odmienny sposób wykorzystywania środków wyrazu na scenach słowackich teatrów, podała pierwszy przepis na zupę fasolową (do dziś nazywam ją po prostu „zupą Danki”), ostrzegła przed codziennym przygotowywaniem gorących kolacji i nauczyła, że jeśli się wejdzie w konflikt z teściową, nie należy za wszelką cenę wszystkiego od razu naprawiać, ale pozostawić obu stronom czas na ochłonięcie i przemyślenie tego, co zaszło. To Ona wreszcie zaproponowała mi napisanie pierwszego tekstu do nowopowstałego „Tygodnika Literackiego”, a później zaprosiła do współtworzenia „Monitora Polonijnego”.

Jej wizja pisma była niezwykle ambitna i miała nawiązywać do tradycji paryskich „Zeszytów Literackich”. Miało być dużo historii, recenzje, analizy tekstów literackich, biografie autorów polskiej klasyki i zapowiedzi nowości. Wkrótce okazało się, że to marzenie nigdy się nie ziści, bo oczekiwania odbiorców są zupełnie inne.

A kiedy objęłam kierowanie „Monitorem”, z łatwością zaakceptowała jego nową koncepcję, nie rezygnując jednak ze swoich wyobrażeń i zainteresowań. Tworzyła doskonałe teksty z zakresu historii i literatury, miała świetne rozeznanie w nowościach literackich, ukazujących się w polskich księgarniach. Pisała sprawnie i lekko, przy czym nieustannie zaskakiwała głębią swoich przemyśleń. Kiedy marudziłam, że materiał jest zbyt długi, walczyła o każdą linijkę, a ja na ogół się poddawałam.

Z szacunku dla Danki. Poddawałam się także wtedy, kiedy przed zamknięciem numeru przekazywała mi po kilkanaście kartek zapisanych odręcznie, drobnym, starannym pismem. Jej teksty trzeba było bowiem przepisywać, bo za nic w świecie nie chciała się zaprzyjaźnić z komputerem. I nikt nie protestował, bo najważniejsze było to, że w ogóle pisze.

Była mądrym i dobrym człowiekiem. Jej mądrość pozbawiona była jakichkolwiek oznak pychy, zaś dobroć nie nosiła znamion sentymentu. I – jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało – była zawsze sobą. Bez udawania, bez gry, bez sztucznego kreowania swojego wizerunku. Jak mało kto.

Nie zdążyłam. Nie udało mi się Jej powiedzieć, jak ważne było to, że spotkałam Ją na swojej drodze.

Myślę o Tobie, Danko…

Joanna Matloňová – redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“ w latach 1999 – 2004

 

Bardzo mi smutno…

Nie spotkałem w życiu wielu osób, których odejścia nie mógłbym sobie wyobrazić. Do takich jednak z całą pewnością należała Pani Danuta Meyza-Marušiak. Poznałem Ją prawie 30 lat temu, dokładnie w 1984 roku, kiedy jako szefowa sekretariatu, a może nawet administracji Polskiego Ośrodka Informacji i Kultury w Bratysławie (dziś Instytut Polski), potrafiła wszystko załatwić i ułatwić. Cudownie pomogła wówczas mnie i innym wyeksponować przywiezioną z Zakopanego wystawę „75 lat ratownictwa w Tatrach”.

Wystraszonym nieznaną nam Bratysławą, dodawała otuchy. Kiedy pojawiłem się ponownie w Bratysławie, już jako polski ambasador w 1997 roku, w osobie Pani Danuty, wtedy już od dwóch lat pełniącej funkcję Redaktor Naczelnej „Monitora Polonijnego”, miałem wspaniałego przewodnika po Klubie Polskim. Nie była jednak osobą gotową rozmawiać zawsze i o wszystkim. Uderzała mnie zawsze Jej ogromna rzeczowość i olbrzymia powściągliwość w ferowaniu ocen.

Kiedy odsunęła się od kierowania „Monitorem Polonijnym”, całym sercem i swoją encyklopedyczną wiedzą zaangażowała się w działalność reporterską oraz pisanie felietonów. Jej zainteresowania były bardzo rozległe, a umiejętność operowania warsztatem pisarskim, odbierałem jako rodzaj posłannictwa, mającego na celu przekazanie nam – czytelnikom MP – tego, co tak bardzo Ją pasjonowało – wiedzy o Polsce i Polakach.

Z wielkim żalem uświadamiam sobie, że w „Monitorze” nie będzie już cyklicznych artykułów Jej autorstwa.

Za to, że od tylu lat, swoją szczególną osobowością i wspaniałym piórem była obecna w słowackim środowisku polonijnym, chcę Jej podziękować całym sercem.

Danusiu, dziękuję! Nie będzie łatwo przywyknąć do Twojej nieobecności. Dziękuję za wszystko, co nam dałaś, i – co tu dużo gadać – do zobaczenia!

Jan Komornicki, Ambasador RP w Bratysławie w latach 1997-2003

MP 3/2013