post-title Dubaj – kraina ekspatów

Dubaj – kraina ekspatów

Dubaj – kraina ekspatów

Największa różnica pomiędzy Dubajem, a moim rodzinnym Lublinem odczuwalna jest rano. No, może nie największa, ale bardzo namacalna.

Dotyczy szafy, a ściślej garderoby. W Dubaju nikt nie pyta, jak jest na dworze, i nikt nie radzi w związku z tym, by wyjrzeć przez okno, by zobaczyć, jak ludzie chodzą ubrani. Na oknach czy parapetach nie ma termometrów.


Kiedy jaśminowe drzewo przekwita

Można powiedzieć, że tu codziennie świeci słońce. Pada zaledwie kilka dni w roku, w sumie parę godzin. Raz na kilka lat pada całą dobę, co powoduje potop, bo nie ma studzienek odprowadzających wodę. W Dubaju w zasadzie przez cały rok ubieramy się jak latem. Z tą różnicą, że w zimie, z samego rana, kiedy zwrotnikowe słońce jeszcze się leni, odczuwamy lekki chłód, a w lecie… w lecie już nic nam nie jest w stanie ani pomóc, ani zaszkodzić. Kiedy temperatura przekracza 40 stopni Celsjusza, rozebranie się „do rosołu” nie przyniosłoby większej ulgi.

A kiedy oscyluje w okolicy 50 stopni i tak nikt nie wychodzi na zewnątrz. Dzisiaj jednak cieszę się wiosną w pełni. Niebo jest jeszcze błękitne (w lecie przybiera kolor biało-żółtawy), termometr pokazuje równo 30 stopni, a powietrze nie jest jeszcze przesycone wilgocią. Wychodząc na ulicę, zauważam, że drzewo jaśminowe już przekwitło i trochę mnie to martwi, bo to znak, że nadchodzi lato. Może w tym roku też uda mi się ewakuować z miasta w najgorętszym okresie, czyli od lipca do września. Mogłabym sobie na to pozwolić. Jako przewodnik turystyczny, pracujący na własny rachunek, w lecie, po sezonie, nie mam praktycznie żadnych zleceń.

 

Dubaj na chwilę

Myśląc o zbliżających się upałach, trochę zazdroszczę Katie, koleżance na której pożegnalne śniadanie właśnie się udaję. Po czterech latach w Piaskownicy, jak nazywamy Dubaj, Katie wraca do siebie, do Anglii. Poznałyśmy się na Wtorkowej Kawce.

Wtorkowa Kawka to cotygodniowe spotkania w osiedlowej kawiarni, na które przychodzą mieszkające w okolicy dziewczyny. Zorganizowałyśmy się na jednej z grup facebookowych. Co jakiś czas dołącza do nas ktoś nowy, czasem ktoś przestaje przychodzić, ale trzon grupy jest jak dotąd niezmienny. Teraz Katie wraca do siebie. Smutno jest nam podwójnie, bo raz, że szkoda tracić dobrą znajomą, a dwa, że przypomina to o czymś, o czym na co dzień staramy się zapomnieć: Dubaj jest na chwilę.

Dla niektórych chwila ta to jednoroczny kontrakt, dla innych to dekada, ale dla nikogo to nie jest miejsce na zawsze. Trudno przez to zapuścić tu korzenie, trudno myśleć o tym miejscu jak o domu. Jeszcze trudniej jest żyć tu przez lata, cały czas trzymając oko na walizce, dlatego tworzymy tu swoje małe światy i staramy się wyprzeć z umysłu świadomość, że gdzieś, kiedyś trzeba będzie się stąd ruszyć.


Popijając wtorkową kawkę

Wchodzę do kawiarni. Gdyby nie to, że nie ma Katie, byłabym ostatnia z zapowiadających się na dzisiaj dziewczyn. W środku czekają już Ilona, Leyla, Noor, Naseem i Sara.

Ilona jest Litwinką. Do Dubaju przyjechała z mężem Irakijczykiem. Niedawno otworzyła sklepik internetowy, w którym sprzedaje wykonane przez siebie przedmioty: rzeczy zrobione na szydełku i biżuterię z bursztynów zbieranych w lecie nad Bałtykiem. W lokalnym centrum kultury udziela też lekcji rękodzieła.

Leyla, zielonooka blondynka, nosząca krótkie zwiewne sukienki, jest inżynierem architektem. Jest też weganką. W wolnym czasie udziela się w schroniskach dla bezdomnych kotów i zbiera odzież na akcje charytatywne. Pochodzi z Syrii. Jest muzułmanką.


Tak samo jak Noor, z tym że Noor pochodzi z Pakistanu i zamiast krótkich i zwiewnych sukienek, woli poszarpane dżinsy, glany i czarny t-shirt z koncertu Slipknot. Jest pełnoetatową mamą dwóch dziewczynek.

Z Pakistanu jest też Naseem, która od jakiegoś czasu rzadko do nas dołącza. Zmieniła pracę i obecnie dużo podróżuje, sprzedając usługi jednej z dużych firm z branży IT. To właśnie w mojej (i jej) poprzedniej pracy się poznałyśmy, jeszcze zanim powstał pomysł Wtorkowej Kawki, a ja ze specjalisty IT zamieniłam się w wolnego strzelca pracującego w turystyce.

Sara jest Niemką. Nigdy się nie spóźnia i zawsze jest dobrze poinformowana o tym, co dzieje się na naszym osiedlu. A trzeba przyznać, że bycie na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami – zważywszy na mające tu miejsce egzotyczne podejście do przekazywania informacji (tyle wersji ilu referentów, czasem o dwie więcej) – jest wyczynem godnym podziwu. Razem z mężem zajmują się produkcją filmów reklamowych.

 


Różnice tu i tam

W końcu dołącza do nas Katie. Zaczynają się wspomnienia i dyskusje o powrotach, różnicach między tym co tu, a tam i o tym, za czym można zatęsknić. Barista przynosi nam kawę. Uśmiecha się serdecznie i pyta, czy jeszcze czegoś potrzebujemy. Jest z Filipin, jak większość pracowników gastronomii. Włączam się do dyskusji i mówię, że gdybym wróciła do Polski, tęskniłabym właśnie za uśmiechniętym baristą.

Polskie „dzień dobry“ bez uśmiechu

W Anglii, gdzie mieszkałam przez kilka lat, zanim trafiłam do Emiratów, nie jest jeszcze tak źle. Trochę gorzej w Polsce, gdzie spędziłam ostatnie święta i jeszcze czuję się tym zmęczona. Najtrudniejsze są pierwsze dni po wylądowaniu w Warszawie. Uderzają mnie posępne miny sprzedawców i taksówkarzy. Dziwi, że można powiedzieć „dzień dobry”, nie uśmiechając się przy tym. Na obczyźnie mieszkam już prawie dziesięć lat. Odwiedzając w tym czasie Polskę, zaobserwowałam ogromną poprawę, ale do uśmiechniętej reszty świata jednak nam jeszcze sporo brakuje.


Za pracą albo za mężem

Temat, który omawiamy w gronie koleżanek przybyłych tu z różnych krajów, przesuwa się na początki każdej z nas w Emiratach i na to, dlaczego tu jesteśmy. Powody są w zasadzie tylko dwa: albo przyjechałyśmy tu w związku z pracą naszą, albo pracą męża. Odzwierciedla to tymczasową naturę tego miejsca. W Emiratach wiza rezydencka wydawana jest na trzy lata tylko osobom zatrudnionym, samozatrudnionym albo najbliższej rodzinie takich osób. Co trzy lata trzeba ją odnawiać, przy okazji poddając się obowiązkowym badaniom – bycie nosicielem groźnych wirusów praktycznie uniemożliwia przebywanie na dłużej w ZEA. Nie ma tu programów ani funduszy emerytalnych dla przyjezdnych.

Nie ma też podatków od dochodu ani VAT (przynajmniej do 2018 roku). Istnieje jednak wiele opłat, które nieoficjalnie nazywamy podatkiem zakamuflowanym. Każda rejestracja, odnowienie dokumentów, pieczątka – wszystko podlega opłacie. Specjalnie mnie to jednak ani nie dziwi, ani nie oburza, bo w końcu państwo to przedsiębiorstwo, które powinno zarabiać. A to Dubaj potrafi lepiej, niż większość innych miast na świecie. Inwestycje w turystykę, w infrastrukturę morską i powietrzną, budowa kolejnych najwyższych, najszerszych, najszybszych, naj, naj, naj to nie tylko spełnianie ambicji szejków. To realizacja wizji, która ma zapewnić miastu byt, kiedy skończy się ropa; przedsięwzięcia jak najbardziej udane – obecnie dochody z ropy stanowią mniej niż 6% rocznego całkowitego PKB Dubaju.


Autochtoni a ekspaci

Ten dynamiczny rozwój przekłada się też na skład społeczeństwa. Trudno mówić o mieszkańcach Dubaju, mając na myśli jednie rodowitych obywateli Emiratów. Autochtoni stanowią tu mniej niż 13% ludności, reszta to my – ekspaci. Dlatego też kiedy ktoś pyta mnie, jak się żyje w arabskim społeczeństwie, nie do końca mogę na to pytanie odpowiedzieć uczciwie. Moi sąsiedzi pochodzą z Chin, Libanu, Anglii, Korei, Indii, Iranu i Chile. Moi znajomi przedstawiają podobną mieszkankę. Idąc deptakiem wzdłuż morza, na przestrzeni pięćdziesięciu metrów można usłyszeć dwanaście języków. I chociaż arabski jest językiem oficjalnym, to angielski pozwala przetrwać, pracować i zawierać znajomości. Znajomości, które często zastępują rodzinę. Bo przecież jakoś na tym „tymczasie”, czasem ciągnącym się latami, trzeba funkcjonować.

 

Doświadczenia emigracyjne

Wśród moich znajomych nie ma zbyt wielu Polaków. To zaledwie trzy, może cztery osoby, z którymi utrzymuję regularny kontakt. Nie wynika to z celowego unikania Polonii, po prostu nigdy nie czułam potrzeby posiadania polskich znajomych za wszelką cenę. Lubię otaczać się ludźmi, z którymi łączy mnie coś więcej niż język ojczysty. Najlepiej czuję się w towarzystwie osób, które mają podobne doświadczenia emigracyjne. Bo emigracja zmienia. Rozciąga, uelastycznia. Czasem proces ten jest bolesny. Zawsze jednak nieodwracalny. Dużo łatwiej jest mi więc porozumieć się z kimś, kto metamorfozę tę ma już za sobą, niż z emigracyjną „świeżynką”, która za wszelką cenę chce, aby tutaj było tak jak w Polsce, ale lepiej. To tak nie działa.

Życzenia z okazji wielu świąt

Nasze śniadanie, podczas którego żegnamy się koleżankę, wracającą do swojego kraju, dobiega końca. Żegnam się z Katie i obiecuję odezwać, kiedy następnym razem odwiedzę Wyspy. Mówi, że będzie jej nas brakowało. Myślę, że nie tylko nas. Że będzie jej bardzo trudno być znowu w domu. Rozciągnięta i uelastyczniona będzie rzeczy widzieć inaczej niż jej najbliżsi sąsiedzi. Będzie trochę mniej pasować. Nie tak jak tutaj, w Dubaju, gdzie przez to, że prawie nikt nie jest u siebie, u siebie tak naprawdę są wszyscy. Kraina ekspatów.


Pozostałe dziewczyny też się zbierają do wyjścia. Na zakończenie rozmawiają o różnych świętach, które tu obchodzimy. Najbardziej cieszą się z nich dzieciaki: europejskie, azjatyckie, arabskie. Bo na moim osiedlu życzenia składamy sobie z okazji róznych świąt: Diwali, chińskiego Nowego Roku, Bożego Narodzenia i oczywiście Eid.

 

Marta Ali, Dubaj

MP 4-5-6/2016


Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *