post-title O polsko-meksykańskiej rodzinie

O polsko-meksykańskiej rodzinie

O polsko-meksykańskiej rodzinie

która wymieniła tropiki na Słowację i wygrała życie

  CO U NICH SŁYCHAĆ? 

 Przygotowania do Bożego Narodzenia to ważne wydarzenie w życiu rodziny naszej rodaczki i jej męża Meksykanina, którzy wraz z dziećmi mieszkają w Koszycach. Ich wspólne święta miały już różne odsłony: w upalnym, gorącym słońcu Meksyku lub zimowym Miliczu. Ale najtrudniejsze, o słodko-gorzkim smaku miały miejsce cztery lata temu. Spędzili je po raz pierwszy w Koszycach, by być blisko szpitala, w którym przebywał ich ciężko chory syn.

Adwent w rodzinie państwa Saenzów to czas porządków, nie tylko w pokojach, szafach czy na półkach, ale i w relacjach rodzinnych. Co niedzielę zapalają jedną świecę na wieńcu adwentowym i rozmawiają o tym, co ich łączy, a co dzieli. Wtedy też każdy z pięcioosobowej rodziny losuje karteczkę, na której wcześniej zapisano, jaką nagrodę otrzyma bądź jakie zadanie ma do wykonania. „Każdy jest zobowiązany je wykonać, bez względu na stopień trudności i okazuje się, że największym wyzwaniem jest przeprosić kogoś za coś“ – opisuje Magdalena Smolińska.

 


Święta pod palmą lub przy kominku

Zbliżające się Boże Narodzenie i wspomnienie uroków spędzania ich w Meksyku wywołuje uśmiech na twarzy mojej rozmówczyni. „Przewrotność cechuje ludzką naturę. Przynajmniej tak jest w moim przypadku, bo będąc w Meksyku, tęskniłam za śniegiem podczas Bożego Narodzenia i wyobrażałam sobie, jakby to było wspaniale spędzać święta w grubym swetrze i wełnianych skarpetach, przy kominku, u rodziców.

A dziś tęskno mi za tamtejszym ciepłem“ – opisuje Magdalena. Tam na wigilijnych talerzach pojawiały się pieczony indyk, jabłkowe puree oraz makaron, a dzieci cieszyły się na prezenty, które przynosiło Dzieciątko Jezus w nocy z 24 na 25 grudnia. „Staramy się łączyć nasze różne zwyczaje, choć w obu krajach obchodzimy je po katolicku“ – mówi Magda i jako przykład podaje zwyczaj przygotowywania szopki bożonarodzeniowej, który wprowadzili w swoim domu.

„W tej szopce stoją wszystkie figurki, oprócz małego Jezuska, którego dokłada do szopki najmłodszy członek rodziny dopiero 24 grudnia, tak jak to się robi w Meksyku“ – wyjaśnia. Z rozrzewnieniem opisuje święta, które od kilku lat spędzają na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski, w Miliczu. „Przy wigilijnym stole zasiada około 20 osób i spędzamy je w słodkim chaosie“ – mówi z uśmiechem.

Maňana

Jak doszło do tego, że ta polsko-meksykańska rodzina znalazła swoją przystań w Koszycach? „Dla mnie to był powrót do domu, bo Koszyce traktuję jako miasto, leżące niedaleko rodzinnego domu“ – twierdzi nasza bohaterka, która do Europy wróciła po 10 latach spędzonych w Meksyku. „Po zmianie rządu życie w Meksyku stało się niebezpieczniejsze“ – wyjaśnia powód przeprowadzki.

A jak doszło do tego, że w Meksyku zamieszkała? Trafiła tam wraz z niemiecką rodziną, w której pracowała jako opiekunka do dzieci. „Studiowałam germanistykę w Legnicy i chciałam się podszkolić w języku, więc znalazłam sobie pracę, a rodzina, u której pracowałam, dostała trzymiesięczny kontrakt w Meksyku, więc wzięła mnie ze sobą“ – opisuje. Ten krótki pobyt spowodował, że zakochała się w tym południowym, pełnym temperamentu, słonecznym kraju. Zdecydowała, że kiedyś tam powróci. „Słońce, roześmiani ludzie, dwie pory roku…

Czego chcieć od życia więcej?“ – wspomina z uśmiechem, choć zauważa wpływ słońca na mentalność ludzi – ten pozytywny to oczywiście optymizm, zaś negatywny – spowolnienie. „Moja mama twierdzi, że byłam leniwa i pojechałam do kraju, gdzie często się powtarza się Maňana, odkładając wszystko na jutro, więc jeszcze bardziej się rozleniwiłam“ – śmieje się Magda.

 

W oparach pinolu i guayaby

Druga wyprawa do Meksyku, tym razem już samodzielna, to spełnienie jej marzenia. „W kieszeni miałam sto dolarów i bilet lotniczy z otwartym terminem powrotu“ – wspomina nasza bohaterka, która w 4-milionowym Monterey zdążyła nawiązać kontakty na tamtejszym uniwersytecie.

Na lotnisku czekał na nią profesor Zygmunt, Polak tam pracujący. „Po wyjściu z samolotu uderza człowieka zapach tropikalnego kraju: zapach pinolu – środka dezynfekującego o nucie sosny, pomieszanego z zapachem guayaba – najsmaczniejszego owocu na świecie!“ – opisuje swoje wrażenia Magda.

Celem jej wyprawy było poznanie Meksyku. „Taka jest młodość! Miałam 23 lata i wszystko było przede mną!“ – wspomina i od razu dodaje, że w ogóle nie planowała, iż właśnie tu znajdzie wybranka serca. Wręcz przeciwnie, zażegnywała się, że tak się nie może stać, gdyż jest rozsądna i nie będzie wchodzić w związki na odległość, bez przyszłości. „Jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach“ – konstatuje Magda.

Święto niepodległości inne niż wszystkie

Młoda Polka podjęła pracę jako nauczycielka języka niemieckiego i zamieszkała u bardzo bogatej rodziny. „To był tak duży dom, że tygodniami nie spotykałam jego właścicieli i, co tu dużo mówić, doskwierała mi tam samotność, więc przeprowadziłam się do innej, mniej zamożnej, ale serdeczniejszej rodziny“ – opisuje. Otwartość  sprawiła, że poznała wielu nie tylko zagranicznych studentów, ale i miejscowych.

Szczególnie zaintrygował ją jeden. Dostrzegła go na spotkaniu towarzyskim, zorganizowanym przez polskiego profesora. „Od razu mi wpadła w oko“ – opisuje Pablo, który ożywia się na myśl o tamtym spotkaniu.  Zaproponował jej wówczas, że ją odwiezie do domu. „Nie znałam jeszcze hiszpańskiego, więc nasza rozmowa była zabawna, dopiero w domu sprawdziłam w słowniku, o co chodziło z rollo, o których mi opowiadał“ – mówi z uśmiechem nasza bohaterka. Okazało się, że Meksykanin próbował jej wyjaśnić, czym się będzie zajmować, jak dokończy studia. Tymi tajemniczymi rollo okazały się zwoje żelaza.

„Nieważne było, co mówi. Czułam to iskrzenie między nami, poza tym był taki stateczny, dystyngowany, otwierał mi drzwi, czego ja wcześniej, w moim harcerskim życiu nie zaznałam“ – opisuje Magda. Był 11 listopada 2000 roku, czyli Święto Niepodległości w Polsce.

 

Weryfikacja planów

Pablo chciał zapisać numer telefonu pięknej Polki, ale ona go nie pamiętała, więc zaproponowała, że to ona zadzwoni do niego. „Kiedy dziewczyna nie chce podać swojego numeru telefonu, to w Meksyku oznacza odrzucenie, więc z żalem się z nią pożegnałem“ – przyznaje Pablo. Dlatego zaskoczyło go, kiedy Magdalena dotrzymała słowa i po trzech dniach zadzwoniła do niego. Wybrali się razem na koncert i tak się zaczęła ich wielka miłość. „Ze względu na Pabla nauczyłam się hiszpańskiego“ – wyznaje Magda, którą ta nieoczekiwana sytuacja zmobilizowała do weryfikacji planów.

 

Latynos z zamszową różą

Kiedy po roku zbliżał się czas powrotu naszej bohaterki do Polski, Pablo zapytał ją, czy mógłby ją odwiedzić w Polsce. „Dla mnie to oznaczało, że będzie chciał mi się oświadczyć“ – mówi. Nie myliła się. Stało się to na dożynkach, podczas wiejskiej potańcówki, gdzie Pablo wręczył jej sztuczną zamszową różę, w której ukryty był pierścionek zaręczynowy.

Magda oświadczyny przyjęła. Jej rodzice, dowiedziawszy się, że jej chłopak jest Meksykaninem, załamali ręce. „Mama obawiała się, że Latynos z gorącą krwią, zbałamuci mnie i porzuci, ale kiedy przyleciał, przypadł jej do gustu. I choć mama nie zna hiszpańskiego, szybko nawiązali kontakt“ – wspomina i dodaje, że mama dobrze wiedziała, że córka i tak postawi na swoim.

Serenady w Miliczu

Narzeczeni wrócili do Meksyku, gdzie Magda studiowała mass media i komunikację. Dużo podróżowali, poznawali się. Po roku odbył się ich ślub: jeden w Meksyku, drugi w Polsce. „Do mojej rodzinnej miejscowości zjechali się przyjaciele z całego świata oraz 16-osobowa rodzina z Meksyku“ – wspomina Magda.

Wszystko było tak, jak sobie wymarzyła, a zabawa trwała cztery dni, gdyż już od czwartku świętowali przyjazdy gości, których zebrało się aż 150! Wraz z Meksykanami uczyli się śpiewać serenady, pili szampana, przywiezionego przez przyjaciół z Francji, uczyli się swoich języków, zwyczajów… Po weselu państwo młodzi wracali do Meksyku. Miał to być wyjazd na zawsze.

 

Ale Meksyk!

Młode polsko-meksykańskie małżeństwo odkrywało uroki wspólnego życia, nowej pracy, nowych wyzwań. Magda uczyła niemieckiego na uniwersytecie  w Monterrey. „To była wdzięczna praca, studenci uczyli się pilnie, ponieważ każdy z nich marzył o wyjeździe do Niemiec“ – opisuje.

Potem na świat przyszło troje ich dzieci. Ale w Meksyku doszło do zmiany rządu, co spowodowało, że mafie zaczęły się bić o wpływy, na ulicach często dochodziło do rozbojów i strzelanin. Ze względu na rosnące niebezpieczeństwo Magda zaczęła myśleć o powrocie do Polski. „Jak kobieta zostanie mamą, zmienia sposób myślenia. Chce dla swoich dzieci jak najlepszego życia“ – konstatuje.

Wtedy nawet jeszcze nie wiedziała, że ta decyzja okaże się decydująca dla ich syna. „Wszystkie zmiany w naszym wspólnym życiu dokonują się z mojej inicjatywy. Ja coś wymyślam, a Pablo to realizuje“ – mówi, śmiejąc się Magda, opisująca swojego męża jako bardzo racjonalnego człowieka, który w pomyśle powrotu do Polski zobaczył szansę dla ich rodziny. Stopniowo zaczęli realizować plan przeprowadzki.

 

Miękkie lądowanie

Najpierw w Polsce wylądowała Magda z trójką dzieci (najmłodsze miało wtedy rok), dwoma psami i ośmioma walizkami. Był luty 2010 roku. Pablo dołączył do nich pół roku później. Ponieważ w Meksyku pracował dla firmy US Steel, jego plan był taki, że spróbuje ubiegać się o pracę w tejże firmie, mającej swoje filie w Serbii i na Słowacji. Pierwsze podejście zrobili w lipcu 2010 roku do Koszyc. „Od efektów tej rozmowy o pracę, zależało wszystko.

Czekaliśmy miesiąc na odpowiedź“ – wspomina Magda. Udało się i Pablo został dyrektorem odpowiedzialnym za kontakty z klientami. Wszystkim ulżyło. „Moja mama tak się cieszyła, bo –  jak mawia – te Koszyce to prawie Polska, tylko po drugiej stronie Tatr“ – opisuje z uśmiechem Magda. Ale, ku jej zdziwieniu, początki na Słowacji wcale nie były dla niej takie łatwe.

Kiedy dnia ubywa…

„Jak się w Koszycach zaciągnie jesień, to trzyma aż do wiosny“ – opisuje Magda, która po dekadzie w Meksyku zdążyła odwyknąć od jesiennej i zimowej pogody, charakterystycznej dla tej części Europy. „W Meksyku są tylko dwie pory roku, a słońce przez okrągły rok zachodzi o godzinie 20., dlatego po przyjeździe na Słowację, kiedy dzień robił się coraz krótszy, nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić“ – wspomina.

Poza tym, co bardzo naszą rozmówczynię zaskoczyło, na początku, mimo że zna kilka języków obcych, nie mogła sobie poradzić z porozumieniem się po słowacku.  „Nawet odprowadzając dzieci do przedszkola, żeby dogadać się z przedszkolanką, pomagałam sobie słownikiem z Google“ – wspomina i dodaje, że bardzo chciała się nauczyć słowackiego, gdyż znając język, człowiek wyraża szacunek dla mieszkańców kraju, w którym przyszło mu żyć. Udało się.

Dziś otoczona jest nie tylko Słowakami, Polakami, ale i mieszkającymi w Koszycach Latynosami: przybyszami z Boliwii, Nikaragui, Meksyku i Peru. Całą rodziną angażują się też w działaniach Klubu Polskiego, biorąc udział na przykład w festiwalu zup czy organizując spotkania rodaków.

 

Hurra, korporacja!

Przez 6 – 7 lat Magdalena była w domu z dziećmi, dorabiając sobie korepetycjami z niemieckiego, polskiego lub hiszpańskiego. „Nic innego nie potrafię“ – wyznaje z urokliwą, rozbrajającą  szczerością, choć niejedna osoba chciałaby umieć to, co ona. Dwa lata temu zdecydowała się zatrudnić w T-Systems, Telekom IT,  jako junior SAP consultant. „Pracuję w otwartej przestrzeni korporacji, która w samych Koszycach zatrudnia 4 tysiące ludzi.

Dla mnie to wymarzone miejsce, bo jestem otoczona ludźmi, mogę się nagadać do woli, co doceniam po kilku latach bycia w domu. Poza tym tu wciąż się uczę czegoś nowego, a do tej pory to ja uczyłam innych“ – mówi z radością w głosie. Nie bez znaczenia jest też stabilizacja ekonomiczna.

 

Diagnoza jak wyrok

Kiedy rozmawiamy z Magdaleną i Jose Pablem, poznajemy też trójkę ich dzieci: 15-letnią Alexandrę,  14-letniego Bogdana i 10-letnią  Mirosławę. Ta wspaniała, roześmiana rodzina ma za sobą trudne życiowe doświadczenie, które ich jeszcze bardziej scaliło. „Dopiero z perspektywy czasu zobaczyliśmy, jak funkcjonuje boży plan“ – wyznaje Magda, kiedy zaczyna opowiadać o trudnym etapie życia całej rodziny, czyli poważnej chorobie syna. „Gdyby nie ta przeprowadzka na Słowację, kto wie, czy Bogdan by przeżył’“ – zastanawia się na głos.

Cztery lata temu, kiedy diagnoza brzmiała jak wyrok: guz mózgu, świat zawirował im przed oczami. Trzeba było działać szybko. Okazało się, że na swojej drodze spotkali ludzi, którzy włożyli wszystkie siły i umiejętności w ratowanie ich syna. „Kiedy ktoś mnie pyta, czy nie żałuję tropików i lazuru, które zostawiliśmy w Meksyku, odpowiadam, że nie, bo w zamian za to dostaliśmy od Słowacji życie i zdrowie naszego dziecka“ – kwituje Magda.

Spotkanie z aniołami

Walczyli rok. „Zdarzały mi się takie sytuacje, kiedy pukałam do drzwi lekarza, a otwierała mi moja studentka, którą kiedyś uczyłam niemieckiego i która służyła nie tylko pomocą medyczną, ale i opiekuńczymi ramionami, w które się mogłam wtulić i wypłakać“ – opisuje z wypiekami na twarzy i dodaje, że jest wdzięczna temu krajowi za taką opiekę i świetnych fachowców. „Chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić, co może przeżywać matka, która musi zgodzić się na bardzo poważną operację swojego dziecka“ – wspomina i dodaje ze szklącymi się oczami: „Tego się nie życzy nawet największemu wrogowi“.

Rodzina Saenzów niebawem znów zasiądzie do wigilijnego stołu i z pokorą, ale i charakterystyczną południową radością będzie dziękować za te najcenniejsze dary.

Małgorzata Wojcieszyńska

MP 12/2019

zdjęcia: Stano Stehlik, archiwum rodzinne

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *