post-title Z geologa tłumacz i przewodnik

Z geologa tłumacz i przewodnik

Z geologa tłumacz i przewodnik

Kiedy we wrześniu 2002 roku wysiadłem z pociągu na krakowskim Dworcu Głównym, niebo było zachmurzone, a deszczowa pogoda utrzymała się do końca miesiąca. Przyjechałem na stypendium w ramach programu Lane`a Kirklanda, zarządzanego przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności. Dzięki temu programowi miałem możliwość pobytu na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

 

Życie zatacza koło

Z wykształcenia jestem geologiem. Od skończenia studiów w 1992 roku na Uniwersytecie Technicznym w Koszycach prowadziłem zajęcia i badania, później prowadziłem zajęcia na kierunku dotyczącym ruchu turystycznego. Pochodzę z Prievidzy w centralnej Słowacji.

Wcześniej niewiele miałem z Polską wspólnego, odwiedziłem ją na krótko kilka razy. No i  moja pierwsza zagraniczna wycieczka wiodła do Krakowa, Wieliczki i Morskiego Oka. Czy to nie dziwne, jak życie potrafi zatoczyć koło?

 

Kraków w różnych odsłonach

Pierwsze dwa tygodnie mieliśmy zajęcia od rana do wieczora w ramach kursu przygotowawczego, w trakcie którego uczyliśmy się języka, zapoznawaliśmy się z polską historią i kulturą oraz zwiedzaliśmy Kraków. Potem nastąpiła przepiękna słoneczna jesień, a Kraków był tak uroczy! Ulice i lokale pełne były studentek i studentów, turyści powoli znikali, miasto zaczynało tętnić własnym życiem.

Od tego czasu najbardziej Kraków lubię jesienią, choć nie tylko. Natomiast zima w Krakowie jest przygnębiająca: brak słońca, niebo zasłonięte ołowianym welonem i wilgotnym powietrzem… Przetrwanie zimy okazało się dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Codziennie walczyłem z niedotlenieniem mózgu, a senność odganiałem przez picie nieprawdopodobnej ilości kawy. W związku z tym polubiłem krakowskie kawiarnie i szybko się zorientowałem, jak zamówić czarną kawę, a nie  presso.

Przewodnik po Krakowie

Mimo wszystko to miasto pociągało mnie coraz bardziej, oczarowywało, zyskiwało sobie we mnie swojego sprzymierzeńca. Zamarzyłem więc, by pozostać z nim w bliskich relacjach na zawsze. Mój pobyt studyjny dotyczył rozwoju turystyki transgranicznej pomiędzy moim krajem i Polską. Na Słowacji już byłem przewodnikiem turystycznym, więc zgłosiłem się na kurs przewodnika miejskiego po Krakowie z zamiarem, że po powrocie do kraju będę przyjeżdżać tu z grupami turystów.

Zajęcia kursu przewodnickiego, teoretyczne i praktyczne, okazały się ciekawe i wciągające, chociaż nie było mi  łatwo, bo nie znałem języka, a trzeba było nie tylko zrozumieć wykłady, ale również zdać ok. dwudziestu egzaminów.

 

Czerstwe obwarzanki

Polskiego zacząłem się uczyć dopiero w Polce, jednak już dwa lata wcześniej miałem sporadyczną styczność z tym językiem poprzez polskich studentów, w związku z ich  praktykami na Słowacji. Nie zapomnę, jak pewnego grudniowego poranka, w dobrym nastroju, wybrałem się na Rynek Główny sam i postanowiłem kupić na ulicy obwarzanek.

Sprzedawczyni powiedziałem „jeden” i chcąc zagadać, zapytałem czy są „czerstwe”, co mi pani natychmiast potwierdziła. O dwie ulice dalej, gryząc suche, na pół twarde pieczywo, stwierdziłem, że baba mnie oszukała.

 

Od wpadek językowych po tłumaczenie przysięgłe

Drugą książką, którą przeczytałem po polsku, byli „Chłopi” Władysława Reymonta. Przeczytanie wszystkich czterech części zajęło mi ok. dwóch miesięcy i nie wszystko zrozumiałem. Drogi czytelniku, znający język słowacki, czego miał się domyślić Słowak, czytając w części trzeciej pt. „Wiosna” słowa: „Kokoty zaczęły piać na wyprzódki gdziesik po wsiach jeszcze niewidnych”?

Wpadki językowe zdarzały mi się jeszcze długo, podobieństwo i zdradliwość naszych języków narobiły mi jeszcze wielu kłopotów, zanim opanowałem język polski na odpowiednim poziomie. Dziś przekładem tekstów zajmuję się profesjonalnie, jestem też tłumaczem przysięgłym języka słowackiego w Polsce.

 

Wyzwanie na osiemnaście lat

Moje zapoznawanie się z Polską dzięki stypendium miało się skończyć na przełomie czerwca i lipca, po czym miałem wrócić na Słowacje i pracując na uczelni, rozwijać współpracę z polskimi partnerami. Zamiast tego dziekan mojego wydziału postanowił mnie zwolnić.

Zdecydowałem się zatem pozostać w Polsce na jakiś czas, jako przewodnik turystyczny po Krakowie. Nawet nie sądziłem wtedy, że owa profesja stanie się moim zajęciem na kolejnych osiemnaście lat.

 

Drugie podejście

Kiedy okazało się, że na Uniwersytecie Technicznym w Koszycach, gdzie prowadziłem zajęcia z ruchu turystycznego, nie ma dla mnie miejsca, ponownie znalazłem się na granicy słowacko-polskiej w Łysej Polanie, pełen niepewności i oczekiwań, co mnie spotka w Polsce przy drugim podejściu.

Na szczęście miałem już polskich przyjaciół. Wróciłem więc do zajęcia, którym się zajmowałem podczas pierwszego pobytu, czyli do oprowadzania wycieczek po Krakowie.

 

Z identyfikatorem przewodnika

Kiedy na Wawelu i ulicach Starego Miasta zacząłem się pojawiać częściej, nie umknęło to uwadze innym przewodnikom. Intrygował ich język, którym się posługiwałem, oprowadzając turystów, w tamtych czasach rzadko słyszany w Krakowie. Podejrzewano, że jestem przewodnikiem bez uprawnień, i nawet kilka razy inni przewodnicy zaczepiali mnie, dopytując o nie. Kiedy okazywałem ważny identyfikator przewodnika miejskiego po Krakowie, cofali się z respektem i traktowali po koleżeńsku.

Choć moi rodacy pojawiali się tu stosunkowo rzadko, to sukcesywnie zacząłem rozkręcać się w nowej roli. Prawda jest taka, że kilkanaście lat temu oferta zorganizowanych wycieczek krajoznawczych ze Słowacji do Polski praktycznie nie istniała. Oczywiście, w każdą sobotę przyjeżdżały tu setki autokarów na targi, a obleganymi przez ich pasażerów miejscowościami były: Krosno – Nowy Targ – Jabłonka – Cieszyn.

Same przyjemności

Podczas podróży po Polsce, od Tatr po Suwałki, wszędzie spotykałem się z gościnnym przyjęciem. Ludzie pozytywnie wyrażali się o Słowacji, o której prawie nic nie wiedzieli. Słowacja w tych czasach kojarzyła się z pięknymi górami, gorącymi źródłami, nartami i wczasami, czyli z samymi przyjemnościami.

 

Spryciarze gawędziarze

Polska, do której przyjechałem, była w ruchu; dużo się tu działo, zmieniało się społeczeństwo, polityka i gospodarka. Czasy „władzy ludowej”, puste półki w sklepach, kolejki oraz skutki inflacji były już przeszłością, ale mocno zapamiętaną. Polacy lubili mi opowiadać, jak sprytnie sobie radzili z brakiem towarów lub o wymianach kartek zaopatrzeniowych. Często opowiadania te kończyły się stwierdzeniem: „Ciekawe to były czasy, ale dobrze, że już się skończyły”.

W Polsce zaskoczyło mnie wiele rzeczy pozytywnie. Przede wszystkim solidarność Polaków, chęć nawiązywania dobrych relacji w codziennym życiu. Codzienne kontakty na ulicy czy w sklepie cechowały się uprzejmością, a z obcym człowiekiem warto było zamienić kilka słów.

Czy były niemiłe doświadczenia? Oczywiście, ale jestem zdania, że przykrości stwarzają ludzie ludziom, niezależnie od narodowości. Przed wyjazdem do Polski kolega mnie ostrzegał: „Wiesz, my Polacy bardzo lubimy się krytycznie wypowiadać sami o sobie. Często będziesz słyszał ‘tacy są Polacy’, ale ty, jako obcy, nigdy nie wypowiadaj się negatywnie o Polakach!”. Wiele razy zapomniałem o ostrzeżeniu kumpla i czasami mi się dostało.

 

Co łechce podniebienie

Polska kuchnia to wielkie odkrycie. Chociaż występują w niej dania podobne do słowackich, to są tu różnego rodzaju specyfika. Polubiłem żurek i barszcz we wszystkich wersjach, oczywiście też bigos. I bardzo mi odpowiada powszechna dostępność ogórków kiszonych, grzybów oraz ryb.

Ze słowackich dań, których mi w Polsce najbardziej brakuje, mogę wymienić gulasz. Danie, podawane pod tą nazwą w polskich barach, jest zupełnie inne niż to, do którego przywykłem w swojej ojczyźnie. Moja żona nauczyła się gotować prawdziwy gulasz wołowy i w jej wydaniu jest on wspaniały. Doceniam tu też szeroki wybór wyśmienitych polskich szynek, ale w sprawie kiełbasy się nie dogadamy.

Żona zdecydowała

Słowaccy turyści często mnie pytali, czy zostaję w Polsce na stałe. Zazwyczaj odpowiadałem wymijająco. Pewnego razu pośród turystów pojawił się Słowak z Niemiec. I właśnie tego emigranta z dłuższym stażem zapytałem o zdanie w tej kwestii. Stwierdził, że o tym, gdzie rodziny zamieszkują, zazwyczaj decyduje żona. W międzyczasie się ożeniłem się.

Moja żona Dagmara pochodzi z Andrychowa, a razem zamieszkaliśmy w Zakopanem, gdzie żona znalazła wymarzoną pracę w Muzeum Tatrzańskim. Zawodu przewodnika po Krakowie nie porzuciłem; nadal oprowadzam po tym mieście, dojeżdżając w sezonie turystycznym na kilka dni w tygodniu. Zaczynam też oprowadzać po Zakopanem, gdzie pojawia się coraz więcej turystów ze Słowacji. Aktualnie biorę udział w kursie na przewodnika górskiego.

 

„Kroki na krawędzi“

Po latach spędzonych w Polsce zostałem też zawodowym tłumaczem przysięgłym. Oprócz siedzenia nad tłumaczeniami dokumentów, chętnie biorę udział w tłumaczeniach ustnych polsko-słowackich spotkań, warsztatów czy nawet studiów, gdzie mogę wykorzystać nie tylko umiejętności językowe, ale również znajomość zwyczajów, kultury, historii i geografii obu krajów.

Za największe osiągnięcie uważam udział w kręceniu słowackiego filmu dokumentalnego „Kroki na krawędzi” (Kroki na hrane), w którym wykorzystano moje badania nad historią ucieczki Alfreda Wetzlera i Rudolfa Vrby z obozu Auschwitz-Birkenau w 1944 r. Film ten, w dużej części nakręcony w Polsce, otrzymał kilka nagród na festiwalach filmowych, a ponadto tworzy on podstawę edukacyjnego programu dla młodzieży szkolnej na Słowacji.

Miasto przyklejone do podnóża Tatr stało się dla mnie i mojej żony wspólnym domem. Domem pomiędzy moim ulubionym Krakowem i ojczystą Słowacją, którą mam w zasięgu wzroku. Z góry za domem widzę Tatry Bielskie. Kiedyś zimą, ze szczytu Grzesia, zobaczyłem nawet górę Kľak –  za nią ma swoje źródła rzeka Nitra, nad którą leży moje rodzinne miasto.

Róbert Schmidt, Zakopane

MP 3-4/2020

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *