post-title Słowacja jej wiele podarowała

Słowacja jej wiele podarowała

Słowacja jej wiele podarowała

teraz polska studentka medycyny chce pomagać Słowakom

 

Natalia Maśloch jest na piątym roku medycyny w Bratysławie. Kiedy prawie wszyscy studenci spoza stolicy rozjechali się do swoich domów, ona została na Słowacji. Zaoferowała pomoc w szpitalu, by nie siedzieć bezczynnie. Póki co pomaga starszym osobom w zakupach.

 

Co Panią motywuje, że chce Pani w obecnych czasach pomagać?

Studiuję medycynę i wiem, że niektórzy słowaccy studenci pomagają w szpitalach, ale nas – obcokrajowców nasza uczelnia nie powołała do pomocy.

 

Dlaczego?

Nie wiem. Wysłałam maila z ofertą takiej pomocy: i do dziekanatu, i do jednego z profesorów. Podobnie zrobiła moja koleżanka z roku, też Polka. Nie uzyskałyśmy odpowiedzi. Może nie jest więc źle w słowackiej służbie zdrowia, skoro nas tam nie potrzebują? W takiej sytuacji nie chciałam siedzieć bezczynnie. Owszem, mam zajęcia na uczelni w trybie on – line, pracuję też zdalnie, ale chciałam coś jeszcze robić.

Kiedy wybrałam się na zakupy do sklepu i zobaczyłam ile starszych osób stoi w kolejkach, pomyślałam, że to właśnie oni mogą potrzebować mojej pomocy. Zapytałam sąsiadki, którą często widzę jak sadzi kwiatki w ogródku przed naszym blokiem, czy potrzebuje pomocy w robieniu zakupów. Okazało się, że ją zaopatruje syn, ale wskazała mi inną panią, która nie ma nikogo. Stojąc w kolejce przed sklepem pytałam też innych starszych osób, czy wyręczyć ich, by niepotrzebnie się nie narażali i nie wchodzili do środka.

 

Jak reagowali?

Wzbudzić zaufanie wśród obcych jest trudniej, tym bardziej, że nie mówię idealnie po słowacku. Niektórzy z mojej pomocy skorzystali, inni bali się podać swój numer telefonu, czy adres i ja to rozumiem. Chciałam nawet pisać ogłoszenie i wywiesić je w kilku bramach, ale wśród najbliższych sąsiadów znalazłam kilka takich osób, o które troszczę się systematycznie. Mieszkam w takim miejscu bratysławskiej dzielnicy Vrakuňa, że mam blisko do trzech sklepów i mogę zrobić dwa – trzy  kursy dziennie z plecakiem na plecach.

 

Panią to autentycznie cieszy!

Tak! Wie pani, moi sąsiedzi do tej pory cudownie opiekowali się mną, na przykład  kiedy miałam sesje, pewna sąsiadka nosiła mi obiady, inna – owoce. Teraz ja mam szansę się odwdzięczyć, choćby w tak prozaiczny sposób jak kupno świeżego pieczywa.

 

Co jeszcze Pani kupuje swoim podopiecznym?

To są drobne rzeczy, jak coś do chleba, czy na zupę. Raz jedna pani mnie poprosiła, bym jej kupiła skarpetki.

 

Jak się to odbywa?

Za zakupy płacę kartą a potem, kiedy je przyniosę, rozliczamy się. Wie pani, to nie są duże wydatki, to nie więcej niż 10 euro. Nie zakładam, że ktoś mi nie odda tych pieniędzy, ale nawet gdyby tak się stało, to ja te zakupy spożytkuję u siebie w domu.

 

Byłoby to jakieś wyróżnienie, rodzaj zaufania, gdyby teraz ze szpitala powołano Panią do pomocy?

Tak, choć my studenci jeszcze nie składaliśmy przysiėgi Hipokratesa. Ten czas to swoisty sprawdzian dla wszystkich, którzy wybrali ten zawód, czy się nie cofną w obliczu takiego zagrożenia. Co ciekawe, właśnie jeszcze w lutym i na początku marca mieliśmy zajęcia na oddziale zakaźnym na Kramarach.

 

Jak ocenia Pani poziom przygotowania na epidemię w tym bratysławskim szpitalu?

Podczas zajęć, które tam się odbywały, spotkaliśmy wielu lekarzy – świetnych nauczycieli, posiadających dużą wiedzą. Ten oddział ma trzy piętra i dobre warunku, żeby przyjmować chorych. Pokazywano nam te sale jeszcze przed wybuchem epidemii – były one dobrze przygotowane, wszędzie były dostępne środki dezynfekcyjne, nikt nie czuł się zagrożony. Nie mam informacji, jak to teraz wygląda, ale wtedy oddział był w pełni wyposażony.

Z kolei w dzień egzaminu, czyli wtedy kiedy potwierdzono pierwszy przypadek zachorowania na koronawirusa na Słowacji, nasz profesor bez przerwy odbierał telefony i informował o wynikach testów tych wszystkich, którzy im zostali poddani, czyli na przykład tych wracających z ferii z Włoch.

 

Jak Pani przeżywa tę sytuację z dala od Polski, od bliskich? To będą Pani pierwsze święta z dala od domu?

Nie, w zeszłym roku też zostałam w Bratysławie, bo musiałam się uczyć. Jestem świadoma tego, że od mojej zdobytej wiedzy zależy życie ludzkie a nie stopień na egzaminie, dlatego sporo czasu poświęcam na naukę. Na szczęście rodzice to rozumieją. Tu w Bratysławie mieszkam sama, ale przyzwyczaiłam się do tego. Mam świetnych sąsiadów. Martwię się o rodziców.

Przyznaję, że strach mnie obleciał pewnego dnia, kiedy zobaczyłam w sklepie na półkach same najdroższe produkty. Bałam się, że nie będzie mnie stać. Wróciłam do domu i miałam do wyboru: rozkleić się albo wziąć w garść, Wybrałam to drugie i zaczęłam się pytać, czy ktoś mnie potrzebuje. Zaczęłam się zastanawiać, po co to wszystko się dzieje.

 

I do jakich wniosów Pani dochodzi?

Teraz jeszcze bardziej sobie uświadomiłam, że lekarz uczestniczy w ratowaniu zdrowia i życia ludzkiego. Po to rozpoczęlam te studia, by być pomocnym. Nie zrezygnuję z obranej drogi. Pandemia jeszcze bardziej otwiera mi oczy, jak bardzo to jest potrzebny zawód. To powołanie!

 

Dlaczego wybrała Pani studia medyczne na Słowacji?

W Polsce było trudniej się dostać na medycynę – decydowały tam wyniki egzaminów maturalnych. Tutaj zdałam egzameniy wstępne i zapłaciłam czesne. Kiedy poprawiłam moje wyniki maturalne, mogłam ponownie startować na medycynę w Polsce, ale skoro tu miałam studia opłacone, wybrałam Bratysławę. Jestem zadowolona, tym bardziej, że te studia robię w języku angielskim.

 

Poprzedni premier Słowacji mówił o projekcie odpracowania studiów w tym kraju. Gdyby była taka konieczność jest Pani na to gotowa?

Myślę, że tak. Dobrze mi się tu mieszka. Słowacja mi wiele podarowała. Mam na myśli nie tylko wiedzę zyskaną na studiach, ale i tę życiową.

mw

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *