post-title Ewa Kasprzyk: „Jeszcze nie skończyłam, jeszcze nie odpuszczam“

Ewa Kasprzyk: „Jeszcze nie skończyłam, jeszcze nie odpuszczam“

Ewa Kasprzyk: „Jeszcze nie skończyłam, jeszcze nie odpuszczam“

„Temperament, wdzięk, kobiecość  i dobre aktorstwo“ – piszą internauci. Wspierali ją fani, gdy w 2015 roku w ramach Boxin Night 11 walczyła z Iwoną Guzowską, mistrzynią świata i Europy w kick-boxingu, i kiedy ostro  ćwiczyła w telewizyjnym „Tańcu z gwiazdami”. Słali jej pełne uwielbienia listy, a potem maile i SMS-y po każdym niemal filmie. Ma swój klub wielbicieli. Czasami jest krytykowana, a wtedy lubi pożartować z siebie. W bezpośrednich kontaktach Ewa Kasprzyk jest otwarta i naprawdę nie „gwiazdorzy”.

Karierę aktorską Ewa Kasprzyk zaczynała w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku; zagrała wiele znaczących ról teatralnych, ale prawdziwą popularność przyniosły jej filmy. Wystąpiła w ponad sześćdziesięciu filmach i serialach. Trzy części „Kogla-mogla” przyniosły jej rozgłos i sławę. W lipcu 2020 mimo pandemii rozpoczęły się zdjęcia do czwartej części „Kogla-mogla”. Będzie to „Koniec świata”. Ewa Kasprzyk wygląda na planie olśniewająco. Premierę filmu zapowiedziano na styczeń 2021 roku.

Do czasu obostrzeń związanych z pandemią pojawiała się na kilku warszawskich scenach w spektaklach, na które trudno było dostać bilety. W Teatrze Kwadrat w Warszawie w głośnej komedii „Otwarcie sezonu” zagrała amerykańską gwiazdę, znaną z licznych romansów. W jej ojca w tym spektaklu wcielił się… Daniel Olbrychski.

 

Jesteś rozpoznawalna, pozdrawiają Cię i chętnie nawiązują rozmowy z Tobą fani na ulicy, choć teraz  z konieczności rzadziej się pokazujesz.

To prawda. I nie ukrywam, że w moim zawodzie to dość ważne, żeby widzowie mnie znali. Lubię swoją pracę, ciągle mnie fascynuje to, co robię. Teatr, filmy, a nawet reklamy to ciągłe poszukiwanie i ciągłe zmiany (śmiech). Mam niespokojną naturę i lubię, jak się coś dzieje. Kiedy długo jest spokój albo przestój, budzi to mój niepokój. Praca mnie mobilizuje i napędza.

 

Mieszkasz w Warszawie, ale chętnie  przyjeżdżasz do Trójmiasta, swego matecznika. Zatrzymujesz się w Gdyni.

Z ubolewaniem powiem, że coraz rzadziej przyjeżdżam do Gdańska i Gdyni. Za dużo pracy miałam w Warszawie, więc trudno było się wyrwać. Najczęściej przyjeżdżałam z gościnnymi spektaklami. Właściwie dałam się pochłonąć Warszawie. To już 20 lat, jak wyjechałam z Gdańska. W roku 2000 podjęłam taką decyzję i dałam się w Warszawie zakręcić. Miałam jechać na rok, żeby się sprawdzić, rozejrzeć i wejść trochę w nowy świat artystyczny. Nie było łatwo na początku. Musiałam się wiele nauczyć, choćby tego, jak dążyć do celu konsekwentnie i z uporem. Ale nie jest powiedziane, że to moja ostateczna decyzja i na pewno, na zawsze już będzie tylko Warszawa. Nie wiem, jak będą wyglądały moje peregrynacje. Ruch jest we mnie, jest moją wewnętrzną potrzebą.

 

W Warszawie zaczynałaś od Teatru Kwadrat?

Jestem ciągle w Teatrze Kwadrat, ale poznałam też inne teatry i inne zespoły. Bardzo ważne przedstawienia grałam gościnnie u Krystyny Jandy w Teatrze Polonia, a także w Teatrze Trzciny, i Teatrze Kamienica, a monodramy grałam w kilku teatrach, m.in. w Teatrze Rozmaitości. Grałam też w klubach warszawskich. Ale nie było łatwo wejść w tę wielorakość i różnorodność. W Gdańsku byłam gwiazdą lokalną (śmiech).

 

Ale rozpoznawalną od czasów seriali.

Oj tak! Gdy zaczęłam grać w serialu „Złotopolscy”, widzowie zaczęli mnie kojarzyć i mówić, to jest ta aktorka, która grała w „Koglu-moglu” i w „Dziewczętach z Nowolipek”. A przecież to filmy, które powstały wcześniej, miały całkiem dobry odbiór i cieszyły się powodzeniem u widzów. Ale serial telewizyjny, przynajmniej w czasach moich „Złotopolskich”, to była magia.

 

I tak jest do dzisiaj. Seriale budują popularność gwiazd i celebrytów.

Fakt. Przed „Złotopolskimi” było „Radio Romans”. Nagle się okazało, że mam grono swoich fanów, jestem naprawdę popularna i… kontrowersyjna, niezależnie od tego, co znaczy naprawdę to słowo. Czasami mówię wprost. Gdy to jest konieczne, potrafię się odciąć, zwłaszcza kiedy ktoś próbuje mi zwyczajnie dokuczyć. Nieraz pojawiałam się w Internecie na portalu Pudelek. Czasami jest to zabawne, a czasami irytujące.

 

Bardzo się tym przejmujesz?

Kiedyś tak, teraz już zdecydowanie mniej, a czasami wcale. Ale jeżeli coś godzi w moje dobra osobiste, to idę od razu do sądu. Uznałam, że nie warto się przejmować, a sprawę trzeba po prostu załatwić. Mam swojego prawnika, który śledzi różne publikacje. Taki uprawiam zawód i taki jest teraz świat show-biznesu. Już jedną sprawę wygrałam, o czym się nie informuje, bo – jak wiadomo – sprostowania nie są w modzie.

 

Co Ci wmawiano?

To było kilka spraw równocześnie. Wszystkie w sposób zdecydowany przekraczały granice przyzwoitości dziennikarskiej. A więc sugerowano, że mam młodego kochanka, który był producentem filmu, że robiłam operacje plastyczne w klinice, której w ogóle nie znałam i nie  w byłam tam oczywiści… Słowem marne i beznadziejne plotkarstwo o niczym, ale na mój temat w marnym kontekście zmyślonych bzdur. Kiedy takich wymysłów jest za wiele, kończy mi się cierpliwość.

 

Czy dzisiaj aktorka bez skandali może być znana i popularna?

Może, bo to zależy, jaką kto obiera drogę. Znam wielu, także młodych aktorów, zdolnych i naprawdę zawodowo świetnych, którzy nie chcą skandali, nie chcą grać w serialach i nie chcą być popularni w Internecie, np. Agnieszka Żulewska, bardzo ciekawa aktorka filmowa i teatralna.

 

Laureatka nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.

Tak, której nie zobaczysz na ścinkach. Albo Krzysztof Dracz, bardzo pracowity aktor wielu seriali i filmów, z którym grałam i gram w Teatrze Polonia u Krystyny Jandy w sztuce  „Kto się boi Wirginii Wolf”. To genialny aktor, który jest bardzo skromnym człowiekiem.

Można się od tej pozornej popularności ustrzec, tylko trzeba uważać, żeby coś się nieopatrzenie nie wymknęło spod kontroli. Ja czasami trochę grałam mediami, ale przekonałam się, że wynik takiej gry może być różny. To zbędna walka, teraz to już wiem na pewno. Czasami coś tam dla żartu powiedziałam, żeby nie było nudno w życiu, bo lubiłam, jak iskrzy, a media brały to dosłownie i zaczynała się jazda.

 

A ustawki? To dość popularne działania i chwyty wielu celebrytów.

Dla mnie ważne tylko do promocji jakiegoś przedsięwzięcia, ale raczej unikam takich sytuacji. I tak za dużo za mną chodzą, więc po co mam jeszcze dodatkowo prowokować.

 

I masz jeszcze sławną śpiewającą córkę – Gosię Bernatowicz. To dodatkowe źródło poszukiwania sensacji.

To prawda. Nie wiadomo teraz, kto jest bardziej sławny.

 

Ale ona ciągle mówi, że jest Twoją córką.

No tak, ale niezupełnie. To prasa ciągle pisze, że jest moją córką. A może lepiej by było także dla niej, gdyby pisano, że jestem jej matką. Oczywiście bardzo jej kibicuję. Wszystkie burze – mam nadzieję – mamy już za sobą. Ale fajne, że jej zawód i pasja to inna dziedzina, że jednak nie jest aktorką. Wierzę, że będzie osiągała coraz bardziej spektakularne sukcesy. I będzie sławna, bo jest zdolna i dobra. Nie ma łatwo, bo to nie jest prosta kariera. Ale ja też nie miałam. Sukces przychodzi, jeśli się ostro pracuje i dba o szczegóły, a poza tym jeśli się ma trochę szczęścia.

 

Dzieci artystów nie mają łatwo albo wręcz przeciwnie, mówi się, że rodzice torują im drogę do kariery.

Jak patrzę na dzieci moich koleżanek i kolegów, to wiem, że są one obciążone geniuszem rodziców. Ja nie byłam rodzinnie obciążona, wręcz przeciwnie, mój wybór aktorstwa był wielkim zaskoczeniem dla moich rodziców. Przeszłam klasyczną drogę: z niedużego miasta – Stargardu Szczecińskiego – po czterokrotnym zdawaniu do szkoły aktorskiej w końcu dostałam się do szkoły teatralnej w Krakowie. Musiałam sama wszystko udowadniać. Jak ta kozica, a jestem koziorożcem, piąć się po skałach. I tak jest do dziś. Może byłoby łatwiej, gdybym miała męża reżysera (śmiech).

 

A Twój mąż jest inżynierem budownictwa okrętowego.

Tak. Ale chciałbym powiedzieć tak serio: jestem zadowolona, że teraz jestem w tym miejscu, w którym jestem. Ten zawód wyzwala w człowieku nieprawdopodobną zachłanność, żeby jeszcze i jeszcze, i jeszcze coś robić, grać do końca. Oczywiście czasami ma się tego wszystkiego dosyć, ale to nie trwa długo, potem znowu następuje takie zawodowe kuszenie, rodzi się zachłanność na nowe role, nowe artystyczne spotkania. Jeszcze ciągle próbuję, jeszcze nie skończyłam, jeszcze nie odpuszczam. Kiedy grałam z Danielem Olbrychskim w Kwadracie bardzo znaną aktorkę, gwiazdę, która po kolejnej premierze ma złe recenzje, myślałam czasami o swojej drodze artystycznej. Bardzo lubię swój rytm życiowy: rano próby w teatrze, wieczorem spektakl; lubię dyscyplinę teatralną. A jak jestem na planie filmowym, też czekam na kolejne zdjęcia. Najbardziej przeszkadza mi nicnierobienie.

 

W Twoim zawodzie cały czas walczy się z sobą i o siebie, ciągle szuka.

To też prawda. Widzowie nam kibicują i często chcą nas zatrzymać w czasie. Nie ukrywam, że to miłe, szczególnie gdy słyszę, że wyglądam na żywo lepiej niż w telewizji (śmiech).

 

Tęsknisz czasami do Gdańska, miasta, w których zaczynał się Twój artystyczny los?

Bardzo. Ta bliskość morza dawała i daje mi uspokojenie. W Gdańsku się lepiej sypia, a w Warszawie ciągle człowieka coś wciąga w nieprzewidywalne sytuacje. Ale to jest fascynujące i inspirujące. Miałam często wrażenie, że jestem w jakimś niedoczasie, ale teraz trwa z konieczności uspokojenie. Już kilka miesięcy. Mam nadzieję, że powoli się kończy.

Alina Kietrys

MP 9/2020

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *