post-title Byle fala ich nie zatopi – zaczynają kolejne od nowa w Bratysławie

Byle fala ich nie zatopi – zaczynają kolejne od nowa w Bratysławie

Byle fala ich nie zatopi – zaczynają kolejne od nowa w Bratysławie

 CO U NICH SŁYCHAĆ? 

Zapewne niektórzy pamiętają Krzyśka Majkę, który kilka lat temu brał aktywny udział się w działaniach Klubu Polskiego podczas organizacji promocyjnego przedsięwzięcia „Z Polską na Ty“. Wszędzie go było pełno, a potem przepadł jak kamień w wodę. Ale wypłynął! Bo jego życie jest pełne wzbierających fal, które przeciętnego człowieka by zatopiły. Krzysiek się jedna nie daje! Tak, jak nie daje się Bożena Miczek, która od trzech lat tworzy z nim parę. Oboje po przejściach. Właśnie „wypłynęli“ w Bratysławie. Ponownie.

 

Biznesy

Latem zamieszkali w podbratysławskiej gminie, gdzie wynajmują dom. Pochodzą z Tarnowa, a jednak to Bratysława jest ich życiowym centrum. Tu oboje mają dzieci z poprzednich związków, a Krzysiek od lat prowadzi interesy. „Przyjechałem tu pod koniec lat 90. w celach biznesowych, choć wtedy, zanim nasze kraje wstąpiły do Unii Europejskiej, trudno było zdobyć zezwolenie na pobyt“ – wspomina.

Zaczynał w branży kafelkowej, potem była firma meblarska, w której był prawą ręką szefa, kolegi z Tarnowa. Ich ścieżki się rozeszły, choć obaj pozostali na słowackim rynku. „Zajmuję się sprzedażą dobrej jakości mebli kuchennych, które produkowane są w Polsce“ – mówi i dodaje, że wyposażył już sporo słowackich i austriackich domów, a wśród jego klientów są także ludzie ze świata polityki. Kiedy dopytuję o jego kolegę, z którym wcześniej współpracował, dowiaduję się, że to były mąż Bożenki.

 

Nieudana próba

„Czternaście lat temu przyjechałam do Bratysławy wraz z dziećmi, za mężem“ –  zaczyna swoją historię Bożena. Bratysława jej się spodobała. Mężowi wiodło się w interesach, więc mogli sobie pozwolić na zamieszkanie w luksusowej willi z basenem. Nie wiodło się jednak w ich małżeństwie i przeprowadzka Bożeny z dziećmi do stolicy Słowacji była próbą scalenia małżeństwa. Nie powiodła się.

Po roku Bożena z dziećmi wróciła do Tarnowa i wystąpiła o rozwód. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że najgorsze dopiero nastąpi. Owszem, były mąż zapewnił rodzinie dobre warunki finansowe, płacił wysokie alimenty, ale czekała ją walka o życie jednego z synów.

 

Pięć lat życia?

Bożena miała dobry plan, by zacząć życie od nowa z pełną werwą. Jest pedagogiem z krwi i kości, kocha dzieci. Nic więc dziwnego, że przerwaną edukację pedagogiczną postanowiła dokończyć i zdobyć tytuł magistra w Krakowie. Tak też się stało. Równocześnie pracowała w przedszkolu, gdzie dzieci ją uwielbiały. Kolejnym krokiem miało być otwarcie prywatnego przedszkola. Nie zdążyła. Był rok 2013, kiedy młodszy syn zaczął się uskarżać się na ból w kolanie.

Lekarka uspokajała, że w tym wieku, kiedy nastolatkowie rosną, to normalne. Ból jednak nie ustępował i po tym, jak w prywatnym gabinecie zrobiono odpowiednie badania, lekarz poprosił chłopca, by ten wyszedł na korytarz, a Bożena usłyszała najgorszą diagnozę. Jej syn miał 10-centymetrowanego guza nowotworowego kości. Na kolejne badania pojechali do Warszawy, gdzie oznajmiono jej, że przeżywalność dzieci z takim nowotworem wynosi 5 lat!

 

Jak lwica

Walka o zdrowie Sebastiana zdominowała życie naszej bohaterki. Jeździła między Tarnowem a Warszawą, a kiedy chłopaka czekała ciężka operacja usunięcia guza, wynajęła małe mieszkanie w stolicy, by być bisko hospitalizowanego syna. To jednak nie była jedyna jego operacja. Stan zdrowia syna się pogarszał, pojawiły się przerzuty do płuc.

Efekt był taki, że chłopak przeszedł jeszcze pięć operacji usuwanie guzów z płuc; miał też przetaczaną krew. „Żeby go ratować, jeździliśmy na terapię nawet do lekarza do Wiednia. To leczenie kosztowało 16 tysięcy złotych miesięcznie!“ – opisuje, a ja nie mogę się nadziwić, ile razy musiała upadać pod ciężarem złych wiadomości, by się znów podnieść. „Taka jest natura matki – walczę jak lwica“ – konstatuje Bożena.

 

Pięć tysięcy kilometrów tygodniowo

W tym czasie Krzysztof przeżywał swoje wzloty i upadki. Kiedy ożenił się po raz drugi, miał nadzieję, że los się do niego uśmiechnął. Efektem związku ze Słowaczką jest wspaniały syn Artur – dziś już 10-latek. Niestety, małżeństwo się rozpadło, a Krzysiek przyjął propozycję pracy w Chorzowie w Śląskim Wesołym Miasteczku, prowadzonym przez słowacką firmę.

„Tak się rozpoczęło moje kursowanie między Bielskiem Białą, gdzie mieszkałem, a Bratysławą, skąd na weekendy brałem do siebie syna“ – wspomina. Tygodniowo przejeżdżał ok. 5 tysięcy kilometrów! „Wychowałem się w Tarnowie, ale większość życia spędziłem w Bratysławie, to moje miasto, tu zapuściłem korzenie, na tym rynku się znam“ – mówi, wyjaśniając jednocześnie, dlaczego wrócił na Słowację.

 

Samotność?

Cztery lata temu Sebastian poczuł się ciut lepiej i mógł spędzić Boże Narodzenie z ojcem i bratem w Bratysławie. Bożena została w Tarnowie. „Pierwszy raz zostałam sama na święta, czułam się nieswojo“ – wspomina. Okazuje się, że w tym czasie odezwał się do niej Krzysiek, który przyjechał z synkiem do swojej mamy do Tarnowa. Prowadzili intensywną korespondencję na Messengerze. „Nawet zaprosił mnie do kina, ale odmówiłam“ – wspomina.

Kiedy następnym razem Krzysiek przyjechał do rodzinnego miasta, zaproszenie ponowił. Tak się zaczęła nowa więź między nimi. „My się znamy ponad 20 lat, był na moim ślubie, ja na jego pierwszym też“ – opisuje Bożena. Krzysiek był więc od lat obecny w życiu dorastających synów Bożeny, którzy już w dzieciństwie go polubili, więc kiedy dowiedzieli się, że ich mama związała się właśnie z nim, od razu to zaakceptowali.

 

Złe wieści a zaręczyny

Dzielili razem radości i smutki, wierząc, że przed nimi same dobre dni. Niestety, kolejna wizyta z Sebastianem u lekarza w Wiedniu przyniosła znowu złe wieści: przerzuty guzów do płuc, dwa w wątrobie, w trzustce, zaatakowana cała miednica. Werdykt brzmiał, że chłopakowi zostały dwa, trzy miesiące życia. „Lekarz powiedział mi, żebym się przez ten czas synem jeszcze nacieszyła“ – wspomina. Zbliżała się Wielkanoc 2017 roku.

Zanim święta się rozpoczęły, przyszła druga diagnoza – tym razem to Krzysiek dowiedział się, że i on ma raka. „Przyjechałem do Wiednia do Bożeny i postawiłem wszystko na jedną kartę“ – opisuje nasz bohater, który już od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem oświadczyn. „Przed wyjazdem z Bratysławy spakowałem pierścionek do torby z aparatami fotograficznymi, ale w ostatniej chwili zdecydowałem, że jednak schowam go do kieszeni w kurtce“ – wspomina.

Dobrze zrobił, bowiem na wiedeńskim parkingu ktoś się włamał do jego samochodu i torba ze sprzętem zniknęła. „Na szczęście miałem pierścionek przy sobie. Najważniejsze jednak, że moje oświadczyny zostały przyjęte!“ – podsumowuje Krzysztof, a Bożena dodaje, że nie straszna jej była diagnoza narzeczonego. „Wiedziałam, że razem będzie nam łatwiej i stawimy czoła wszystkim przeciwnościom losu“.

 

Sześćdziesiąt tysięcy złotych w kilka dni

Krzysztof poddał się operacji, która zakończyła się pomyślnie. Co trzy miesiące musi chodzić na badania kontrolne, ale to nie ogranicza jego życia.

Walka o życie Sebastiana była dużo trudniejsza. Bożena ubłagała lekarzy w Polsce, by poddali dziecko chemioterapii. Dostał lek, który okazał się skuteczny. Moja rozmówczyni zapytana, skąd bierze siły do walki, wyjaśnia, że dla dziecka byłaby w stanie zrobić wszystko. I wymienia, jak bardzo musiała walczyć na różnych frontach, pukając od drzwi do drzwi nie tylko gabinetów lekarskich, ale i zbierając pieniądze na kosztowną operację po tym, kiedy lekarz powiedział, że Sebastianowi trzeba będzie amputować nogę.

W ciągu kilku tygodni uzbierała na platynową endoprotezę z USA prawie całą kwotę, czyli 60 tysięcy złotych. „Organizowałam koncerty, udzielałam wywiadów w  telewizji TVN i Polsacie, zbierałam pieniądze jak się dało“ – wspomina, ale dodaje, że i ona miała chwile absolutnego załamania. Wtedy też przekonała się, na kogo z bliskiego otoczenia może liczyć. „Zdarzało się, że krytykowano mnie, iż pomimo choroby syna, chodzę do fryzjera, bo niektórzy widzieliby mnie tylko w worku pokutnym, a ja wiedziałam, że jak ja się załamię i zaniedbam, to będzie to też sygnał dla Sebastiana“ – opisuje.

 

Ślub na Zakyntos

Dziś Sebastian jest zdrowy i mieszka, podobnie jak jego starszy brat, w Bratysławie. Bożena przyznaje, że starszemu synowi w krytycznych czasach choroby Sebastiana nie mogła poświęcać dostatecznej uwagi. „Patryk studiował na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i musiał sobie radzić sam. Nie dostawał, jak inne dzieci, od swoich mam obiadów w słoikach“ – mówi, ale cieszy się, że teraz oboje z Krzyśkiem są w pobliżu swoich dzieci.

Te chętnie ich odwiedzają w podbratysławskim domu. Wszyscy trzej chłopcy mają ze sobą dobry kontakt. „To ciekawe, że moi synowie chętnie bawią się z Arturkiem, nawet dziś, jak tu był w odwiedzinach Sebastian, bawili się razem“ – mówi Bożena. Również ją zaakceptował syn Krzysztofa. „Artur był naszym świadkiem i jedynym gościem z rodziny na naszym ślubie“ – zdradza rozmówczyni. Okazuje się, że para zdecydowała się pobrać podczas urlopu na greckiej wyspie Zakyntos. „My już duże wesela z setką gości mamy za sobą.

Tym razem to był nasz dzień, który celebrowaliśmy we własnym gronie“ – dodaje i opisuje, że na wyspie jest specjalna plaża, gdzie odbywają się śluby. Dostać się do niej można, wędrując przez skały. „Na młode pary czeka tam piękne, ozdobione na biało molo z widokiem na turkusowe morze, co nadaje ceremonii romantyczności i intymności“ – popisują.

 

Opiekunka do dzieci

Bożenie do szczęścia potrzeba pracy, której – jak dawniej – mogłaby się poświęcić. Brakuje jej kontaktu z małymi dziećmi, do których ma specjalne podejście. To ceni sobie też syn Krzysztofa, który chętnie spędza z nią czas.  „To nie Krzysiek, ale ja najczęściej odrabiam z Arturkiem lekcje, kiedy jest u nas“ – zdradza Bożenka.

Zaraz po przeprowadzce na Słowację, od lipca zaczęła rozsyłać wśród znajomych ogłoszenia, umieszcza je też w Internecie i na portalach społecznościowych, wierząc, że polskie rodziny będą potrzebowały do swoich dzieci wykwalifikowanej opiekunki albo osoby do odrabiania lekcji z dziećmi. W sierpniu rozpoczęła pracę u pewnej rodziny. „Byłam w swoim żywiole, spędzałam u nich całe dni, ku zadowoleniu swojemu i dzieci“ – ocenia. Okazało się jednak, że jej pracodawca awansował i został przeniesiony do Niemiec.

Zahartowani

Słuchając opowieści tej pary, jestem pewna, że przeciwności losu ją zahartowały. Pytam więc, skąd czerpią siły i pogodę ducha.  „Jak człowiek przez coś takiego przejdzie, to wie, że musi się cieszyć każdym dniem, bo nie wiadomo, co wydarzy się za tydzień, za dwa“ – potwierdzają zgodnie oboje. Bożenka wspomina, że dawniej planowała urlopy, wakacje, kupno tego czy tamtego, ale choroba wszystko zmieniła.

Oni, jak mało kto, potrafią cieszyć się danym dniem. „Owszem, mamy z Krzyśkiem wspólne plany, ale wolimy o nich nie mówić na głos“ – dodaje, a na pytanie, co jest w życiu ważne, zdecydowanie odpowiada, że zdrowie! „Czasami tak się zastanawiam, jak ja to wszystko przeżyłam.

Zdarzyło mi się trzy razy zemdleć pod drzwiami do sali operacyjnej, a jednak zawsze po odzyskaniu przytomności podnosiłam się i szłam dalej“ – opisuje i dodaje, że od kiedy związała się z Krzysiem, jest jej raźniej i wie, że razem są silniejsi.

Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcia: Stano Stehlik

MP 10/2020

 

Zdjęcia: archiwum rodzinne

 

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *