|
“Gdzie jest pilot? Ja się pytam, gdzie jest pilot?!” Napisała na Facebooku moja koleżanka. I zawrzało. Posypały się komentarze, podpowiedzi: gdzie szukać pilota, co zrobić, by go jakoś zastąpić, co zafundować sobie na otarcie łez po nim... Były też nieśmiałe wypowiedzi córek mojej koleżanki, które miały stać za całą aferą. Były nawoływania: oddajcie matce pilota! Dyskusja na temat “utraconego” (ponad 50 wpisów!) trwała dwa dni. Aż wreszcie… Znalazł się! Był pod łóżkiem! No i znów się zaczęło: Jak to? Nie sprawdzałaś???
„Ojej, zapomniałem, że mamy bilety na koncert Leonarda Cohena” – powiedział mój mąż, widząc w telewizji jego występ. Zdziwiłam się, że zapomniał o tak atrakcyjnym wydarzeniu, tym bardziej, że godzinę wcześniej ustaliliśmy, że przyjmiemy zaproszenie do znajomych, a termin spotkania to właśnie termin koncertu. Cóż… Kolację ze znajomymi przełożyliśmy i poszliśmy na koncert. Dlaczego o tym piszę? Co wspólnego ma Leonard Cohen z życiem Polonii na Słowacji? W biegu spraw codziennych brakuje nam czasu, by wpisać do kalendarza ważne wydarzenie, a to przechodzi nam koło nosa. W przypadku mojego męża „zapaliła się kontrolka”, kiedy zobaczył legendarnego barda w telewizji. My też „zapalamy kontrolkę” i zwracamy uwagę Szanownych Czytelników, by śledzili ogłoszenia na naszej stronie internetowej, by nie przegapić żadnej z imprez Klubu Polskiego. Przypominamy, że ta najbliższa odbędzie się 20 listopada, kiedy to będziemy świętować jubileusz 15-lecia “Monitora Polonijnego”. Zagra dla nas zespół „Czerwone Gitary”! Bilety na koncert są już do nabycia, a ilość miejsc jest ograniczona.
Listopada 06, 2010 - Posted by Małgorzata Wojcieszyńska in Bloggies No i stało się! Zostałam na ulicy. Na sczęście w biały dzień. Jakie było moje zaskoczenie, że to właśnie przytrafiło się mnie! Padłam ofiarą własnej bezmyślności. Kiedy zadzwoniła domofonem starsza pani – sąsiadka pytając mnie, czy chcę kupić jajka, w pośpiechu rozejrzałam się po przedpokoju i wcisnęłam na nogi pierwsze lespze buty – lakierki na obcasach. To nic, że do dresowych spodni nie pasowały, przecież to tylko na chwilę! I wybiegłam przed bramę. Chwilę rozmawiałyśmy, stojąc przed furtką. Aż tu nagle podmuch wiatru i... trach! Drzwi zatrzasnęły się a ja zostałam na ulicy. Bez kluczy do domu, ubrana w dziwaczny sposób, z perspektywą czekania przez dwie godziny na powrót męża.
|





