post-title Andżelika Borys: Chciałabym, aby człowieka traktowano jak człowieka, a nie jak bydło.

Andżelika Borys: Chciałabym, aby człowieka traktowano jak człowieka, a nie jak bydło.

Andżelika Borys: Chciałabym, aby człowieka traktowano jak człowieka, a nie jak bydło.

Normalna kobieta, która potrafi się śmiać, żartować. Nie wygląda na osobę, która tyle przeżyła, która musiała stawić czoła naciskom politycznym. W Polsce postrzegana jest jako symbol niezależności i walki o prawa Polaków mieszkających na Białorusi, za którą to walkę otrzymała wiele nagród.

Pomimo młodego wieku jest autorytetem i źródłem informacji o życiu w świecie reżymu. Silna, twarda i zdecydowana. Najbardziej znana Polka mieszkająca poza Polską, mimo że nigdy nie miała polskiego paszportu. Polacy mieszkający za granicą zapraszają ją na imprezy kulturalne, by bezpośrednio od niej dowiedzieć się czegoś więcej o losie Polaków na Białorusi. W ten sposób okazują jej wsparcie w jej działaniach na rzecz polskości.

Spotkałam ją właśnie się na jednej z takich imprez, zorganizowanej przez Polaków mieszkających w Madrycie. Tam też mogłyśmy porozmawiać o sytuacji na Białorusi.

 

Od dwóch lat słyszymy o naciskach na Polaków mieszkających na Białorusi. Dlaczego?

W 2005 roku zostałam wybrana na przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi. Ten wybór nie podobał się władzom Białorusi. Od tego czasu jesteśmy napiętnowani. Prześladowania dotyczą nie tylko naszej organizacji, ale i innych, które władze albo zlikwidowały albo absolutnie sobie podporządkowały, jak na przykład związki zawodowe czy związek pisarzy na Białorusi.

 

Dlaczego to dotknęło właśnie polskiej mniejszości narodowej?

Polacy są dużą grupą etniczną mieszkającą na Białorusi. Do 2005 roku nasza organizacja działała bardzo prężnie, spotykaliśmy się w 16 polskich domach, które należały do nas, a które zostały wybudowane za pieniądze polskich podatników. Polacy kojarzą się jednoznacznie – Polska to kraj Unii Europejskiej i właśnie z tego względu my powinniśmy być na usługach reżymu Łukaszenki, by promować go za granicą. Mówi się, że w danym kraju rząd ocenia się na podstawie jego stosunku do mniejszości narodowych. Nasza sytuacja sporo pokazuje. Mnóstwo norm prawnych, na podstawie których działamy na Białorusi, a które są zapisane w białoruskiej konstytucji, mają wyłącznie charakter deklaratywny.

 

Dlaczego naciski na waszą organizację nasiliły się właśnie w 2005 roku?

W marcu 2005 zostałam wybrana na przewodniczącą naszego związku. Do tego czasu zajmowałam się w jego ramach edukacją. Od marca do maja 2005 roku nasiliły się ataki na kierownictwo związku, w tym również na mnie, mające na celu podporządkowanie sobie nas, abyśmy robili to, co nam się rozkaże odgórnie. Byliśmy wzywani na przesłuchania. My chcieliśmy i nadal chcemy działać jako niezależna organizacja. To powinna nam gwarantować konstytucja białoruska. Jednak to nie podoba się tym na górze. Zaraz po wyborach podeszła do mnie pewna osoba i przekazała mi kartkę, na której było napisane, że natychmiast muszę skontaktować się z konkretnymi osobami, a jeśli tego nie zrobię będę mieć problemy.

 

Skontaktowała się Pani?

Nie, z nikim się nie kontaktowałam. Jestem zdania, że ponieważ reprezentuję polską organizację, nie muszę się nikomu spowiadać. Jakiś czas później dowiedziałam się, iż prowadzę działalność polityczną. Trzy miesiące później nastąpiła ingerencja w nasze wewnętrzne sprawy związkowe i wybory zostały unieważnione.

 

Dlaczego nie zaakceptowano Pani, czego od Pani oczekiwano?

Nic na mnie nie mieli, czym mogliby mnie szantażować, aby mną manipulować. Oni potrzebowali człowieka, który robiłby propagandę na rzecz reżymu Łukaszenki nie tylko na Białorusi, ale również za granicą.

 

Na Białorusi działają teraz dwa związki Polaków, jeden, który prowadzi Pani, i drugi, któremu przewodniczy człowiek wybrany przez ludzi Łukaszenki.

Tak. Polacy nie zgodzili się na odgórne manipulacje. Wtedy na siłę wtargnęła do naszej siedziby milicja i wyprowadziła naszych ludzi z budynku. Zajęto naszą siedzibę, a na czele organizacji posadzono człowieka, który ma im służyć. To już nie jest niezależna organizacja, ale państwowa, która reprezentuje interesy Białorusi, a nie polskiej mniejszości narodowej.

 

Czy to oznacza, że część Polaków współpracuje z szefem państwowej, jak ją Pani nazywa, organizacji,?

Tak. Oni robią tylko to, co im rozkażą, wtedy, kiedy dostają zamówienia. Czasami ich spotykam na ulicy, zakrywają sobie twarze.

 

Jak w takim razie działa Wasz związek?

Naszą obroną są wyłącznie polskie media. Białoruska propaganda działa wszędzie przeciwko nam, aby wprowadzić zamieszanie.

 

Taka sytuacja w Waszych szeregach zapewne bardziej Was zjednoczyła?

Bez solidarności nie przeżylibyśmy tego. Jesteśmy organizacją, która nie jest akceptowana odgórnie, ale mimo wszystko działa nadal. W ubiegłym roku wysłaliśmy na szkolenia i obozy dziecięce ponad dwa tysiące osób, dla około 300 nauczycieli zorganizowaliśmy warsztaty językowe, przygotowujemy imprezy kulturalne.

To prawda, że czasami zdarza się, że w ostatniej chwili dowiadujemy się, że pomieszczenie, w którym miał właśnie się odbyć koncert czy inna impreza kulturalna, nie będzie do naszej dyspozycji. Wtedy musimy imprezę odwołać. Dlatego często korzystamy z gościnności księży. Na Białorusi nawet polski konsulat nie może działać tak, jak chce. W listopadzie nie uzyskał pozwolenia na zorganizowanie uroczystości z okazji polskiego Święta Niepodległości.

 

Jak zachowują się władze względem Pani, skoro kieruje Pani związkiem, nie akceptowanym przez nie?

Robię swoje, a w międzyczasie chodzę na przesłuchania. Podczas dwóch lat byłam przesłuchiwana 83 razy. Najdłużej byłam zatrzymana na 11 godzin, które spędziłam w strasznych warunkach, w celi bez wody, w zimnie i smrodzie. Ale moi koledzy przesiedzieli dużo więcej, niektórzy nawet miesiąc.

 

Za co?

Za to, że człowiek chce być normalny. Ich sposoby są straszne. Kolegę zatrzymano kiedyś na przystanku, kiedy wracał z pracy. Zgarnięto go jak przestępcę. Siedział 10 dni za to, że mówił brzydkie słowa pod adresem milicjantów. Mnie wysyłają listy-zaproszenia. Zawsze, kiedy dostanę takie zaproszenie muszę iść na przesłuchanie, w przeciwnym razie przyjdą po mnie.

Ja już usłyszałam tyle nonsensów, np. że zdefraudowałam pieniądze organizacji, że kogoś pobiłam, okradłam, że wyzywam funkcjonariuszy itp. To były przesłuchania motywowane wypowiedziami rzekomych anonimowych świadków. Człowiek musiał się tłumaczyć z tego, czego nie zrobił. To były bardzo mocne naciski psychologiczne.

 

Jak Pani reaguje w takich sytuacjach?

Znam prawo i wiem, co mogę, a czego nie mogę. To trudne, psychologiczne uderzenia czasami bolą bardziej niż te fizyczne.

 

Jakie psychologiczne naciski wywierano na Panią?

Moi dwaj bracia zostali wyrzuceni z pracy. Byłam strasznie szkalowana w białoruskiej telewizji. To smutne, kiedy człowiek dowiaduje się, że chce na Białorusi zrobić drugie Kosowo, rozpętać wojnę narodowościową. I z tym człowiek nic nie może zrobić, ponieważ nie istnieją dwie strony, jest tylko jedna „prawda“. Na początku to strasznie bolało, ale negatywna reklama też jest reklamą.

Spotyka Pani na ulicy ludzi, którzy wyrażają poparcie dla Pani działań?

Bardzo często, szczególnie wtedy, kiedy byłam zatrzymana. Przed sądem zebrało się około 200 osób, które mnie w ten sposób wspierało.

 

Czy podczas tych przesłuchań nigdy Pani nie przyszło do głowy, że wybrała sobie Pani trudną drogę, że może raczej mogła Pani wybrać życie w spokoju?

Zawsze myślałam tylko o jednym: cokolwiek się stanie, ja to wytrzymam. Czuję się odpowiedzialna, Polacy mnie wybrali i ja ich będę prowadzić.

 

Jak Pani sądzi, czy Pani postawa w jakimś stopniu pomoże uwierzyć obywatelom Białorusi, że uda im się obalić reżym Łukaszenki?

Nigdy nie myślałam o tym, by dokonywać jakiś przewrotów. Postawiłam jedynie na to, że w XXI wieku mam prawo żyć normalnie, w zgodzie z ludzkimi prawami. Nie można przecież siedzieć cicho, kiedy są więzieni koledzy, kiedy zwalniają z pracy nauczycieli. Gdybym milczała, wyglądałoby na to, że się z tym zgadzam.

 

Wierzy Pani, że kiedyś dojdzie do upadku reżymu Łukaszenki?

Wierzę w Boga, od Niego zależy to, czy kiedyś coś się zmieni. Chciałabym, aby było normalnie, by człowiek był traktowany jak człowiek, a nie jak bydło.

 

Jest Pani dobrze odbierana w Polsce. Gdyby nie było tego wsparcia z kraju, czulibyście się słabsi?

Potrafię zrozumieć tych, którzy żyją z dnia na dzień, którzy nie widzą nadziei, którzy nigdy w życiu nigdzie nie wyjechali i nie widzieli, że można żyć inaczej, że istnieje inny świat. Na Białorusi jest bardzo dużo osłabionych ludzi, którym już nic się nie chce.

 

Dużo Pani podróżuje, była Pani zapraszana do Parlamentu Europejskiego, by zreferować sytuację na Białorusi. Nie bronią Pani wyjazdów za granicę?

To jest chyba jedyna rzecz, w której przestrzegają prawa. Jako obywatel Białorusi mam prawo posiadać paszport i podróżować, ale nigdy nie wiem, czy uda mi się przekroczyć granicę. Niedawno zatrzymano mnie na granicy, a w czasie, kiedy jedni funkcjonariusze robili mi kontrolę osobistą, inni w lusterku wstecznym samochodu, którym jechałam, znaleźli narkotyki. To jedna z wielu prowokacji, kiedy starają się mnie przedstawić jako przestępcę.

 

Pomoc ze strony Polski jest przez niektórych odbierana jako ingerencja z zewnątrz. Jak Pani to ocenia?

Białoruś podpisała różne umowy z Polską, jeśli chodzi o współpracę w ramach kultury i edukacji. W Polsce jest białoruska mniejszość narodowa, która otrzymuje wsparcie finansowe od polskiego rządu. Te umowy mają działać na zasadzie wzajemności. W 2005 roku Białoruś złamała wszystkie podpisane umowy. Zawsze było tak, że białoruska strona starała się opisać naszą sytuację jako wewnętrzne spory kilku osób.

Później zaczęto ludzi zamykać, wyrzucać ich z własnych domów. To już nie są kłótnie wewnętrzne, to już jest łamanie ludzkich praw. Interwencja polskich polityków była uzasadniona. Dlaczego Polacy na Białorusi nie mogą spotkać się na cmentarzu, by uczcić pamięć poległych żołnierzy, którzy są tam pochowani? Co w tym złego? W żadnym kraju nie może być takiej sytuacji, by ktoś z zewnątrz zmieniał przewodniczącego mniejszości narodowej!

Ingerencja w sprawy wewnętrzne mniejszości narodowej jest zakazana! Polski rząd wymaga respektowania praw mniejszości, po to zostały podpisane umowy z Białorusią. Te silne naciski międzynarodowe nam pomogły. Kto wie, jakby to wyglądało, gdyby tych głosów z zagranicy zabrakło?

 

Za zdecydowanie, odwagę otrzymuje Pani wyróżnienia zagraniczne, na przykład w 2005 roku czytelniczki prestiżowego miesięcznika kobiecego „Twój Styl“ wybrały Panią Kobietą Roku. Co to dla Pani znaczy?

Nigdy nie oczekiwałam, że dostanę jakieś wyróżnienia. Kiedy kilka lat temu premier Marek Belka mi złożył propozycję, bym została konsulem honorowym Polski na Białorusi, propozycji nie przyjęłam, ponieważ jestem przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi.

Małgorzata Wojcieszyńska

Autorka dziękuje panu Andrzejowi Janeczce – przewodniczącemu Stowarzyszenia Polaków w Hiszpanii Nasz Dom „Nuestra Casa” za zaproszenie na imprezę kulturalną oraz umożliwienie przeprowadzenia wywiadu.

Zdjęcie: Małgorzata Wojcieszyńska

 

Andżelika Borysdziałaczka polonijna na Białorusi, demokratycznie wybrana na przewodniczącą Związku Polaków na Białorusi, nie uznawanego przez reżym Aleksandra Łukaszenki.

Ukończyła technikum pedagogiczne w Zamościu oraz studia pedagogiczne i psychologiczne w Białymstoku. Potem wróciła na Białoruś, by wykładać język polski w polskiej szkole w Grodnie i we wsi Odelsk. Od 1995 roku jest członkiem Związku Polaków na Białorusi (ZPB), a w 1998 roku została przewodniczącą Wydziału Edukacji. Na VI zjeździe ZPB w marcu 2005 roku została, ku zaskoczeniu władz Białorusi, wybrana na przewodniczącą Związku, zastępując na tym stanowisku współpracującego z władzami państwowymi Tadeusza Kruczkowskiego. Dnia 12 maja 2005 roku białoruskie ministerstwo sprawiedliwości unieważniło zjazd i jego decyzje.

MP 1/2008

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *