List do S.

Można i tak. Całkiem znienacka, ukradkiem się ulotnić i nie być. Uwypuklić swoje niebycie tą chyżością. Ależ się Pan uwinął, Panie Staszku! Nie szkoda Panu? Sam Pan mówił, że tego życia to ciągle mało. Mówił Pan tak jeszcze miesiąc temu. I jak tu teraz Panu wierzyć? Wiem, że Pan zrozumie pretensje moje i wyrzuty, gdziekolwiek Pan teraz jest, ale mnie zrozumieć trudno. I nie tylko mnie.

 CZUŁYM UCHEM 

Sami tu zostaliśmy, a Pan się wypisał. Zostawił Pan tu jeszcze jakichś kolegów? Z tych prawdziwych… Niewielu, co? Reszta sztuczna. Sztuczne gęby, biusty sztuczne, sztuczne obrazy, muzyka sztuczna, inteligencję nawet sztuczną mamy, szlag człowieka może trafić, to prawda, ale nie musiał Pan brać tego aż tak poważnie. Czy to dlatego, że wszystko się zmienia w ten sposób? A może dla żartu? Jeśli tak, to nie udał się Panu ten żart, Panie Staszku. Właśnie teraz Pana trzeba, bardziej może niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie gniewam się. Próbuję się odnaleźć. Bo wie Pan, ostatnio często pustka puka w moje okna. To zupełnie nowa rzeczywistość. Wszyscy tu teraz mówią o wielkiej stracie, bo Pana już nie ma. A co my, rodzina? Pan mnie nie znał ani ja Pana. No, raz widziałem na scenie, może dwa. To jaka to strata dla mnie czy dla reszty? Pan miał bliskich, po ich stronie strata. Pustka – to jest właściwe słowo – pustka właśnie.

Już wyjaśniam. Jak Pan pierwszą płytę wydawał, to mnie na świecie jeszcze nie było. Pan się śmieje, a wie Pan, co to oznacza? To oznacza, że dla mnie Soyka był zawsze, a teraz go nie ma. Już Pan rozumie? Kora była zawsze, ale już jej nie ma. Niemen był zawsze, ale zniknął. I wielu innych było od zawsze i nagle pstryk. Ba! Papież był zawsze i już nie ma papieża, i nigdy żadnego nie będzie.

Jesteśmy dziećmi radia i telewizji, popkultury tak zwanej, panteonu idoli, którzy byli od zawsze i byli ważni, jesteśmy starsi od Internetu, od III Rzeczypospolitej jesteśmy starsi, jesteśmy piśmienni, rozumiemy tekst bez emotikonów i nagle się okazuje, że to wszystko bańki mydlane. W ich imieniu to piszę, w imieniu tych, dla których był Pan od zawsze. I póki Pan był, było się na co cieszyć, na jakiegoś nowego Soykę, ale teraz mamy pustkę. Mamy to, co mamy.

Pan to miał głos, Panie Staszku… Zazdroszczę! Pan nie śpiewał, Pan grzmiał, ale tak łagodnie, jakby Pan dziecko usypiał. Można się było tym głosem otulić, można było się w nim schronić. Pan śpiewał, a my byliśmy jak dzieci. Pan śpiewał natchniony do tych melodii pięknych i okrągłych, zupełnie jak Pan. I teksty Pan pisał takie, że nic dodać, nic ująć.

Człowiek czuł się lepszy za każdym razem, gdy Pana słuchał i szczerze w to wierzył. Czy można podarować drugiemu człowiekowi coś piękniejszego od wiary w samego siebie? Pan się nie rzucał w oczy, Pan nie zabiegał, tylko po cichu dłubał w tych melodiach swoich. Pan tak był, jakby Pana nie było, a gdy Pan zniknął, to jakby coś tąpnęło. To wszystkie pańskie dzieci dorosły w oka mgnieniu.

Panie Staszku, to już nie do Pana, to do nas piszę. Krusi jesteśmy, krusi bardzo. I na tej kruchości wszystko jest oparte. Wszystko, co robimy czy wymyślimy, ma w sobie pierwiastek naszej kruchości. Dosłownie wszystko. Dlatego dbajmy o piosenki, nie bójmy się ich śpiewać, broń Boże nie róbmy z nich pomników, bez nas ich nie będzie, zostaną zapomniane. A o piosenki Pana Staszka dbać warto. I łatwo o nie dbać, i przyjemnie całkiem. Po to się pisze piosenki, aby były śpiewane. Mamy na to słowo „kultywowanie”, czyli pielęgnowanie i rozwijanie. Ulice pełne są pomników ludzi, których dzieło jest znane nielicznym albo wcale.

Łukasz Cupał

MP 9/2025