Pająki i pyton – lokatorzy domu w buszu (reportaż z Australii, cz. 4)

„Uważaj na pająki“ – przestrzegał mnie znajomy przed wyjazdem do Australii. Inny uspakajał: „Pająki to naturalny element australijskiego krajobrazu i trzeba się do nich przyzwyczaić, a nie panikować“.  Nawet wyposażona w takie podpowiedzi nie czułam się zbyt pewnie na nowym terenie, ale ponieważ żadnych pająków nie widziałam, uspokoiłam się i chłonęłam atmosferę Sydney. Do czasu.

 

Polski dom w buszu

„Przyjedźcie, zobaczycie, jak się mieszka w buszu“ – zapraszała nas pewna Polka, która wraz z mężem mieszka na obrzeżach Sydney. Nie znaliśmy się wcześniej, ale skontaktował nas mój znajomy z Kanady, który dostrzegł publikowane przeze mnie w mediach społecznościowych zdjęcia z Australii. Otwartość i serdeczność Eli mnie ujęła i zaproszenie do jej domu przyjęliśmy.

Ponieważ Sydney to olbrzymie miasto (liczy 5,5 miliona mieszkańców), nasza podróż trwała blisko dwie godziny. Na miejscu czekało na nas urocze małżeństwo, które do Australii przybyło z małym dzieckiem jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku. „Wyjechaliśmy z jedną walizką, żeby nie budzić podejrzeń, że zamierzamy emigrować“ – opisuje Jerzy, który w Australii miał punkt zaczepienia – mieszkała tu jego mama i jej brat. Ale i tak ich początki wcale nie były łatwe. Z czasem jednak zapuścili korzenie, tu wychowała się ich córka, tu odnieśli sukcesy.

Jerzy to jeden z najlepszych operatorów filmowych, który dla australijskiej telewizji zrobił mnóstwo filmów dokumentalnych z różnych zakątków świata. I choć już jest na emeryturze, to jego nazwisko do dziś jest znane   nie tylko przez filmowców, ale i zwykłych widzów. Z kolei Elżbieta odnalazła się w świecie zwierząt: hoduje psy i jeździ z nimi na wystawy.

 

Królowa Jednej Nocy

Ela i Jerzy czekali na nas z przepysznym, wykwintnym posiłkiem – daniem głównym były polskie pierogi, przygotowane przez pana domu. Odebraliśmy to jako duży ukłon w naszą stronę – na końcu świata znaleźć odpowiednie produkty i potem przygotować własnoręcznie pierogi to naprawdę wyczyn! Były też różne przystawki, sałatki, zupa, no i tutejszy tort Pavlova (o którym pisałam w 2. odcinku reportażowego cyklu z Australii).

A więc same pyszności! Zanim zasiedliśmy do stołu, zwiedziliśmy przepiękny ogród z roślinnością, której się w innych miejscach na Ziemi nie spotyka. Tej nocy zakwitła także Królowa Jednej Nocy (Selenicereus grandiflorus), roślina z silnie pachnącymi kwiatami w kształcie białych kielichów o średnicy do 20 cm! Podczas spaceru po ogrodzie dochodziły nas odgłosy papug, które powtarzały nasze słowa. Urocze!

 

Jadowite pająki

„Weźcie ze sobą stroje kąpielowe, popływacie w basenie“ – zapowiedziała Ela, zapraszając nas do siebie. Wzięliśmy, ale z basenu nie skorzystaliśmy, kiedy dowiedzieliśmy się, że czasami na jego dnie pojawiają się pająki. „To nic takiego,  pająka wystarczy nakryć szklanką, by ograniczyć jego ruchy“ – wyjaśniała gospodyni, ale do kąpieli nas nie przekonała.

Dopytywałam o te pająki, więc Jerzy pokazał mi w ogrodzie jednego takiego, małego, obok którego przechodziliśmy – niby nic, nawet bym go nie zauważyła, ale jednak jakiś respekt człowiek czuje, tym bardziej że doczytałam się, iż właśnie w Sydney występują pająki jadowite. Jad ptasznika australijskiego na przykład może zabić człowieka w ciągu 15 minut od ukąszenia!

Pająk podróżnik

„Ja miałam swojego pająka, który ze mną jeździł w samochodzie przez kilkanaście lat“ – zaczyna swoją opowieść Elżbieta. Okazało się, że przed laty, kupując od kogoś samochód, kupiła go razem z pająkiem. „Nie ma sensu eksmisja takich zwierząt, bo one, jak tylko mogą, wrócą“ – twierdzi. I tak pająk jeździł razem z moją rozmówczynią, a co ciekawe, wychodził ze swojej kryjówki zawsze wtedy, kiedy ona była w aucie.

„Chyba uznał mnie za swojego sprzymierzeńca, bo gdy pożyczałam samochód córce, nigdy się nie ujawniał“ – mówi i dodaje, że to szczęście, bo córka by zapewne spanikowała za kierownicą. Okazuje się, że pasażer Eli najchętniej przesiadywał na desce rozdzielczej, jakby chciał jej po prostu towarzyszyć w podróży. Któregoś razu, kiedy zaparkowała przed uniwersytetem, gdzie uczyła języka polskiego, postanowiła pająka sfotografować.

„Na parkingu pojawił się wówczas mój kolega, profesor przyrody, który zainteresował się, dlaczego fotografuję deskę rozdzielczą w swoim aucie, a kiedy mu pokazałam pająka, poinformował mnie, że to jeden z najbardziej jadowitych“ – kończy swoją opowieść.

 

Lokator pyton

Ale to nie wszystko! Okazało się, że Ela z Jurkiem kupili dom z niechcianym lokatorem – wężem pytonem! „Najpierw zastanowiły nas dziwne odgłosy ze strychu“ – zaczyna kolejną opowieść Elżbieta. Kiedy przekonali się, że to pyton? Kiedy po raz pierwszy zrzucił skórę. Pokazuje nam ten kilkumetrowy okaz, który przechowuje w specjalnej szkatule.

Taki lokator ponoć ma swoje plusy, ponieważ zjada na przykład myszy. Ale sama była kiedyś świadkiem, gdy ów pyton chciał zjeść ptaka z klatki, który na szczęście odsunął się w głąb klatki, gdzie pyton już nie dosięgał. Któregoś razu, gdy zszedł na dół, próbował się dostać do kuchni Elżbiety, ta na szczęście szybko zatrzasnęła drzwi. „Gdybyśmy go wywieźli do buszu, nic by to nie dało, on by wrócił, bo to jego dom“ – wyjaśnia jak gdyby nigdy nic. Po takich opowieściach nie oddalałam się od grupy przez cały wieczór.

 

Pająki a ekosystem

Wertując informacje na temat pająków w australijskim ekosystemie, dowiaduję się, że pełnią one istotną rolę jako drapieżcy, pomagając kontrolować liczebność owadów. „Ich obecność wspiera różnorodność biologiczną, co ma kluczowe znaczenie w kraju o bogatej faunie. Dzięki ograniczaniu populacji owadów pająki chronią rośliny przed szkodnikami.

Są również ważnym elementem sieci pokarmowej, dostarczając pożywienia wielu innym stworzeniom, takim jak ptaki czy małe ssaki. W ten sposób pająki nie tylko pomagają podtrzymywać równowagę ekologiczną, ale także przyczyniają się do zdrowia całego australijskiego środowiska naturalnego“ – podaje portal  Turystyczne Wojaże.

 

Powrót z ogrodu botanicznego

No cóż, serię reportaży o Sydney zakończę tym, czym zaczęłam w pierwszym odcinku, przyznając rację mojej znajomej, która często do Australii podróżuje, że kraj ten zupełnie inaczej pachnie. I oczywiście wydaje inne odgłosy, inaczej wygląda, co mój mąż podsumował: „Czułem się tam, jakbym cały czas był w ogrodzie botanicznym“.

A wiadomo, że taki ogród botaniczny rządzi się swoimi prawami i trzeba brać pod uwagę pewne jego „niuanse”. Mnie ulżyło, kiedy podsumowując wyprawę do Sydney, mogłam stwierdzić, że z żadnym z takich „niuansów“ się nie spotkałam na swojej drodze. Nie na darmo się mówi, że podróże kształcą i pozwalają docenić dom, do którego się wraca.

Małgorzata Wojcieszyńska, Sydney

Zdjęcia: Stano Stehlik, Małgorzata Wojcieszyńska

MP 9/2025