post-title Polityczne inspiracje Jerzego Kryszaka

Polityczne inspiracje Jerzego Kryszaka

Polityczne inspiracje Jerzego Kryszaka

 WYWIAD MIESIĄCA 

Zobaczywszy go w drzwiach wiedeńskiego klubu „Utopia“ podbiegłam, by się przedstawić. „Dzień dobry. Przyjechałam z Bratysławy i czekam na wywiad z Panem“ – powiedziałam, aby mógł tak zaplanować sobie czas, by zdążyć odpowiedzieć na moje pytania.

Na swoją krótką wypowiedź otrzymałam równie krótką odpowiedź: „Dzień dobry. Przyleciałem z Warszawy i czekam na wywiad z Panią“. Oto cały On – Jerzy Kryszak, mistrz dowcipów, błyskawicznych puent i szybkich reakcji. Od wielu lat bawi publiczność, posiłkując się polskimi wydarzeniami politycznymi.

Czy w czasach PRL-u było więcej tematów, które inspirowały kabareciarzy do ich pracy, niż obecnie?

Obecnie też jest sporo tematów, ale zmienił się sposób sprzedawania kabaretu. Dawniej bazowało się na aluzji, było to oszukiwanie władz, chodzenie bocznymi uliczkami, a nie drogą główną.

 

Bardziej wysublimowany żart?

Tak. Trzeba było troszeczkę się nagłowić. Ale każdy kij ma dwa końce. Z jednej strony to było fajniejsze, bo nikogo nie dotykało bezpośrednio, ale było to „obwąchiwanie“ tematu. Teraz jest brutalniej, bo wszystko wolno. Trzeba mieć własną granicę smaku. Niektórzy tę granicę przekraczają, na przykład krytykując prezydenta wprost. A przecież to samo można powiedzieć delikatniej, nie trzeba od razu uderzać siekierą.

 

Prezydent inspiruje kabareciarzy?

Tak, lubię go za to! Dobrze, że jest!

 

Których innych polityków lubi Pan podobnie jak prezydenta?

Czasami posługuję się „kimś“, ponieważ słowami tej, czy innej osoby łatwiej jest trafić do publiczności. Powszechnie znana jest wzajemna niechęć panów prezydentów Wałęsy i Kaczyńskiego, która przybrała już postać krystalizującej się bryły. To jest niechęć, z której ja korzystam. Słowami Lecha Wałęsy mogę więcej powiedzieć, niż ja jako ja. To jest taki rodzaj mojego narzędzia, taki młoteczek z dłutem.

 

Czytałam, że Lech Wałęsa jest dla Pana pewną świętością…

Niezwykle go szanuję. Troszeczkę śmieję się ze skrótów myślowych, których dokonuje, ponieważ on przy posiłkowaniu się słowem nie chodzi dookoła, ale od razu wali przez ogródek na wprost. Ale zawsze będę go bronił, bo to jest człowiek, który wykazał się ogromną odwagą – w ważnym momencie pokazał, że jest niezwykle hartownym gościem, nie poddał się. Dziś Lech Wałęsa mówi, że trochę wstydzi się Okrągłego Stołu, że wyniki obrad to wstydliwy kompromis.

On był takim polskim cwaniaczkiem. Chwała Bogu! Jednym obiecywał, drugim obiecywał, ale właśnie dzięki temu miała miejsce bezkrwawa rewolucja. Przecież to było wywrócenie marynarki o na drugą stronę, a to się nigdy nie odbywa bez kosztów – trzeba było ją zdjąć! Wałęsie oddaję cześć, bo to jest wielki facet.

 

Wspominał Pan o odwadze. Czy trzeba być odważnym, by robić to, co robi Pan?

Teraz już nie. Za swoje żarty mogę być najwyżej wezwany do jakiegoś prawnika i odpowiadać za to, że za dużo powiedziałem.

 

Miało coś takiego miejsce?

Raz była taka sytuacja, ale wnioskujący się wycofał. Natomiast pewien radny chciał przeforsować wniosek, by mnie nie wpuścić do Bielska-Białej z uwagi na to, że podobno obraziłem prezydenta miasta. Od tego czasu odwiedziłem to miasto i na rogatkach nikt mnie nie kontrolował.

Bywają jakieś naciski na Pana, by nie poruszał Pan w swoich monologach takich czy innych tematów?

Kiedyś brałem udział w dużej imprezie, gdzie miał być obecny Waldemar Pawlak, i organizatorzy prosili, bym go oszczędził. Ale to były czasy, kiedy Pawlak był na obrzeżach głównych wydarzeń politycznych.

 

Czy można zatem powiedzieć, że zawód kabareciarza to niejako piąta władza?

Jeżeli mój żart podczas przedstawienia wywołuje u kogoś serdeczny śmiech, a potem ten ktoś orientuje się, z czego się śmiał, i zmienia swoje preferencje polityczne, to można mówić o sile przekonywania.

 

Zatem dzięki Panu Polacy są bardziej świadomi gier politycznych?

Nie wiem, ale moja praca sprawia mi przyjemność i wiem, że w Polsce jest wciąż jeszcze dużo do zrobienia.

 

Czy relacje pomiędzy prezydentem i premierem są także źródłem inspiracji dla Pana?

Oczywiście, na bieżąco! Podczas jednego ze szczytów w Brukseli, gdzie byli obecni obaj panowie, zauważyłem, że Lech Kaczyński bardzo lubi Donalda Tuska. On go podziwia za luz i łatwość wypowiedzi. Podczas ich wspólnej konferencji prasowej można było zauważyć, że prezydent cały czas szukał potwierdzenia swoich słów w oczach premiera. Według mnie relacje między prezydentem a premierem układałyby się dobrze, gdyby nie „ten drugi“, który, jak podejrzewam, jest od konfliktowania. Proszę zauważyć, że jednego dnia prezydent mówi coś, ale na następnego, po rozmowie z bratem, zmienia zdanie.

 

Jak Pan przygotowuje swoje monologi? Czy na bieżąco śledzi Pan wszystkie wydarzenia, jest uzależniony od wiadomości?

Jestem nieszczęśliwy, kiedy przebywam gdzieś, gdzie nie mam dostępu do kanałów informacyjnych, i nie wiem, co się dzieje. Kiedy jadę samochodem to słucham „gadających“, bo muzyka mnie nudzi.

 

Chyba wszyscy Polacy pamiętają „Polskie ZOO“ (program satyryczny, przestawiający polskich polityków w krzywym zwierciadle – przyp. od red.), którego był Pan współredaktorem, a który emitowała TVP na początku lat 90-tych. Czy jest jakiś inny program, który przebił jego oglądalność?

Oglądalność tego programu dochodziła do 73 %, ale wtedy taki wynik łatwiej było osiągnąć, ponieważ Polacy zachłystywali się wolnością słowa i mediów. Po drugie sposób pokazywania wydarzeń ze sceny politycznej był nowatorski. No i po trzecie – w Polsce były wtedy tylko dwa kanały telewizyjne, a trzeci właśnie rozpoczynał swoją działalność. Wyniku popularności, który wtedy osiągnęliśmy, już chyba nikt nie powtórzy.

 

Kontynuacji nie będzie?

Nie. Parę lat temu były propozycje powrotu do tego projektu, ale nie zdecydowałem się na to. To byłoby jak odgrzewana zupa z kożuchami. Było, ale już się skończyło.

Czy Polonię bawi coś innego, niż naszych rodaków w Polsce?

Dokładnie to samo. Przed występem dla Polonii niczego w swoim programie nawet nie próbuję zmieniać, może czasami przed występem pytam o jakieś lokalne problemy, których można dotknąć na scenie.

 

W różnych regionach Polski ludzie mają różne poczucie humoru?

Wisła dzieli Polskę. To pewnie zależy od ilości miejsc pracy, pieniędzy i świadomości. Gdyby to mierzyć głośnością śmiechu to od zachodu lecielibyśmy słupkami w dół.

 

Czyli na zachodzie lepiej się występuje?

Tak, ludzie są bardziej otwarci, nie boją się reakcji sąsiada, na głośniejszy śmiech z jakiegoś żartu.

 

Mówił Pan, że przed występem podpytuje Pan o lokalne problemy, czy to oznacza, że każdy występ to improwizacja?

Tak! Boże, jak nie ma improwizacji, to nie ma zabawy. Ja też potrzebuję adrenaliny.

 

Bawi się Pan podczas własnych występów?

Tak! Gdyby nie ta zabawa, to w ogóle bym tego nie robił. Z teatru odszedłem, ponieważ nie byłem w stanie po raz setny recytować tego samego tekstu bez własnych udoskonaleń.

 

Słyszałam, że niektórzy aktorzy „udoskonalają“ przedstawienia, robiąc sobie dowcipy. Pan z pewnością do nich należał, prawda?

Ja to uwielbiałem! Tylko po to chodziłem do teatru! Wraz z Aleksandrą Śląską w teatrze „Ateneum“ robiliśmy sobie nawzajem takie żarty, raz nawet musiano opuścić kurtynę. To było podczas „Matki“ Witkacego. Na scenie leżał manekin, udający zwłoki. Żeby rozśmieszyć Olę, przekręciłem „nieboszce“ stopy tak, że wyglądała, jakby miała nogę założoną na nogę. Kiedy Ola to zobaczyła, śmiała się tak, że makijaż zaczął jej spływać po twarzy. Potem uciekła ze sceny, a ja rzuciłem się do „nieboszczki“ i szlochałem… ze śmiechu.

 

Nie szkoda tamtych czasów teatralnych?

W 1989 roku skończył się powód mojego wychodzenia na scenę teatralną. Dla mnie stanowiło ono rodzaj misji, walki. Wszystko, co robiłem w teatrze, robiłem pod kątem niepodległości. Ale kiedy Joanna Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu, to o co ja miałem walczyć? Wszystko już było wywalczone! Nadal miałem się przebierać, pudrować, zakładać peruczki?

 

Czuje się Pan autorem odzyskania niepodległości?

Takim ziarenkiem piasku na plaży bałtyckiej. Teatr był świątynią wolnego słowa, jakkolwiek zakamuflowanego. W szkole krakowskiej byłem uczony, że po coś to mówię. Po co ja mam teraz wyjść do widza? Żeby zaoferować wyuczony na pamięć monolog? Wtedy to było coś więcej!

 

Dwadzieścia lat minęło. Jakie było te 20 lat dla Pana?

Super! Z każdym rokiem było coś do przodu. Cieszę się, że dożyłem takich czasów, że mogę być kimś niezależnym. Teraz jestem zależny tylko od ludzi – przyjdą czy nie przyjdą na mój występ. Jak „dam ciała“ to to będzie tylko i wyłącznie moja wina.

 

A daje Pan czasami ciała?

Żonie (śmiech). Staram się dać ludziom to, czego oczekują. A czasami nawet ciut więcej. Jest super!

 

Jest Pan szalenie szczęśliwym człowiekiem?

Tak!

 

Skąd ta siła?

Kocham się! W swojej żonie się kocham (śmiech). Cieszę się życiem, choć niektóre sprawy mnie denerwują: zło, ból, przestępstwa. Czasami sobie myślę, że mógłbym być ministrem MSWiA. Sądy byłyby jednodniowe, krótka rozmowa, odpowiednie więzienia, do których mało kto by wracał.

 

To może powinien Pan zostać politykiem?

Ale ja siebie widzę na tylu miejscach… Drogi i autostrady też bym zrobił!

 

Był już jeden kabareciarz, który próbował swoich sił w polityce – Jan Pietrzak. Kolej na Pana?

Ale nie powiodło mu się.

Może zbyt poważnie do tego podchodził?

Niestety.

 

Może z taką dozą humoru, jaką Pan ma, udałoby się?

Nie sądzę, dlatego nie chcę próbować. Wolę naprawiać od dołu.

 

Małgorzata Wojcieszyńska, Wiedeń

Zdjęcia: Stano Stehlik

Autorka wywiadu składa podziękowanie organizatorowi występu Jerzego Kryszaka panu Tomkowi Matuszewskiemu za umówienie spotkania z artystą.

MP 5/2009

 

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *