List trzeci (o jabłoni i kosmitach)

Moje Kochane Mikrusy,

często zastanawiam się nad tym, jak widzicie otaczający nas świat. Pomagam sobie przy tym wspomnieniami z okresu, kiedy sam byłem w Waszym wieku. Pamięć jednak zawodzi i wcale nie jestem pewien, czy to, co na pierwszy rzut oka wygląda na wiarygodne wspomnienia, nie jest po prostu złudzeniem, branym za rzeczywistość.

 LISTY DO W. 

Ze wspomnieniami jest bowiem często tak, jak z wielokrotnie opowiadaną historią. Za każdym razem pojawia się w niej coś nowego, a coś znika. W każdym razie uważałem wtedy, że dorośli wiedzą, co i kiedy należy robić, a ich postępowanie ma mocne, racjonalne korzenie.

Może tak czasami jest, ale wierzcie mi, nie zawsze.

Po Waszym ostatnim wyjeździe poszedłem do ogrodu i stanąłem pod starą jabłonią. Już od dłuższego czasu nachodzi mnie pokusa, by ją ściąć. Jabłka, którymi nas obdarza w chaotycznym, niemożliwym do przewidzenia rytmie, są kwaśne jak ocet i nie trzymają się dobrze w piwnicy. Jednak ciągle nie mogę podjąć ostatecznej decyzji. Dlaczego?

Kiedy pierwszy raz oglądałem dom i ogród w towarzystwie poprzedniego właściciela, pod jabłonią stał stół z nieheblowanych desek. W cieniu jej korony musieli więc odpoczywać i rozmawiać ludzie, a stara jabłoń przysłuchiwała się ich opowieściom, była świadkiem ich sporów i uniesień, stawała się powierniczką ich sekretów. Jakoś głupio tak po prostu pociąć ją, porąbać na kawałki i spalić w piecu.

Ale z drugiej strony – mógłbym w tym miejscu zasadzić młode drzewko. Albo wyrównać teren i zbudować dla babci małą szklarnię, gdzie co roku dojrzewałyby smaczne rzodkiewki, czerwieniły się pomidorki… A słońce zalałoby kawałek trawnika, zacieniany teraz przez koronę drzewa, i poradziłoby sobie z mchem, który się tam ostatnio panoszy.

Takie sprzeczne myśli przychodziły mi do głowy od kilku lat. Wziąłem w końcu piłę, szarpnąłem raz i drugi linkę rozrusznika i już przykładałem łańcuch do pnia, kiedy z pamięci wynurzyła mi się scena z nakręconego kilkanaście lat temu filmu Jamesa Camerona „Avatar”, którego akcja rozgrywa się na dalekim globie Pandora. Cała przyroda Pandory, łącznie z zamieszkującymi ją człekopodobnymi stworzeniami, żyje w doskonałej harmonii, której dyrygentem jest najstarsza i najmądrzejsza istota, Matka wszystkich drzew. Na nieszczęście kolonizatorzy z Ziemi odkrywają złoża cennych kruszców akurat w miejscu, gdzie wznosi się majestatyczny pień Matki. Jej los jest więc przesądzony.

Pamiętam ogłuszający łoskot walącego się olbrzymiego drzewa, przeraźliwą ciszę, jaka zapanowała, a potem wybuch wielkiego lamentu wszystkiego, co żywe. Wszystkiego, z wyjątkiem ludzkich intruzów.

Nie, pomyślałem, nie będę jak tamci barbarzyńcy. Wyprostowałem grzbiet, zgasiłem motor, a potem… wlazłem na drabinę i zacząłem prześwietlać koronę. Rok później jabłoń odwdzięczyła się kwintalami ogromnych jabłek, przy których napsioczyłem się co niemiara. Raz, kiedy je zrywałem, dwa kiedy znosiłem do piwnicy, a potem wiele, wiele razy, kiedy co dwa tygodnie wyławiałem i wyrzucałem zgniłe okazy.

Znowu upłynęło trochę czasu.

W tym roku staram się nie myśleć o „Avatarze”. Koniec zimy to najodpowiedniejsza pora do wycinki drzew. Byleby znowu nie okazać się mięczakiem. Ale (o, Boże!) oto wpadł mi w ręce jeden z gwiazdkowych prezentów, podobno najlepszy ubiegłoroczny polski debiut książkowy, dziełko Jula Łyskawy o panu Jeffreyu Watersie, chodzącym, gadającym, a przede wszystkim bardzo inteligentnym i obdarzonym bogatym życiem uczuciowym… stole. Stole zrobionym z drzewa, w które tchnęli duszę – jakżeby inaczej – kosmici.

Patrzę więc na jabłoń i tak się zastanawiam…

Kochane Mikrusy, nie dajcie się zwieść twierdzeniom, że samodzielne podejmowanie decyzji to dla dorosłych bułka z masłem i czysta przyjemność. I kochajcie drzewa! Bo nie jest istotne, czy w końcu mają one duszę, czy nie. Ważne jest to, że są o wiele starszymi od nas mieszkańcami naszego globu i zasługują – jak wszystko żywe – na nasz szacunek i opiekę.

Dziadek

MP 3/2025