List czwarty (o poplątaniu języków)

 LISTY DO W. 

Moje Drogie Wnusie,

coraz więcej słońca za oknami! Od razu robi się weselej, kiedy zielenią się trawniki i zakwitają wiosenne kwiaty. To nic, że tu i ówdzie pojawia się jeszcze szron albo sypie śniegiem. Wiosna zbliża się wielkimi krokami! Nawet Bessie wyczuwa nadchodzącą zmianę i coraz więcej czasu chce spędzać na dworze.

Zagląda w oczy, macha ogonem, podbiega do drzwi, wraca, wydaje cichutkie skomlenie i znowu biegnie do drzwi… A kiedy gapowaty pan zmiarkuje wreszcie, w czym rzecz, zaczyna radośnie ujadać. Taki ten psi język. Choć prostszy od naszego, to czasami niełatwo go zrozumieć, jednakże będąc z ukochanym zwierzakiem non stop, można się go w końcu nauczyć.

Podobnie jest z ludźmi. Kiedy przebywamy z kimś na co dzień, zaczynamy szybko wnikać w sposób jego myślenia, odgadywać jego intencje i często bywa nawet tak, że słowa stają się niepotrzebne – wystarcza gest albo spojrzenie. Gorzej natomiast, kiedy spotykamy się z kimś rzadko. Ale i na to można znaleźć sposób

Ja na przykład piszę do Was listy, choć z drugiej strony uświadamiam sobie, że niemało czasu jeszcze upłynie, zanim opanujecie język polski na tyle, byście same mogły je przeczytać. Moje kochane, nie martwcie się! Jestem przekonany, że dacie radę, chociaż zmaganie się z kilkoma językami równocześnie na pewno nie obejdzie się na początku bez trudności.

Zaczęło się ode mnie i Waszej babci. Poznaliśmy się na Słowacji, gdzie w końcu zamieszkaliśmy. Postanowiliśmy, że nasze dzieci, Waszych rodziców, wychowamy jako dwujęzyczne. To znaczy babka będzie rozmawiać z nimi po słowacku, ja zaś po polsku. Mądre księgi twierdzą, że dzięki takiemu podejściu dzieciaki chwytają w lot, w jakiej sytuacji używać jakiego języka. Jednak Wasi rodzice niewiele robili sobie z tego, co napisane w księgach.

Oto jeden z wielu przykładów.

Wasza babcia stoi z maluchami w kolejce przed sklepem, ludzie się niecierpliwią, dzieciaki marudzą, aż tu w polu widzenia pojawia się drobna staruszka, siwowłosa, z głębokimi zmarszczkami, podchodzi, uśmiecha się i pyta o coś, a jedna z pociech, zamiast grzecznie odpowiedzieć, zwraca się do Waszej babki: „Maminka, prečo tá teta ma takie małe piersi?”. W tym czasie mieszkaliśmy jeszcze w mieście, w którym wielojęzyczność jest normą, więc wszyscy w kolejce zrozumieli i zaczęli chichotać, staruszka zbladła, Wasza babka dla odmiany spiekła raka, po czym nagle sobie przypomniała, że nie wyłączała kuchenki i musi prędko wracać do domu.

Z tej anegdoty nie należy jednak wysnuwać daleko idących wniosków. Tym bardziej, że również w większości Waszych rodzin każde z rodziców posługuje się innym językiem, czyli Wy także będziecie dwujęzyczne. I to jest naprawdę bardzo, bardzo dobra rzecz. Przede wszystkim dlatego, że wyrastając w kręgu dwóch kultur, uczycie się, że różne narody mają dużo więcej wspólnego, niż tego, co je odróżnia.

Że ludzie mówiący różnymi językami mogą być sobie bardzo bliscy. Że brzmienie obcego języka nie musi budzić w nas prymitywnego lęku przed nieznanym i potencjalnie niebezpiecznym, lęku, który w zamierzchłych czasach często odczuwali nasi przodkowie.

Choć dwujęzyczność przynosi wiele korzyści, to jednak szczególne miejsce w sercu każdego z nas zajmuje jeden język: ten, którego w kontakcie z nami używają (używały) nasze matki – język macierzysty. To właśnie matki spędzają z dziećmi w pierwszym okresie ich życia najwięcej czasu i mają największy wpływ na formowanie ich podstawowego zasobu słów, zapisanych w rejestrze pamięci niezwykle wyraźnie, ale też najmocniej powiązanych z uczuciami.

Zechcecie może kiedyś napisać wiersz? Założę się, że najlepiej uda Wam się to właśnie w języku macierzystym. A jeśli ktoś kiedyś zapyta Was o Waszą tożsamość narodową, pójdziecie najprawdopodobniej śladem języka Waszej matki.

A Bessie macha ogonem i spogląda to na mnie, to na drzwi… Czyżby też już przewidywała Wasz rychły przyjazd?

Całuje Dziadek

MP 4/2025