Praca marzeń, choć do góry nogami (reportaż z Australii, cz. 1)

Mogłabym zacząć od kangurów, misi koala lub słynnej opery w Sydney, ale zacznę inaczej – od odwiedzin kawałka Polskiej Ziemi w Australii, by móc opowiedzieć o tym zakątku świata przez polski pryzmat. Ale bez obaw, opiszę także charakterystyczne symbole tego kraju. A tym czasem docieramy do willowej dzielnicy niedaleko centrum Sydney, gdzie między palmami powiewa biało-czerwona flaga.

 

Odległość

Do odwiedzenia Australii Europejczyków zniechęca zwykle odległość, a co za tym idzie czas podróży. Owszem, jest ona bardzo męcząca. Wystarczy, że podam, iż nasza (moja i mojego męża) podróż od momentu wejścia na pokład pierwszego samolotu (w Budapeszcie) do wyjście na lotnisko docelowe w Sydney trwała ok. 28 godzin! Lecąc tam, człowiek traci jakby pół doby – wyjechaliśmy z domu w poniedziałek, a na miejsce dotarliśmy w środę rano.

Zapach Australii

Było piękne, słoneczne, marcowe rano w tropikach. „Australia zupełnie inaczej pachnie“ – jeszcze przed wyjazdem mówiła mi pewna znajoma, która w Australii była wielokrotnie. Miała rację. Australia nie tylko pachnie inaczej, ale zupełnie inaczej brzmi, bo śpiew ptaków jest wszechobecny i zgoła inny niż w naszej części świata. „Czuję się tu jakbym cały czas był w ogrodzie botanicznym“ – reagował mój mąż i towarzysz podróży.

 

Wysiadka w raju

„Wylądowałem z trzema walizkami na słynnych antypodach i nie mogłem uwierzyć, że ten kraj będzie moim udziałem, że tu teraz będę pracował!“ – opisywał swoje pierwsze doznania po przybyciu do Australii konsul generalny RP w Sydney Piotr Rakowski.

„Miałem to szczęście, że w jednym roku po jednym lecie, przeżyłem kolejne, bowiem wylądowałem tu właśnie na wiosnę“ – mówił, gdy zasiedliśmy w jego gabinecie podczas wizyty w polskim konsulacie. Wcześniej dotarliśmy do pomieszczenia, gdzie przy okienku przyjmowani są petenci ubiegający się o wizy do Polski lub nasi rodacy odbierający polski paszport. I tam właśnie pojawił się konsul, by zaprosić nas na piętro, gdzie pokazał nam także biura pracowników konsulatu.

Jet lag

Dopytuję mojego rozmówcę, jak to wygląda, gdy do tak odległego miejsca na Ziemi przylatuje się do pracy, czy ktoś czeka na lotnisku, ile dni dostał na odpoczynek, pokonanie jet lag? Co z mieszkaniem? „Przyleciałem w czwartek wieczorem, a z lotniska odebrała mnie koleżanka, która kierowała placówką, wraz z drugą koleżanką“ – wspomina Piotr Rakowski.

Pierwszym przystankiem był hotel, ponieważ mieszkanie, które jest częścią konsulatu, zajmowała jeszcze jego poprzedniczka, kończąca misję i wracająca do Polski. „Nie było sensu, żeby ona przenosiła się na kilka dni do hotelu. Wolałem tam poczekać ja, aż zwolni się mieszkanie“ – mówi i dodaje, że od razu następnego dnia pojawił się w pracy.

„Co miałbym robić w tym hotelu? Nie chciało mi się spać, wolałem zapoznać się z współpracownikami i od razu zabrać do pracy“ – dodaje. W następnym tygodniu przyjął pochopnie zaproszenie do Perth na festiwal polskich filmów. „Popełniłem błąd nowicjusza, który jeszcze nie uporał się z jet lag po przylocie z Polski, a lecąc do Perth, z różnicą czasową 3 godzin, wpadłem w jeszcze głębszy jet lag.

Choć festiwal był bardzo udany“ – wspomina. Australia to olbrzymi kraj, gdzie są trzy strefy czasowe. Nie sposób, by we wszystkich większych miastach Australii Polska posiadała swoje placówki. W sumie są tylko dwie: ambasada z siedzibę w Canberze oraz Konsulat Generalny RP w Sydney.

 

8 mln km2

Okręg konsularny Konsulatu Generalnego RP w Sydney obejmuje Australię (poza Australijskim Terytorium Stołecznym – ACT), Fidżi, Papuę-Nową Gwineę, Nauru, Vanuatu, Wyspy Salomona. „To w sumie niecałe osiem milionów kilometrów kwadratowych“ – informuje mój rozmówca, a pytany, czy do każdego z tych miejsc jest w stanie dotrzeć w ciągu czterech lat misji dyplomatycznej, odpowiada potakująco.

„Byłem już na Papui, spotkałem się z miejscowymi władzami, a przede wszystkim z polskimi księżmi i zakonnikami, do pozostałych czterech krajów też pojadę. Jakkolwiek tam nie ma wielu polskich turystów, Polonii czy polskiego biznesu to musimy mieć relację z odpowiednimi władzami, aby na wypadek kryzysów konsularnych chociażby móc sprawnie nieść pomoc“ – mówi. Poza tym zawodowi dyplomaci korzystają także z pomocy konsulów honorowych, których Polska ma w tym regionie obecnie czterech.

Ulubione słowo: easy

Kiedy na początku marca my z mężem przebywamy w Sydney, jest schyłek lata i piękne słoneczne dni z przyjemnymi temperaturami między 25 a 30 stopni. Dzieci właśnie kończą wakacje i rozpoczynają rok szkolny. Większość osób chodzi ubrana na letniaka. „Australijczycy nie przejmują się ubiorem ani wieloma innymi sprawami i często dodają słowo: easy!“ – opisuje konsul, który wyjaśnia, że tu jest większy luz w kontaktach, mniejszy formalizm i w ubiorze, i w obcowaniu.

„Oczywiście, na oficjalne spotkania zakładamy garnitury i krawaty“ – dodaje. Ciągnę więc temat i dopytuję, jak zatem wygląda Boże Narodzenie w wydaniu letnim? Okazuje się, że Australijczycy spędzają je głównie na plażach lub po prostu na łonie natury, grillując i biesiadując. „Interesujące było zobaczyć ratowników w czapkach św. Mikołaja“ – opisuje pierwsze wrażenia bożonarodzeniowe konsul.

A plaże w Sydney i okolicy, trzeba przyznać, są przepiękne – szerokie, piaszczyste, ocean błękitny z dużymi falami, co twarzy idealne warunki dla surferów. Ciekawostką są także baseny na tych plażach – niektóre zrobione z kamieni, wygrodzone z części oceanu.

 

Spotkania opłatkowe vs. wakacje

A jak wygląda świąteczne spotkanie z Polonią w konsulacie? Okazuje się, że kiedy w grudniu w Australii kończy się rok szkolny, następuje oczywiście rozdanie świadectw a potem już są święta. To czas, kiedy wielu Polaków wyjeżdża na wakacje, sporo z nich także do Polski, więc nie ma zwyczaju spotkań bożonarodzeniowych w konsulacie.

„Zorganizowaliśmy sobie spotkanie kameralne dla pracowników. Zamówiliśmy w polskim sklepie pierogi, barszcz z uszkami, makowiec i w letniej atmosferze złożyliśmy sobie życzenia“ – opowiada konsul, pokazując nam sporej wielkości salę, znajdującą się w podziemiach budynku, która pomieści około stu osób. Obok niej znajdują się pomieszczenia kuchenne, w którym przygotowywane są poczęstunki. Tu odbywają się różne uroczystości, koncerty, wieczory literackie, przyjęcia. Stąd można też wyjść do ogrodu. Jest też mównica, rzutnik z ekranem, fortepian i stół ping-pongowy.

 

Cena za dystans

Konsul w Sydney jest nie tylko opiekunem Polonii, ale czasami zajmuje się także promocją polskiej kultury wśród Australijczyków, bowiem w tej części świata Polska nie posiada Instytutu Polskiego, takiego jaki znamy z Bratysławy. Większe wydarzenia organizowane są poza konsulatem. „Niestety, płacimy cenę za odległość. Nie często udaje się nam ściągać tu polskich artystów“ – mówi konsul, który zamierza porozumieć się z innymi polskimi placówkami w Azji, by odwiedzający ich artyści z Polski mogli także zawitać do Sydney.

„Zdarza się, że z występami przyjeżdżają wybitni Polacy. Ostatnio była tu w lutym pianistka i kompozytorka Hania Rani. Na jej koncert w operze wszystkie bilety zostały wyprzedane“ – dodaje.

Słynna opera

Dopytuję mojego rozmówcę, czy już odwiedził słynną operę. Okazuje się, że  w nabył jeszcze przed przyjazdem dwa bilety na koncert kompozytora Maxa Richtera, znanego z połączeń muzyki klasycznej z elektroniczną. „Jeden z tych biletów wystawiłem na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i była to taka swoista randka w ciemno z konsulem“ – śmieje się. Kiedy drążę o wrażenia z wizyty w operze, Piotr Rakowski przyznaje, że wciąż czuje niedowierzanie, że ma szansę pracować i mieszkać w tej części świata.

„Wyrastałem w demoludach, wtedy nikt z nas nie myślał o dalekich podróżach, potem było życie, rodzina, małe dziecko, a teraz los rzucił mnie tu, stąd to niedowierzanie, czy to dzieje się naprawdę“ – wyznaje i do tych pozytywnych emocji dorzuca właśnie te, związane z odwiedzinami opery, gdzie doznaniom muzycznym towarzyszą zwykle te, związane z architekturą.

Ale zaraz potem dodaje: „Nie jest to za darmo. W służbę wliczona jest rozłąka z rodziną”. Jego żoną i syn zostali w Polsce ze względu na pracę i naukę. „Od października widujemy się jedynie przez Internet, a do Polski wybieram się dopiero w lipcu” – wyjaśnia.

 

Ślub w Australii?

Zwiedzając budynek konsulatu, docieramy do niewielkiego pomieszczenia, w którym konsul udziela ślubów. Okazuje się, że choć pracuje tu stosunkowo krótko, udzielił już jednego ślubu. Takie uprawnienia mają konsulowie w wielu krajach, gdy ślub chcą zawrzeć dwie osoby z polskim obywatelstwem – warunkiem jest miesięczny okres oczekiwania od złożenia dokumentów do daty ślubu.

Kiedy dopytuję mojego rozmówcy, czy mógłby udzielić ślubu na przykład na słynnej plaży Bondi, okazuje się, że jego uprawnienia są ważne jedynie na terenie polskiej placówki, czyli w budynku konsulatu, ewentualnie w przyległych ogrodach.

„Chcemy tu zmienić umeblowanie i przeprowadzić remont“ – informuje konsul, dodając, że budynek ten jest jego równolatkiem, został oddany do użytku w 1973 r. i od tego czasu nie przeszedł solidnego remontu. W sumie liczy około 1500 m2. Tu oprócz biur znajdują się cztery mieszkania dla pracowników przybyłych z Polski. Pozostali pracownicy – miejscowi, są mieszkańcami Australii. W sumie pracuje tu 12 osób.

 

Majówka zimą

Kiedy rozmawiamy o różnicach między Australią a Polską, znów wracamy do pór roku, bo zanim się człowiek przyzwyczai do odwrotności, trochę czasu minie. „Niedawno zastanawiałem się na głos, planując spotkanie z okazji Święta Konstytucji, że powinno być już ciepło na majówkę, a wtedy moi pracownicy uświadomili mi, że właśnie odwrotnie, bo tu wtedy bywa zimno“ – śmieje się konsul, przed którym pierwsza zima w nowym miejscu.

„Wszyscy mnie straszą, że wymarznę, bo w australijskich budynkach są szyby cienkie jak pergamin, mam wrażenie, jakbym spał w namiocie, ale latem to nie problem“ – opisuje tamtejsze warunki i klimat, który charakteryzuje się dużą wilgotnością. Zimą temperatura waha się między 10 a 12 stopni, a w nocy spada do 1 stopnia. Konsulat jest wyposażony w klimatyzację i dodatkowe kaloryfery na kółkach. „Nie powinno być źle, jeśli tak tu wygląda zima.  Ja takie lata przeżyłem w Dublinie“ – wspomina pracę na placówce dyplomatycznej w Irlandii.

 

Około 200 tysięcy Polaków

Na koniec jeszcze pytam mojego rozmówcę o naszych rodaków, ilu ich jest i jakie były powody ich emigracji. „Żadna placówka na świecie nie ma precyzyjnej liczby własnych obywateli, zwłaszcza teraz, kiedy mamy swobodę przemieszczania się“ – mówi konsul i dodaje, że szacunki mówią o 200 czy nawet 220 tysiącach Polaków w Australii. Nasi rodacy przybywali tu w kilku falach. Pierwsza to żołnierze, przybyli tu  po II wojnie światowej, którzy najpierw znaleźli schronienie w Tasmanii, potem dopiero na kontynencie.

Druga fala to koniec lat 40. początek lat 50. ubiegłego wieku. Kolejna emigracja w latach 60. dotyczyła także polskich Żydów. „Potem były lata 80. czyli czas Solidarności, opozycji demokratycznej, kiedy zmuszano ludzi do wyjazdu lub oni sami decydowali, że dłużej w Polsce nie wytrzymają“ – opisuje Rakowski i dodaje, że kiedy w latach 90. zmienił się system, a Polska się rozwijała i bogaciła, to Polacy wyjeżdżali częściej do krajów europejskich, szczególnie po wejściu do Unii Europejskiej.

 

26 szkół polskich

„Poznaję tu czasami Polaków, którzy mają świetną pracę, są obywatelami świata, są niezależni, nie szukają kontaktu z innymi Polakami“ – opowiada mój rozmówca i dodaje, że jego zadaniem jest także zachęcać naszych rodaków do powrotu do kraju. „Nasze społeczeństwo się starzeje, ubywa siły roboczej, żyjemy coraz dłużej, więc w naszym interesie nie jest „eksportowanie” Polaków za granicę“ – wyjaśnia i dodaje, że jednym z jego strategicznych celów jest ułatwianie kontaktu z językiem polskim młodym ludziom tu mieszkającym.

„Z każdym pokoleniem dochodzi do 20% utraty języka, a ja chcę spowolnić ten proces“ – opisuje i od razu mówi o pomyśle powołania młodzieżowej rady, żeby to młodzi z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi, takich jak media społecznościowe, promowali Polskę. „Przecież ja jako 52-latek nie dotrę do nich tak skutecznie, jak to zrobią ich rówieśnicy“ – konstatuje.

Pierwsze pomysły już są, np. wspólne gotowanie. Co ciekawe, w Australii działa 26 szkół polskich. Młodzi mogą być dumni z Polaków, choćby dzięki podróżnikowi, geologowi, geografowi, badaczowi i odkrywcy Edmundowi Strzeleckiemu, który odkrył najwyższą górę kontynentalnej Australii i nazwał ją imieniem Tadeusza Kościuszki.

Wybory 8 godzin wcześniej

Odprowadzając nas do wyjścia, konsul opowiada nam jeszcze, że jak każdy inny konsul musi przygotować placówkę do wyborów prezydenckich w maju. I na pewno jest to wyzwanie, bowiem w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2023 r. do urn w Australii przyszło ponad 4 tysiące Polaków, z czego w Sydney – 1800.

„Oczywiście, tu głosowanie odbywa się tego samego dnia co w Polsce, ale ze względu na różnicę czasu 8 godzin wcześniej“ – dodaje mój rozmówca i uzupełnia, że wyprzedza ich Nowa Zelandia, gdzie lokale wyborcze otwierane są najwcześniej. Dopytuję jeszcze, jak głosują Polacy w Australii, i okazuje się, że wg danych PKW w ostatnich wyborach także tu wygrała obecna koalicja rządząca.

 

U Pana Boga za piecem?

Polscy politycy to miejsce odwiedzają rzadko, można więc mieć wrażenie, że jest tu jak u Pana Boga za piecem. „Trochę jesteśmy na uboczu, nawet kontakt z centralą mamy rzadszy właśnie ze względu na różnicę czasową, bo gdy my kończymy dzień pracy, to w Warszawie go dopiero rozpoczynają“ – konstatuje mój rozmówca i uśmiecha się, że ma pracę marzeń, choć wszystko tu jest do góry nogami.

A my udajemy się na następne spotkanie, o którym więcej w kolejnych numerach „Monitora“. Nie zabraknie w nich kangurów, misi koala, węży a nawet pająków!

Małgorzata Wojcieszyńska, Sydney

Zdjęcia: Stano Stehlik

MP 5/2025