CZUŁYM UCHEM
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Coś świeżego. Ten materiał uderzył nagle i znienacka – jeńców nie brał. Jedynym utworem wybił mi zęby. Było to wykonanie na żywo, złapane gdzieś w sieci, ale o tym może później. Zaniemówiłem. Puściłem domownikom, również znienacka. Ucichły wszystkie codzienności. Ucichły talerze i szklanki, ucichło wino na języku. Drgnęło coś tylko w powietrzu i zaczęło przybierać na sile.
Dzieje się tak zawsze, gdy muzyka uderza we wszystkich tę samą strunę. Powstaje niesłyszalny, ale silnie wyczuwalny tembr emocji, dowód na to, że wszyscy są dostrojeni do tej samej częstotliwości. Stałem tak i chłonąłem, trzymając w ryzach nadmierne reakcje. Żeby tylko nie spłoszyć chwili, żeby je nie zadeptać, bo pod stopami miałem Chrust.
Gdy Lemon stał się popularny, jakoś mi nie podszedł. Nie żebym specjalnie zabiegał o to, aby zaznajomić się z twórczością zespołu, w końcu to nie moja praca, ale to, co obiło mi się o uszy, nie zrobiło na mnie wrażenia. Zwróciłem jedynie uwagę na manierę wokalisty, a trzeba czasu i chęci, aby takie rzeczy w sobie ułożyć i ustalić ze sobą, czy to kaprys jest, czy coś rzeczywiście oryginalnego.

Gdy na fali popularności zaczęli się pojawiać mniej lub bardziej udolni naśladowcy owej maniery, czułem już podskórnie, że jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem. Z każdej strony wyskakiwała nowa gwiazdka, która albo śpiewała jak Herbut, albo jak Natalia Przybysz, w skrajnych przypadkach, jak miks obu, czego już w ogóle nie dało się słuchać.
To, że współczesna mainstreamowa scena muzyczna w Polsce, poza małymi wyjątkami, ale w zasadzie bez niewinnych, jest absurdalnie wtórna brzmieniowo i artystycznie, papuzia wręcz i niesmacznie landrynkowa, wiedzą chyba wszyscy. W każdym razie zalew imitatorów przyćmił mi istnienie zespołu Lemon i wypłukał mi z oczu postać Igora Herbuta na lata.
Na szczęście dla mnie Igor Herbut to wytrawny gość, artysta przez wielkie “A” – świadomy, rzetelny, szczery, posiadający warsztat, posiadający swój język, posiadający w końcu tożsamość. Było kwestią czasu, kiedy trafi do mnie z takim utworem jak Corda, bo to ten właśnie utwór o nałogach, o kondycji współczesnych ludzi odzyskał dla mnie Herbuta. I od tej pory Herbut pojawia się u mnie w domu regularnie, i zawsze, gdy się pojawia, jest pięknie.
Wydany 17 kwietnia 2020 roku album rozpoczynają leniwie Latające słonie i robią to po łemkowsku. Jasny to przytłaczający swoim ciepłem utwór o byciu tatą, chyba najbardziej wzruszający na całej płycie. Niesłychanie kojący i pogodny Tańczmy odkamienia serce. Miłość i mleko z jednej strony delikatny i pełny nadziei, ale jakby chłodniejszy i bardziej chropowaty z drugiej.
Jest pierwszą wskazówką do całego albumu, który nie jest tylko zbiorem piosenek, aczkolwiek te jako osobne byty radzą sobie świetnie, ale chronologicznie ułożoną opowieścią opowiedzianą od końca. Najbardziej rockowy RO traktuje o wdzięczności za popełnione błędy. Z kolei Los to wiersz Leopolda Staffa, który idealnie wplata się w całość.
Co ciekawe, następująca po nim Amnestia i amnezja nie odbiega jakością od liryki Staffa. Cała płyta w warstwie lirycznej wznosi się wysoko, bardzo wysoko, daleko poza piosenkarskie standardy. Ponadto artysta nigdzie się nie śpieszy, pozwalając sobie na długie instrumentalne komentarze. Całość puentuje Krakowski spleen z repertuaru grupy Maanam.

Życzę Igorowi Herbutowi – songwriterowi kolejnych tak udanych albumów. Jest na najlepszej drodze do tego, aby jego płyty stały na mojej półce obok tych Leonarda Cohena czy Nicka Cave’a. W końcu coś, co lubię najbardziej, ale tym razem po polsku!
Łukasz Cupał





