List szósty, czyli co można zobaczyć z wirsycka

Wnusie Moje Drogie,

czas ucieka, a to, co z przybywającym wiekiem najbardziej uprzykrza starym ludziom życie, to zmęczenie. Nie takie, jakie odczuwamy po powrocie z wielkich zakupów lub po sprzątaniu mieszkania. Zmęczenie, które mam na myśli, jest związane ze świadomością, że większość tego, co było do przeżycia, już przeżyliśmy, że czasu pozostaje coraz mniej, a sny naszej młodości już dawno zostały zapomniane.

 LISTY DO W. 

Wtedy czasami przychodzą do głowy pytania, czy nie dałoby się wszystkiego cofnąć i zacząć zupełnie od nowa? Rozsądek jednak mówi, że to niepoważne mrzonki. No i jak tu się wygrzebać z takiego doła?!

Dla mnie kołem ratunkowym okazał się nasz dom w słowackich Pieninach, do którego tak lubicie przyjeżdżać. Najpierw myślałem, że jego kupno na kredyt to dobry sposób na galopującą drożyznę. Ale potem okazał się on czymś dużo, dużo ważniejszym. Krajobraz jakby żywcem przeniesiony z moich rodzinnych stron, gwara używana przez miejscowych bardzo przypomina język, którym mówiła do mnie Matka.

No i Polska dosłownie o rzut beretem. Wszystko tu okazało się powrotem do sytuacji z lat młodości, a kiedy jeszcze przyszedł Schengen i w czort poszły granice, moje zadowolenie sięgnęło zenitu. Wystarczyło przejść przez kładkę, by na drugim brzegu rzeki kupić polską gazetę albo lody Calypso. Ale najważniejsza z wszystkiego okazała się solidna biblioteka w pobliskim podhalańskim miasteczku.

By jakoś wrócić do języka, którego od czasu odejścia Waszych rodziców praktycznie nie używałem, przez z górą siedem lat nie wziąłem do ręki innej książki niż polska, a że ten okres zbiegł się z moim przejściem na emeryturę, przeczytałem w tym czasie więcej niż w całym wcześniejszym życiu. I kiedy patrzę na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, dochodzę do wniosku, że były to dobre decyzje.

Czy słyszeliście o Anteuszu (Antajosie), mitologicznym gigancie, którego sekret polegał na tym, że każde dotknięcie matki-ziemi przywracało mu siły, w wyniku czego nie można go było pokonać? Właśnie w taki sposób nasz dom na pograniczu Słowacji i Polski napełnił mnie nową energią.

Jednak, jak mówi mitologia, inny heros, Herakles, przechytrzył Anteusza, nie pozwalając mu podczas walki stanąć na ziemi i w ten sposób w starciu dwóch siłaczy zwyciężył. Postanowiłem nigdy nie powtórzyć błędu Anteusza i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to miejsce, tak bardzo podobne do mojej Małej Ojczyzny, jest moją ostatnią stacją.

Dom i okolica sprzyjają też w szczególny sposób przemyśleniom nad tożsamością. Wystarczy wdrapać się na jedną z otaczających naszą wieś licznych górek, które dawno temu zostały odlesione przez pasterzy owiec i bydła i teraz zapewniają szerokie, przepiękne widoki. Ale nie tylko o krajobrazy chodzi. Z wirsycka nie widać kamieni granicznych, które jeszcze do niedawna ostrzegały, jak podniesiony palec: baczność! – dalej ani kroku, to już nie twoja ziemia!

Można natomiast dojrzeć w dole ludzi, którzy poruszają się jak mrówki, wychodzą ze swoich domów i wracają do nich, śpieszą na przystanek autobusowy, by na czas zdążyć do pracy lub szkoły, spotykają sąsiadów i wymieniają z nimi kilka słów – a ponieważ nie dochodzą tu żadne ludzkie głosy, z samego zachowania nie da się odróżnić Polaka od Słowaka. Tak, jakby po tej i po tamtej stronie rzeki żyli zupełnie tacy sami ludzie.

Skoro jednak wszyscy jesteśmy do siebie tak bardzo podobni, dlaczego czasami się zdarza, że niektóre narody się nie lubią? Lub też napawają się bezgranicznym podziwem do samych siebie, lekceważąc „nie-naszych”, jak inna postać z mitologii greckiej, Narcyz? Czyżby przyczyny tego były ukryte w ich głowach? Skąd się tam wzięły? Kto je tam włożył?

Moi kochani, dzisiaj jednak nie siedzę na wirsycku, ale na ławeczce przed domem i gapię się na stado krów, skubiących trawę na zboczu po przeciwnej stronie doliny. I czuję się błogo.

Ściskam Was, dzieciarnia.

Dziadek

MP 6/2025