Jubileuszowy festiwal polskiego kina w Gdyni przeszedł do historii z wielkim szykiem i artystycznym hukiem. Przede wszystkim pojawiały się na nim filmy, na które czekano z ogromnym zainteresowaniem, szczególnie w konkursie głównym. A były to „Chopin, Chopin” w reżyserii Michała Kwiecińskiego z Erykiem Kulmem w roli głównej, który przed dwoma laty zachwycił w filmie „Filip”.
KINO OKO
Oczywiście czekano na Agnieszkę Holland i jej „Franza Kafkę”, prezentowanego wcześniej na festiwalach w Toronto i w San Sebastian. Na obu wzbudził duże zainteresowanie, zyskał bardzo pochlebne recenzje, choć również pojawiły się opinie z krytyczną nutą. „Franz Kafka” to polski reprezentant w oscarowych rozgrywkach. Czy przejdzie do dalszych kwalifikacji, przekonamy się już w grudniu.
A w Gdyni jury pod przewodnictwem Magnusa von Horna (ubiegłorocznego laureata Złotych Lwów za film „Dziewczyna z igłą”) nagrodziło (i słusznie) Agnieszkę Holland Srebrnymi Lwami. Przyznano je także producentom: Šárce Cimbalovej, Agnieszce Holland, Marcinowi Wierzchowskiemu i Alicji Jagodzińskiej. A Idan Weiss zdobył nagrodę za główną rolę męską. Jego Franz jest wielką kreacją. Tomasza Naumiuka nagrodzono za świetne zdjęcia, a Gabrielę Polakovą za znakomitą charakteryzację.
Czekano w Gdyni na „Ministrantów” Pawła Domalewskiego. Ten film przeszedł spore finansowe perturbacje i rozgrywki urzędnicze między dwoma centralnymi instytucjami kultury. Do tej pory toczy się śledztwo, czy właściwie przyznano pieniądze na ten film i czy twórcy dobrze je wykorzystali.
Sądząc po werdykcie jury 50. festiwalu zrobili to znakomicie. Zdobył bowiem Złote Lwy i był najdłużej oklaskiwanym filmem przez festiwalową publiczność. Paweł Domalewski otrzymał również nagrodę za scenariusz, a Agnieszka Glińska za montaż. To film ważny i ogląda go się bardzo dobrze. Wywołał też od razu żywe dyskusje na temat granic działania w imię szlachetnych intencji.
Również „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego był oczekiwany na gdyńskim festiwalu. Wcześniejsze filmy tego reżysera zwykle wstrząsały widownią, choćby „Wesele”, „Róża”, „Kler” czy „Wołyń”, ale nie zdobywały głównych nagród na festiwalu w Gdyni, choć były dostrzegane na innych. Tym razem też żadnych Lwów Smarzowski niedostał. Muszę przyznać, że to dość zaskakująca decyzja jury. „Dom dobry” jest bowiem o tym, co w dzisiejszym świecie bywa tragedią i udręką wielu rodzin.
Przemoc – fizyczna, ekonomiczna, psychologiczna – pokazana została w nim niemal perfekcyjnie. Wszystko zaczyna się romantycznie. Piękna dziewczyna (Gośka) i interesujący mężczyzna (Grzesiek) tworzą na początku ciekawą parę. Bardzo dobre role dwojga aktorów – Agaty Turkot i Tomasza Schuchardta. On wydaje się wrażliwy i starający o względy pięknej kobiety, ona powoli daje się uwieść męskiej życzliwości i troskliwości mimo niewyjaśnionych wcześniejszych sytuacji rodzinnych partnera. Ich związek przechodzi różne koleje, aż w końcu rozpoczyna się udręka, nękanie, poniżanie i sadyzm. To kino dla widzów o silnych nerwach. Szkoda, że film ten nie poruszył jury.
Żaden z filmów nie zawiódł widzów. We wszystkich festiwalowych kinach były komplety. Największa widownia, bo licząca ponad tysiąc miejsc, w Teatrze Muzycznym w Gdyni, gdzie mieściło się też centrum festiwalu, przeżywała poza codziennymi seansami spotkaniami z artystami, twórcami, ekipami filmowymi oraz dwie festiwalowe gale – początkową i końcową. Obie były bardzo uroczyste.
Nie zawiedli artyści. Festiwal otworzył film „Chopin, Chopin”. Maja Ostaszewska, która grała w filmie matkę kompozytora, Teklę Justynę Chopin, błyszczała elegancką, czerwoną kreacją, a po seansach budziła żywe reakcje swymi opowieści. Milczący i nieco stremowany na premierze był równie elegancki Eryk Kulm, który nagradzał widzów barwnymi anegdotami z planu filmowego.
Ekipa zgodnie podkreślała na spotkaniach, że atmosfera przy kręceniu filmu w międzynarodowej obsadzie (Liszta gra Victor Meutelet, George Sand – Josephine de La Baume, a króla Ludwika Filipa I – Lambert Wilson) była przyjacielska, miła i twórcza. Zresztą „Chopin, Chopin” to film dyskutowany już przed festiwalem. Choćby dlatego, że to najdroższa produkcja (koszt 64 mln zł) od czasów „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza.
Reżyser filmu Michał Kwieciński i scenarzysta Bartosz Janiszewski wydawali się w Gdyni zadowoleni ze swego dzieła. Opinie o filmie są podzielone. Zdecydowani zwolennicy podkreślają innowacyjne spojrzenie reżysera i rolę Eryka Kulma, krytycy natomiast wytykają niedociągnięcia scenariuszowe, dłużyzny i zbędną nieszopenowską muzykę. Na pewno znakomite w tym filmie są kostiumy Magdaleny Biedrzyckiej i Justyny Stolarz oraz przestrzeń scenograficzna Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego. I ci twórcy uhonorowani zostali przez jury 50. festiwalu nagrodami indywidualnymi. Wyczarowanie paryskiej ulicy z lat trzydziestych XIX w. za pomocą zdjęć kręconych w Łodzi to nie lada przedsięwzięcie i wielka sztuka.
Zdjęcia Michała Sobocińskiego (wnuka znakomitego Witolda Sobocińskiego i syna nagradzanego wielokrotnie Piotra Sobocińskiego) też budzą uznanie. Eryk Kulm trzyma widzów w napięciu; to ważna rola w jego dorobku. Chopin w tym filmie jest odbrązowiony, pozbawiony wielkiej romantycznej nuty, do której przywykliśmy. To obraz w nowym wymiarze. Kwieciński opowiada o ostatnich 15 latach życia wielkiego Polaka, chorego już na gruźlicę, a równocześnie bardzo aktywnego życiowo i twórczo.
Chopin jest w tym filmie dandysem, bywalcem salonów, neurotycznym przyjacielem Liszta. Poznaje George Sand, z którą wiąże się na ponad dziewięć lat. Zarabia na życie – koncertuje w salonach francuskiej socjety. Komponuje. Wobec własnej twórczości jest krytyczny, określa niektóre dzieła mianem „niedoskonałych”. Eryk Kulm przyznaje, że opowieść o ostatnich latach życia genialnego kompozytora, ciężko chorego człowieka, który „nigdy nie jest szczęśliwy, ale cały czas jest uśmiechnięty”, była dla niego wielkim wyzwaniem.
O tej roli marzył od lat. Nauczył się w miarę dobrze grać kilka fragmentów utworów Chopina (podobnie zresztą jak Meutelet w roli Liszta, który w filmie koncertuje z Chopinem). Pianistyczne dokonania Kulma ocenił przed śmiercią Janusz Olejniczak, wybitny pianista, wielokrotnie grający w filmach o Chopinie. Nazwał je „perfekcyjnym wykonaniem”. Warto jednak pamiętać, że film Kwiecińskiego nie jest biografią, a opowieścią i wizją reżysera, którą porównuje się do „Amadeusza” Miloša Formana. Według mnie na wyrost.
Jury w konkursie głównym nagrodziło również świetny dźwięk do filmu „Wielka warszawska”. To bardzo sprawny i ciekawy film, debiut Bartłomieja Ignaciuka o przekrętach i mafijnych działaniach na wyścigach konnych w czasach PRL. Efekty dźwiękowe w tym filmie są doskonałe, wszystko słychać i to zasługa Teresy i Michała Bagińskich oraz Miłosza Jaroszka. Zwracam na to uwagę z radością, bo w polskich filmach dźwięk ciągle jest niedoceniany.
A skoro o debiutach, to odkryciem tegorocznego festiwalu jest film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” w reżyserii Emi Buchwald, która za ten obraz dostała zasłużenie nagrodę jury i dziennikarzy. Czworo rodzeństwa nie umie bez siebie żyć, pomaga sobie, ale ta pomoc nie wszystkim wychodzi na dobre. Ciekawe kino.
Zaskoczeniem była nagroda główna za rolę kobiecą dla Matyldy Giegżno w filmie „Światłoczuła”. Pisałam o tym filmie w „Monitorze Polonijnym” i nadal go polecam, bo jest piękną opowieścią o trudnej miłości. Muzykę jury nagrodziło w odważnym erotycznie filmie Łukasza Grzegorzka „Trzy miłości”. Laureatem został Piotr Schulc „Steez83” i rzeczywiście tej „muzy” dobrze się słucha, gorzej z samym filmem.
Podobnie jak z filmem Władysława Pasikowskiego „Zamach na papieża”, choć Bogusław Linda w roli głównej jako emerytowany oficer służb specjalnych ciągle w dobrej formie. Żałuję niedostrzeżenia filmu „Brat” w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego, przejmującej opowieści o braterskiej przyjaźni i opiece, choć odtwórca głównej roli 14-letni Filip Wiłkomirski, zawodnik judo, otrzymał nagrodę za profesjonalny debiut aktorski.
Jubileuszowy festiwal filmowy miał trzy konkursy. Poza głównym – filmów krótkometrażowych i konkurs Perspektywy. Były nagrody. Oczywiście miał też mnóstwo imprez towarzyszących: wystaw, promocji książek, debat programowych, spotkań dyskusyjnych. Łącznie pokazano sto kilkadziesiąt filmów w różnych okolicznościowych przeglądach. Miał też cudowne pokazy elegancji indywidualnych twórców. A ponieważ dopisali aktorzy i aktorki, zwracano uwagę na kreacje, m.in. Małgorzaty Kożuchowskiej, Joanny Kulig, Katarzyny Herman, Magdy Zawadzkiej, Doroty Stalińskiej; stylem zachwycała Grażyna Torbicka.
Panowie demonstrowali większy luz, choć Robert Więckiewicz, współscenarzysta i główny aktor w komedii „Vinci 2” Juliusza Machulskiego, jak zwykle prezentował się na ściance festiwalowej z wielką klasą. Na tym festiwalu były też dwie inne komedie, ale o nich mam nadzieję napiszę Państwu przy kolejnej okazji.
Alina Kietrys





