Rozmowa z operatorem Adamem Suzinem
Festiwal Filmowy Cinematik w Piešťanach otworzył głośny słowacki film „Ojciec“ w reżyserii Terezy Nvotovej, który miał tu jednocześnie swoją słowacką premierę. W ciągu pierwszych dni na ekranach pokonał wszelkie rekordy popularności i liczby widzów, którzy wybrali się do kin. Mało tego, zyskał on też słowacką nominację do Oscara.
Za sukcesem tego obrazu stoi także polski operator filmowy Adam Suzin, z którym spotkałam na festiwalu Cinematik. Rozmawialiśmy też o jego drugim słowackim filmie, który będzie mieć premierę 30 października. Mowa o filmowej biografii słowackiego łyżwiarza figurowego Ondreja Nepeli.
WYWIAD MIESIĄCA
Który to Twój wywiad w życiu?
Po Wenecji to będzie drugi.
W Wenecji „Ojciec“ miał światową premierę. Jakie wrażenia?
To niezła przygoda. I ta premiera, i ten intensywny czas w mojej pracy, bo na Słowacji właśnie kończyłem zdjęcia do innego słowackiego filmu.
O „Nepeli“ porozmawiamy za chwilę, teraz o Tobie, czyli o człowieku, o którym w 2018 r. polskie media pisały jako o świetnie zapowiadającym się młodym artyście, w którym pokładano nadzieje. Te zapowiedzi się spełniły?
Tak, spełniły się. Na pewno spełniło się moje największe marzenie, by zrealizować pełnometrażowy film fabularny jako autor zdjęć. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej premiery takiego filmu niż ta, która miała miejsce w Wenecji.
Spotykamy się w Piešťanach, gdzie film „Ojciec“ otwiera festiwal Cinematik i tu ma słowacką premierę. Jest stres?
Stres zawsze jest, bo to nie jest łatwy w odbiorze film. Projekcja w Wenecji pokazała, że nawet dla mnie, a byłem na planie i znałem scenariusz, odbiór tego filmu przed publicznością nie był łatwy.
Będziesz oglądać ten film wraz ze słowacką publicznością?
Myślę, że nie. Tego filmu można doświadczyć raz. Jeszcze cały czas rezonuje we mnie poruszany w nim temat po projekcji w Wenecji.
Co Cię przekonało, żeby podjąć współpracę przy tym filmie?
Zostałem zaproszony na spotkanie z Terezą (Nvotovą – przyp. od red.) przez polskiego koproducenta filmu, firmę Lava Films.
Dlaczego Ty?
Jeszcze w szkole filmowej w Łodzi na III roku nakręciłem film dyplomowy Marty Prus, który był filmem 30-minutowym, zrealizowanym za pomocą jednego ujęcia. Ten film został zapamiętany. Wiedząc, że Tereza chce zrealizować film w podobnej formule, w długich ujęciach filmowych, przypomniano sobie o mnie. Z Terezą spotkaliśmy się online i od razu między nami zaiskrzyło. Poczułem się odpowiednią osobą, żeby wesprzeć jej wizję. Wydaje mi się, że Tereza też odczuła, iż jestem osobą, która nie będzie się bała podjąć takiego wyzwania i technicznych trudności, które wiążą się z tak skomplikowaną realizacją.
O jakich technicznych trudnościach mowa?
W czasie naszych rozmów i przygotowań z Terezą, przechodziliśmy procesem, który nie był oczywisty. Realizacja takiego długiego ujęcia wymaga dużego logistycznego przygotowania i spojrzenia na film w ramach dramaturgii wizualnej, co dany ruch kamery lub konkretna inscenizacja ma przedstawiać. Jeżeli chodzi o technologiczne zagadnienia, to był to film najbardziej zaawansowany, ponieważ każda sekwencja wymagała zupełnie innego podejścia, począwszy od użytej techniki, poprzez wykorzystanie ruchu kamery i dopasowanie atmosfery sceny do temperatury emocjonalnej filmu.
Przeciętny amerykański film ma 20 ujęć na minutę. Ile ich jest w Waszym filmie?
Na ten film składa się 10 sekwencji.
Po co stosuje się taki zabieg?
Aby widz odczuwał rzeczywistość wspólnie z bohaterami. Zdecydowaliśmy się na taką kamerę, która podąża, a takie długie ujęcia zwiększają wagę cięcia materiału filmowego. Ono nabiera tu innego znaczenia. To cięcie posłużyło nam do zaburzenia chronologii, zerwania czasu nici zdarzeń, nabrało dodatkowego znaczenia w dramaturgii filmu.

Jak Ci się współpracowało ze słowackimi aktorami i reżyserką?
Wyśmienicie!
Była bariera językowa?
Tu ona nie istnieje, ponieważ jesteśmy bardzo podobnymi kulturowo narodami. Z reżyserką rozmawialiśmy po angielsku, natomiast z częścią ekipy swobodnie: ja po polsku, oni po słowacku.
Jak długo kręciliście ten film?
Łącznie to było 17 dni zdjęciowych, z czego połowę czasu zajęły nam próby. Żeby tak skomplikowane ujęcia przygotować trzeba tyle samo czasu poświęcić na próby, bez pełnej charakteryzacji, ale z pełną ekipą techniczną i w lokacjach, gdzie kręciliśmy. Trzeba było też wziąć pod uwagę czas przemieszczania się bohaterów z jednej lokacji do drugiej. Przejazd z jednej do drugiej lokacji nie mógł trwać zbyt długo, żeby widza nie zanudzić, a film był jeden do jednego rzeczywistością. To jest wyzwanie, by tę rzeczywistość tak zagęścić, by widz czuł więź z bohaterem.
Czego wymaga taka praca od operatora?
Na pewno dużej sprawności fizycznej.
Ćwiczysz codziennie?
Może nie codziennie, ale mam dobre podstawy, ponieważ trenowałem akrobatykę sportową, jeżdżę na deskorolce, a sport jest częścią mojego życia. Przed rozpoczęciem zdjęć do filmu dużo się wspinałem, dzięki czemu mogłem się przygotować nie tylko fizycznie, ale i pobudzać wyobraźnię. Ten film zakładał nie tylko podążanie za bohaterem, ale także wejście w jego stan psychiczny. Jak można dostrzec na ekranie, poza kamerą obserwującą, idącą z bohaterem, staraliśmy się wzbogacić film o spojrzenie w głąb jego umysłu, żeby zrozumieć, jakich stanów doświadczał tytułowy ojciec, spotykając się z bardzo mocnym traumatycznym przeżyciem.
Można uznać Cię za specjalistę od tego typu filmów na kilka ujęć?
Na pewno jest to metoda mi bliska, ponieważ wiąże się z filmem dokumentalnym, który sam w sobie zakłada bliskość z rzeczywistością. Filmu pełnometrażowego, który byłby realizowany tą metodą, w Polsce nie widziałem. Na pewno w świecie nie byliśmy pierwsi. Nie traktuję tego jako coś innowacyjnego, bo ta metoda jest wykorzystywana od lat.
Patrząc na olbrzymi sukces serialu „Dojrzewanie“, wyprodukowanego przez platformę Netflix, w którym każdy godzinny odcinek był realizowany na jedno ujęcie, nasuwa się myśl, że ta metoda jest teraz w modzie.
Najwyraźniej powraca.
Jedziesz na rozdanie Oscarów do Los Angeles?
Zobaczymy, miło by było. Trzymam kciuki, żeby film znalazł się na krótkiej liście kandydatów. Super będzie, jeśli trafi do jak największej widowni, bo dotyczy tematu z pierwszych stron gazet i doświadczenia niemałej liczby ludzi. Dobrze, aby ten temat był dyskutowany i żeby ludzie wiedzieli, na czym polega syndrom zapomnianego dziecka.

Wiedziałeś o istnieniu Ondreja Nepeli?
Nie, dowiedziałem się w momencie przeczytania scenariusza i obejrzenia dokumentu o nim na YouTube.
Co było pierwsze: „Ojciec“ czy „Nepela“?
Po skończeniu zdjęć do „Ojca“ przystąpiłem do realizacji zdjęć do „Nepeli“. Ja to postrzegam jako zbieg różnych okoliczności i bardzo się cieszę, że te propozycje do mnie trafiły. Film o Nepeli dotyczy sportowca, a ten temat jest mi dosyć bliski ze względu na moją sportową przeszłość, a także dlatego, że sport daje dużą przestrzeń do opowiadania kamerą.
To też film na kilka ujęć?
Nie, to zupełnie inna formuła, z czego się cieszę, bo przyznam, że „Ojcec“ był dużym wyzwaniem operatorskim. Podjąłem się go, ale w tak krótkim czasie nie chciałbym powtarzać tego doświadczenia. Cieszę się, że film „Nepela“ zakładał zupełnie inny rodzaj realizacji.
Jaki?
Klasyczny. Ale jest w nim pewien aspekt magicznego realizmu, w którym znalazła się przestrzeń na mniej klasyczne opowiadanie kamerą.
Musiałeś podczas zdjęć jeździć na łyżwach?
Na dokumentacjach jeździłem na łyżwach, ale na realizację zdjęć zaprosiłem swojego dobrego kolegę sprzed lat, z którym kiedyś rywalizowałem na różnych zawodach akrobatycznych. Maciek Tomków operuje kamerą ze steadicamu, ale taż świetnie jeździ na rolkach i na łyżwach.

Który film jest ciekawszy, bliższy Twojemu sercu: „Ojciec“ czy „Nepela“?
W momencie podjęcia się pracy nad filmem, trzeba w nim odnaleźć jakąś cząstkę siebie i ja w obu tych filmach tę cząstkę starałem się odnaleźć. Film „Ojciec“ opowiada o trudnych emocjach; musiałem wejść w skórę bohatera, żeby o nim opowiedzieć kamerą. Bardzo się cieszyłem, że film „Nepela“ posiada wątek dramatyczny i jest o poszukiwaniu wolności. Tak naprawdę te filmy są z różnych światów, jeden dzieje się współcześnie, drugi jest biografią, więc trudno je porównać. Gdybym miał powiedzieć, jakie filmy chciałbym, żeby do mnie trafiały, to właśnie takie, ponieważ niosą ze sobą prawdę.
Przenosisz się do Bratysławy?
Do tej pory spędziłem tu dwa lata, z pewnym przerwami.
Witaj wśród nas!
Przyznam, że bardzo mi się tu podoba, szczególnie otoczenie gór. Ze względu na moją pasję wspinaczkową, na pewno bym się tu odnalazł. No i są tu bardzo ciekawi twórcy. Szkoła filmów słowackich też jest bogata, co widać po młodych, którzy wchodzą w świat filmu ze swoim mocnym językiem filmowym. Życzyłbym sobie, żeby właśnie takie projekty do mnie trafiały, żebyśmy mogli wspólnie łączyć kultury i zamykać je w formie filmów.
Na co liczysz teraz?
Jestem ciekaw, co kolejny zbieg okoliczności czy przypadek przyniesie. Obiecałem sobie, że jeśli przyjdzie kolejny film słowacki, to nauczę się mówić po słowacku. Chciałbym w ten sposób odpowiedzieć na to, jak zostałem tu przyjęty – z otwartymi ramionami – więc chciałbym dać też coś z siebie.
Małgorzata Wojcieszyńska, Piešťany
Zdjęcia: Stano Stehlik





