Wnusie Moje Kochane,
zapewne trudno Wam uwierzyć, że Wasz tato ciskał śnieżki w plecy kolegi z podwórka, a w sezonie letnim miał, tak samo jak Wy, kolana zdarte do krwi. A już myśl, że Wasz dziadek sięgał kiedyś wzrostem zaledwie do kolan swojej matki, Waszej prababki, jest w ogóle nie do wyobrażenia. Ale wierzcie, tak naprawdę było. Każdy człowiek przeżywa swoje lata dziecięce, dorasta, na koniec się starzeje. A starość skłania do wspomnień… Szczególnie, kiedy zbliżają się święta.
LISTY DO W.
Moja mama prowadziła dom żelazną ręką, ale ta ręka potrafiła też być niezwykle delikatna i zwinna. Późną jesienią, kiedy skończyły się prace w polu, zabierała się do robienia na drutach gwiazdkowych prezentów. Jeszcze dziś noszę dziergane przez nią ciepłe swetry. Mój tato, a Wasz pradziadek, człowiek surowy i nieprzystępny, wracał codziennie z pracy około trzeciej po południu, w milczeniu jadł obiad, a następnie ubierał drelichy, brał kosę lub szpadel i wychodził przed dom, gdzie zaczynała się jego druga zmiana. Przypominam sobie, jak za pomocą prostych narzędzi wytworzył kilkaset metrów drucianej siatki, by ogrodzić całe gospodarstwo. Płot stoi po dziś.
Dom, zabudowania gospodarcze i przyległy sad były środkiem mojego świata. Jego reszta, rozciągająca się za płotem, w miarę, jak dorastałem, widziana w coraz szerszej perspektywie, stopniowo nabierała intensywniejszych odcieni. Rozpościerały się tam poletka obsiane pszenicą, owsem lub koniczyną. Widnokrąg przecinały liczne zagajniki, pasma krzaków, strumienie. Zimą na grubej śniegowej pierzynie zostawiały swoje ślady lisy, sarny, zające i kuropatwy. Po polnych drogach śpieszyli do pracy ludzie, mówiący tym samym co moi rodzice i ja językiem.
Taki to był dom na pustkowiu, w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego, blisko granicy z Polską. Słowacy i Czesi nazywają takie domy „samotami“. Rozproszony typ zabudowy przynieśli do mojej małej ojczyzny Wołosi, pasterski lud, przybyły na te tereny przed wiekami z dalekich Bałkanów, wznoszący na zboczach gór i skrajach pastwisk swoje szałasy i koliby. Wołosi zlali się z tutejszymi Słowianami, przyjmując ich język, lecz wzbogacili nasz słownik i naszą kulturę o wiele słów i zwyczajów.
„Samota“ w tłumaczeniu na polski oznacza też ‘samotność’. Świadomość tej samotności nigdy jednak nas nie gnębiła. Tyle tylko, że pokonanie drogi do szkoły lub na przystanek autobusowy zajmowało trochę więcej czasu.
Wieś, pomimo wołoskiej zabudowy, miała swoje centrum ze szkołą, kościołem i przyległym cmentarzem, jakimś sklepikiem i gospodą ze sceną, gdzie miejscowi amatorzy wystawiali co jakiś czas sztuki teatralne ku uciesze innych mieszkańców. Była też biblioteka. Jednak żaden z wymienionych budynków nie dotrwał do dziś.
Nawet cmentarz, o którym moja mama mawiała, że jest świadectwem tożsamości tej ziemi, nie przetrwał. Wszystko pochłonęła huta z sąsiedniego miasta, która, ciągle się rozrastając, rozgryzła wieś na dwie odtąd odseparowane części. Wprawdzie w każdej z nich wybudowano nowe szkoły, założono biblioteki, nawet groby po ekshumacji przeniesiono na inny cmentarz, jednak nic już nie było takie jak dawniej.
A huta dawała o sobie znać bez wytchnienia. Spoza kępy drzew rosnących na południe od domu dochodził nieustanny hałas, zgrzyt hamujących wagonów… Nawet nocą słychać było łomot młotów pneumatycznych, syk i furkot pary, zawodzenie syren. Wszystko to, oczywiście, osłabione przez odległość.
Dom oparł się zębowi czasu, a obecnie prezentuje się lepiej niż kiedykolwiek w przeszłości. Kiedy wracam w rodzinne strony, często go odwiedzam. Zawsze jednak odżywa obraz całej okolicy, domu i zabudowań gospodarczych takich, jakie były w dawnych czasach. Pól zasypanych śniegiem. Ojca, systematycznymi, oszczędnymi ruchami odrzucającego łopatą śnieg, by można było dojść do oddalonej o kilkaset metrów drogi, nie grzęznąc przy każdym kroku. I radosnej wigilijnej atmosfery tamtych lat.
Pomyślałem więc, że Mała Ojczyzna to nie tylko przestrzeń geograficzna, ale też (a może przede wszystkim?) wspomnienia dzieciństwa.
Wasz Dziadek





