Kilka tygodni temu w mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się entuzjastyczne doniesienia o nowym polskim serialu na Netfliksie. Podobno jest świetny, interesujący, a polscy filmowcy po raz kolejny stworzyli coś intrygującego. Cieszyło mnie to tym bardziej, że podobne posty pisali zarówno polscy, jak i słowaccy znajomi.
BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI
Mowa o serialu „Heweliusz”. Początkowo nie miałem pojęcia, o czym opowiada. Wiem mniej więcej, kim był Jan Heweliusz – choć na Słowacji jest prawie nieznany – ale okazało się, że wcale nie chodzi o nowożytnego naukowca i astronoma, ale o statek. A konkretnie o prom, który zatonął w największej katastrofie morskiej w historii współczesnej Polski.
Serial trafił na moją listę życzeń, ale jednocześnie odkryłem, że rok przed jego premierą w wydawnictwie „Czarne” ukazała się książka Adama Zadwornego pt. „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku”. A jak dobrze wiemy, zawsze lepiej najpierw przeczytać coś dobrego na dany temat, a dopiero potem obejrzeć film lub serial.

Adam Zadworny, wielokrotnie nagradzany polski dziennikarz i reporter, bardzo kompleksowo prezentuje czytelnikowi prom „Jan Heweliusz”. Zaczyna od jego budowy, charakterystyki, historii żeglugi, a kończy na jego zatonięciu w głębinach Bałtyku. W tym miejscu zatrzymajmy się na chwilę. Jak mówi stare polskie (ale i słowackie) przysłowie: póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie.
To właśnie przyszło mi na myśl, gdy zapoznałem się z listą przeróżnych awarii, którym uległ „Jan Heweliusz” na przestrzeni lat. Zawsze płynął tą samą trasą ze Świnoujścia do Ystad w Szwecji, ale znany był z wielokrotnego uderzania o brzeg, co oznaczało, że nie był tak dobrze sterowalny, jak być powinien. Zadworny szczegółowo omawia ten temat, stwierdzając również, że nie wszystkie wypadki były konsekwentnie rejestrowane w dokumentach i nie po każdym z nich przeprowadzano test stanu technicznego statku. Prom miał również wyżej położony środek ciężkości, niż należało, co było spowodowane nadbudówką, wykonaną w celu zwiększenia ładowności.
Zadworny w swojej książce omawia też losy niektórych członków załogi i pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie statku podczas feralnego rejsu. Analizuje również zjawiska, mające wpływ na późniejsze wydarzenia, np. niewystarczające informacje meteorologiczne, którymi dysponowała załoga. W telegraficznym skrócie: w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 r. „Jan Heweliusz” natrafił na potężny sztorm.
Z różnych przyczyn – w wyniku niewystarczających napraw po awarii, która miała miejsce trzy dni wcześniej, przesunięcia ciężkiego ładunku pod pokładem, błędów na mostku kapitańskim – doszło do przechyłu na lewą burtę, w efekcie czego doszło do zatonięcia promu. Po zaciętej walce z żywiołem i długim oczekiwaniu na ratunek zginęło 56 osób, przeżyło tylko 9 członków załogi. Samej akcji ratunkowej towarzyszyło wiele błędnych decyzji. Gdyby rozpoczęła się na czas, liczba uratowanych osób prawdopodobnie byłaby większa.
W kolejnych częściach autor opisuje proces, który toczył się przed Izbą Morską w Szczecinie, a następnie postępowanie odwoławcze w Gdyni. Walczyły w nich dwa, a nawet trzy przeciwne sobie obozy: armator statku, który próbował udowodnić, że winna była pogoda i błędne decyzje załogi, ocaleli marynarze, którzy chcieli zrzucić winę na zaniedbania armatora, oraz rodziny pasażerów, które obwiniały zarówno armatora, jak i marynarzy. Ani jeden pasażer nie przeżył, bowiem statek nie był wyposażony w wystarczającą ilość sprzętu, pozwalającą przetrwać w lodowatym morzu, nikt też nie przygotował pasażerów na taką ewentualność.
Prawdopodobnie nie da się ostatecznie i definitywnie odkryć przyczyn katastrofy, choć autor rozwija kilka mniej lub bardziej prawdopodobnych hipotez. Dziennik pokładowy skończył na dnie morza, kapitan pozostał na mostku aż do gorzkiego końca. W mojej głowie kołacze się tylko jedno pytanie: czy teraz, kiedy już to wszystko wiemy, wyciągniemy z tego jakieś wnioski? Bo tylko wtedy ta tragedia miałaby jakikolwiek sens.
Marián Hamada





