Długo czekałem na odpowiedni czas, aby zająć się tą płytą, i myślę, że ów czas właśnie nadszedł. Po pierwsze, Anna Jurksztowicz jakoś od dziecka kojarzyła mi się z zimą, bo przecież zima lubi dzieci najbardziej na świecie; po drugie, okres świąteczny i karnawał nastrajają odpowiednio, bo powietrze pachnie sentymentem i chciałoby się choć przez chwilę, jak za dawnych lat poszaleć, więc taka sylwestrowo-karnawałowa retro party w rytm dawnych hitów byłaby akurat.
CZUŁYM UCHEM
To wyjątkowa płyta. Co tu dużo mówić, dochrapała się statusu krążka kultowego i jest uznawana za jeden z najlepszych polskich albumów w ogóle. A to łatwe nie jest! Przecież, aby znaleźć się w polskim muzycznym kanonie, trzeba albo porządnie łoić na gitarze, albo umieć w jazz. A jednak Dziękuję, nie tańczę, album na wskroś popowy, ulepiony z kiczu lat 80., zasłużył sobie na status klasyka, choć na pozór w ogóle nie spełnia wymogów. Ale czy na pewno?
Zacznijmy od warstwy muzycznej. O tym, że muzyka popularna w Polsce ma jazzowe DNA pisałem już niejednokrotnie. Dziękuję, nie tańczę umie w jazz i to jak! Autorem muzyki jest przecież Krzesimir Dębski, jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki współczesnej i jazzman pełną gębą. Te wszystkie nieoczywiste rozwiązania harmoniczne to jazz w czystej postaci. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy wspomnieć o intro do największego przeboju z albumu, Stanu pogody, które jest wspaniale irytujące i ustawia cały utwór. Tu nie ma banalnych motywów, a wisienką na torcie jest Diamentowy kolczyk.
Za warstwę tekstową odpowiedzialny jest Jacek Cygan, człowiek, który dla mojego rocznika był muzyczną wyrocznią za sprawą „Teleranka” i „Dyskoteki Pana Jacka”, swoim specyficznym stylem zdefiniował dla nas lata 80. A ta płyta to klasyczny tego przykład. Te wszystkie meteorologiczne metafory (Stan pogody), anglicyzmy (Hey Man), światełka, błyskotki (Diamentowy kolczyk), tęsknota za zachodnim stylem życia, blichtr i szpan (Video dotyk), dziś mogą wydawać się kiczowate, ale skutecznie odwracały uwagę od ówczesnej rzeczywistości.

Warstwa wykonawcza również stoi na wysokim poziomie. Anna Jurksztowicz idealnie wpasowuje się w stylistykę pop, barwa głosu osadzona jest doskonale, nie bierze jeńców, są momenty, w których głos wokalistki eksploatowany jest do granic możliwości, ale wszystko jest gustownie dopracowane pod względem techniki śpiewu. Na płycie słychać też wyjątkowych sidemanów, oczywiście w większości jazzowych. Oprócz Krzesimira Dębskiego grali Marcin „Samba” Otrębski, wybitny Marek Bliziński, Zbigniew Wrombel, Krzysztof Przybyłowicz, realizatorem i aranżerem był Rafał Paczkowski.
Warstwa brzmieniowa to typowe lata 80. Płyta była bardzo na czasie, jestem pewien, że twórczość Madonny, Michaela Jacksona oraz Miami Vice Theme mocno były inspirowane naszą rodzimą produkcją. Programowane, dynamiczne beaty wzbogacone o sample bongosów, osadzony bass, soczyste syntezatory, gitarowe akordy, grane na czystym kanale, i gdzieniegdzie wirtuozerskie, przesterowane solówki. Nawet PRL się udzielił, bo czasem coś trzeszczy, coś drapie, ale do największej wpadki doszło już po nagraniu materiału.
Ostatni utwór na stronie A Niech spadną gwiazdy nazywany jest przez fanów „piosenką widmo”. Otóż część nakładu płyty została źle wytłoczona i w miejscu Niech spadną gwiazdy pojawia się piosenka Życzenie, która jednocześnie zamyka stronę A i otwiera stronę B. Tego wyczynu udało się dokonać dwukrotnie, ponieważ na jednym ze wznowień, co gorsza CD, sytuacja się powtórzyła. Trudno dociec, co było przyczyną: szacunek dla oryginału czy ignorancja wydawców. PRL wiecznie żywy!
Łukasz Cupał





