Ten, któremu mina uratowała życie

W czasach, kiedy wydarzenia wokół nas sprawiają, że czujemy się niepewnie, a życie wydaje się skręcać w nieznanym kierunku, okazuje się, że nasz mieszkający na Słowacji rodak inspiruje innych do tego stopnia, że napisano o nim książkę. Mowa o księdzu Leonardzie Pawlaku, który przez kilka lat służył w bratysławskiej dzielnicy Lamač, a obecnie pracuje w parafii w Plaveckim Štvrtku.

 

Światło

„Pomysł napisania książki rodził się w czasie naszego siedmioletniego obcowania z Leonardem, kiedy wraz ze współautorem książki, Mirem Čačikiem, chodziliśmy na wygłaszane przez Leo kazania“ – mówi Michal Oláh, który nie kryje, iż kazania naszego rodaka poruszyły go do tego stopnia, że wpłynęły na jego życie. „Coś się w nas zmieniło, a jego słowa, głównie jego historia i podejście do życia, inspirowały nas, pomagały w beznadziejnych życiowych sytuacjach.

Michal Oláh

Czuliśmy, że w nasze życie wstąpiło światło, a my dzięki temu wiemy, jak mamy żyć“ – wyjaśnia i dodaje, że zdaje sobie sprawę, że może to brzmieć patetycznie. „Kto tego nie przeżyje, ten nie wie, o czym mowa, a my w obecności Lea to czuliśmy; mieliśmy nadzieję, radość, a sprawy, które wcześniej wydawały się bez sensu, nagle tego sensu nabierały“ –  dodaje.

 

„Mina uratowała mi życie“

Książka „Mína mi zachránila život“ została wydana przez wydawnictwo Fortuna Libri w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy i dostępna jest na całej Słowacji – w księgarniach, a także online. Jak się okazuje, niełatwo było namówić naszego rodaka, by zgodził się na przedstawienie swojej historii na łamach książki.

„Musieliśmy go prosić, bo wcześniej w ogóle nie chciał się w ten sposób prezentować“ – zdradza Olah i zachęca naszych rodaków do zapoznania się z książką,  bowiem – jak przekonuje – ksiądz Leo mówi w niej chętnie o wielu swoich tożsamościach – oczywiście o tej polskiej, ale i o słowackiej, angolskiej czy brazylijskiej.

„Dużo nam mówił o Polsce, o traumie, gdy żył na polsko-czeskim pograniczu, o tym, jak jego pradziadka dotknęła II wojna światowa, jak siłą byli przesiedlani, gdy z dnia na dzień zmieniały się granice, ale wspomina też kardynała Rysia czy filozofa Tischnera“ – wymienia autor.

Okazuje się, że ksiądz Leonard potrafi dotrzeć tak do wierzących, jak i niewierzących z różnymi doświadczeniami życiowymi; czy są to ludzie, którzy nigdy Boga nie spotkali, czy ci, którzy w Boga wierzą, ale mają wrażenie, że katolicyzm jest dla nich zbyt sztywny. „Może dzięki tej książce znajdą receptę, jak żyć autentycznie i nie bać się?“ – zastanawia się na głos mój rozmówca.

 

Fenomen

Z uznaniem mówi też o księdzu Leonardzie biskup Robert Bezák, który przyjął patronat nad książką. „Zawsze podziwiałem Polaków, którzy potrafią się trzymać razem, stawiają na wspólnotę; zachwycała mnie polska kultura i sztuka; wrażenie robił Lech Wałęsa“ – wspomina, zanim wyjaśni, dlaczego zbliżył się do polskiego księdza pracującego na Słowacji. „Leonard odkrył mnie.

Znalazłem się w sytuacji, kiedy byłem niechciany i nie każdy mnie zapraszał, a Leo to zrobił! Po to, bym spędzał czas z wiernymi w kościele w Lamaču“ – mówi biskup i dodaje, że wtedy zobaczył, jaka to jest wielka osobowość. „Mógł przecież żyć bezpiecznie i dobrze w Polsce, ale on wybrał się do Angoli w Afryce!“ – argumentuje Bezák i porównuje życie naszego rodaka do historii wielu ludzi, którzy mają co przekazać światu. „On jest dla nas wielką osobowością! Jest bardzo ludzki i otwarty i świadomy.

Róbert Bezák

Niektórzy duchowni ganią wiernych, ale nie Leonard. Nigdy tego u niego nie widziałem i właśnie może na tym polega ta jego wielkość, że w naszym słowackim środowisku jest tak lubiany. Bo on otwiera całą przestrzeń świątyni“ – argumentuje i wspomina, jak odwiedzał księdza Leonarda czy to w Lamaču, czy w Plaveckim Štvrtku –  wszędzie zastawał otwarte drzwi do parafii. Dosłownie! Aby ktoś, kto chce, zawsze mógł przyjść.

„Pytam się go, gdzie masz prywatność. Pokazał mi jakiś pokoik, ale i ten pokoik ma otwarty“ – wspomina Robert Bezák, dodając, że na tym polega fenomen kościoła, który powinien być otwarty dla wszystkich ludzi, a nie tylko dla tych swoich.

 

Nagi

Po prezentacji książki w bratysławskim domu kultury Lamač czekam w kolejce do księdza Leonarda. Sala, gdzie odbyło się spotkanie, była wypełniona po brzegi, a zmieściło się w niej ok. 150 osób. Niemalże każda z nich chce zamienić choć parę słów z księdzem, którego wszyscy tak bardzo polubili. Słyszę, jak między sobą rozmawiają, że brakuje im Leonarda.

Co ciekawe, ksiądz ze wszystkimi jest na ty i serdecznie reaguje na kolejne osoby w kolejce, wpisując dedykacje. Nie szczędzi dobrego słowa pod adresem każdego, kto do niego lgnie. Gdy wreszcie przychodzi moja kolej, pytam go o wrażenia. „Jestem w szoku, jestem głęboko zawstydzony, jestem nagi“ – wyznaje. Wyjaśnia, że pokazując siebie, wystawił się na zranienia.

„Bóg był nagi na krzyżu, był zupełnie bezsilny, a przecież zbawił świat“ – reaguje, gdy pytam, dlaczego zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Dopytuję go jeszcze, jak to jest przyjmować gratulacje i podpisywać książki, a on krótko przyznaje, że męcząco. Wydaje mi się, że z przyjemnością wrócił do „starej parafii“. Teraz przed nim nowe wyzwania w Plaveckim Štvrtku.

„To nie ucieczka, po prostu przyszedł dekret, na mocy którego przeniesiono mnie w nowe miejsce, więc zapakowałem koty, kuźnię i pojechałem na nową misję“ – opisuje ksiądz, który w wolnych chwilach kuje miecze, o czym pisałam cztery lata temu („Słowem i mieczem“, MP, styczeń 2022).

Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcia: Stano Stehlik

MP 2/2026