40 lat minęło – rozmowa o Czarnobylu z Krystianem Machnikiem

Płyn Lugola, panika i brak informacji. Tak po krótce można opisać to, co działo się w Polsce po wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, kiedy nad Polskę dotarła radioaktywna chmura. Był kwiecień 1986 r. Właśnie minęło 40 lat od tamtych czasów, więc to dobry pretekst, by porozmawiać z Krystianem Machnikiem, który w Czarnobylu był ponad sto razy. Z początku z ciekawości, potem by to miejsce pokazać innym. Od 10 lat jeździ, by pomagać samosiołom, którzy go nazywają swoim wnuczkiem. Właśnie ukazała się jego książka pt. „Ostatni ludzie Czarnobyla“.

 WYWIAD MIESIĄCA 

 

Na Słowacji serial HBO, zatytułowany „Czarnobyl“ ponownie wzbudza zainteresowanie. W Polsce też?

Nie sprawdzałem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było, ponieważ 40. rocznica wybuchu reaktora IV energobloku Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej sprawiła, że w ogóle wzrosło zainteresowanie Czarnobylem.

 

Dobrze się wstrzeliłeś ze swoją książką „Ostatni ludzie Czarnobyla“!

Taki był cel.

 

Ile trwały prace nad nią?

Pół roku. Materiały zbierałem przez 10 lat, wystarczyło je spisać.

 

Jaką rolę w tym procesie odgrywał świetny reportażysta Witold Szabłowski?

On mnie namówił do napisania tej książki. Jest jej wydawcą. To pierwsza książka wydana przez niego, a nie będąca jego własną. Brał udział w jej powstawaniu, bo wiedział, jak się do tego zabrać. Ja miałem obawy, czy dam radę, bo to moja pierwsza książka. Nie byłem pewien, czy będę potrafił dobrze opisać ciekawe historie.

 

Co Ci podpowiedział?

Najważniejsza jest kolejność opisywanych historii, bo na stu stronach nie można napisać samych smutnych opowieści, ponieważ stracą swój wydźwięk. Opowieści smutne muszą być przedzielone wesołymi. To jest oczywiste, ale tylko wtedy, gdy ktoś Ci to mówi, bo łatwo się zagubić, kiedy piszesz kilkaset stron osobistych wspomnień.

 

Co było tymi wesołymi opowieściami?

Tych jest tam bardzo dużo, bo większość wizyt u „babuszek“ jest bardzo wesoła. To nie są ludzie, którzy siedzą i się zastanawiają, dlaczego tu kiedyś doszło do katastrofy czarnobylskiej. Owszem, katastrofa była, ale 40 lat temu. A teraz jest teraz.

 

Ci ludzie, nazywani samosiołami, wrócili do swoich domów, bo nie potrafili po ewakuacji żyć w innym miejscu. Mimo, że to strefa skażona, żyją w niej. Zdrowo?

Jedna z „babuszek“ niedawno obchodziła setne urodziny. Jedna! A tych ludzi wróciło tam 1600, choć większość potem i tak wyjechała, widząc, że nie da rady żyć w tym miejscu. Zostało kilkuset, większość umarła w latach 90. albo na początku wieku. Do dziś przetrwało nie więcej niż 50. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, ilu z nich zmarło przedwcześnie, ilu z nich mogłoby żyć dłużej, gdyby tam nie mieszkało. Należy zaznaczyć jednak, że samosioły mieszkają w najczystszym rejonie tej strefy.

 

Jesteś jedyny, któremu leży na sercu los samosiołów?

Nie, ale rozpromowałem ten temat. Wszyscy byli zainteresowani elektrownią, opuszczonym miastem, radioaktywnością, promieniowaniem, czyli tym, co głośne i spektakularne. A że jakieś „babuszki“ tam żyją? Nikogo to nie obchodziło. Wiem o czym mówię, bo sam się do tej grupy zaliczałem.

 

Co się stało, że zmieniłeś podejście?

Dziesięć lat temu pojechaliśmy do wioski Łubianka, żeby eksplorować teren, szukać ciekawych miejsc, robić zdjęcia. Dostrzegliśmy przy drodze starowinkę. Zastanawialiśmy się, co tu robi. Nie wiedzieliśmy, że to samosiołka, żyjąca tu samotnie. Właśnie szła w pełnym słońcu, w upale, opierając się o laskę, zgarbiona w pół. Szła po pomoc do leśników, którzy mają swoją bazę 6 kilometrów dalej. Miała objawy typowe dla przegrzania organizmu. To było szczęście, że ją spotkaliśmy jakieś 300 metrów od jej domu. Wróciliśmy z nią do jej chaty. Ona szybko zaczęła słabnąć. Wezwaliśmy pomoc. Pogotowie jechało dwie godziny! Wtedy sobie uświadomiłem, że coś jest nie tak z podejściem do tych ludzi.


Ty uratowałeś tę panią i opiekujesz się kolejnymi osobami. Co dostajesz w zamian?

Książka „Ostatni ludzie Czarnobyla“ to jest opowieść nie tylko o samosiołach, ale też o mnie – o człowieku, który najpierw eksplorował teren, a potem został wnuczkiem czarnobylskim, bo tak mnie nazywają ludzie tam mieszkający. Zmieniło mnie to, zacząłem dostrzegać coś, czego wcześniej nie widziałem. Mogłem ten czas poświęcić na dobrze prosperujący biznes, a jeździłem ponad sto razy do tych ludzi, by z nimi być, pomagać im, rozwozić im chleb.

 

Spotykasz się ze zdziwieniem?

Mało kto jest w stanie to zrozumieć, a mnie to pozwoliło spojrzeć na wiele rzeczy inaczej.

 

Na przykład?

Moi rówieśnicy, trzydziestolatkowie narzekają, że są starzy, że zdrowie już nie takie. Nie spotkali samosiołów! A ja znam elokwentnych, jeżdżących na rowerze, oczytanych 90-latków. Zrozumiałem, że nie mogę się przejmować zawczasu byle drobiazgami. Cieszę się, że udało mi się zainteresować innych samosiołami, że jest mnóstwo ludzi, którzy chcą im pomagać. Wśród nich jest jeden Słowak, Andrej Pastorek, którego tam wprowadziłem, a który zaczął na własną rękę organizować pomoc.

 

Jak wyglądałby Twój film, gdybyś miał możliwość nakręcenia opowieści o Czarnobylu?

Pewnie byłby zbliżony do tego, co nakręciło HBO, ale postawiłbym na wierniejsze odwzorowanie tego, co się wydarzyło.

 

Pokazałbyś w nim sześć wesel, czyli ostatnie imprezy, które odbyły się w Prypeci dzień po wybuchu reaktora?

Tak, na pewno bym pokazał ostatni dzień życia miasta Prypeć, jak ludzie prowadzą normalne życie pomimo radioaktywności, o której nie mają wiedzy.

 

Albo dwóch chłopaków, którzy pijąc piwo na dachu bloku mieszkalnego, przegapili ewakuację?

Tak, można by pokazać ewakuację i ludzi, którzy przed opuszczeniem swoich domów sypią więcej karmy swoim zwierzętom, bo przecież dostali informację, że wyjeżdżają na trzy dni. Zamykają drzwi, żartują sobie, że jadą na darmową wycieczkę i że nie będą musieli iść w poniedziałek do pracy. A tak naprawdę robią to na zawsze. Takie sceny mogłyby podziałać na widza.

Ty znasz te historie, często z pierwszej ręki.

Tak. I dodałbym odcinek, jak wygląda życie w tej strefie 30 – 40 lat później. Byłem czasami świadkiem tego, jak niektórzy wracali i przypominali sobie czasy świetności tego miejsca.

 

To na pewno trudne doświadczenie?

Przeżywałem to z nimi. To są takie normalne historie, które nikogo nie obchodzą, ale ci ludzie zostawili tam masę wspomnień: pokazywali mi, że na przykład tu z kolegami ktoś się bił o dziewczynę, tam ktoś wypił pierwsze piwo, tu była dyskoteka Edison 2, a tam ktoś był na imprezie w ostatni wieczór życia miasta, tu chodził do szkoły, tu była jego klasa, tu miejsce w ławce, a tu nożykiem wyrył swoje inicjały.

 

Znasz wiele takich osób? Chętnie wracają do Prypeci?

Niektórzy regularnie odwiedzali to miejsce, inni byli tylko raz, ale sporo jest takich, którzy nigdy nie wrócili. Znam niektórych dosyć dobrze, kumplujemy się. Na przykład Sasza – należy do mniejszości, bo wciąż drąży temat, a większość chce zapomnieć. Z mamą Saszy nawet nie ma co zaczynać wątku Czarnobyla.

 

Trauma?

Tak, to trauma, która siedzi w głowie od 40 lat. Jego mama na wieść o Czarnobylu płacze, ale nie chce rozmawiać.

Miasto Prypeć liczyło 50 tysięcy mieszkańców. Wszyscy opuszczali miasto dzień po katastrofie, sądząc, że wrócą za trzy dni. Co się z nimi stało?

Większość żyje w mieście Sławutycz, które wybudowano dla przesiedleńców. Bardzo dużo osób mieszka w Kijowie, gdzie jest całe osiedle byłych mieszkańców Prypeci – tam mieszka wspominany Sasza. Sporo też wylądowało w Rosji czy w innych rejonach, na przykład na Litwie. W Polsce żyje Irina, która musiała uciekać na skutek wojny, bo jej wioska była okupowana przez Rosjan jeszcze w lutym 2022 r. Ona jako nastolatka mieszkała w Prypeci, w internacie szkolnym. Razem ten internat odwiedziliśmy. Zaprowadziła mnie do swojego dawnego pokoju, a potem przypomniała sobie, że tu było zdjęcie jej pierwszego chłopaka. Zaczęła tego zdjęcia szukać i nagle się rozpłakała. Nigdy już tego chłopaka nie spotkała, zostali rozdzieleni. Nic o sobie nie wiedzą.

 

Ile to zrujnowanych żyć ludzkich.

Jeszcze przed atakiem Rosjan na Ukrainę organizowałem wyjazdy do Prypeci i tłumaczyłem ludziom, że to nie są tylko opuszczone budynki. Każde z tych okien to osobna ludzka historia. Ci ludzie musieli tam zostawić wszystko: zdjęcia, zapiski, ubrania i to, co w lodówce.

 

Przed wojną organizowałeś takie wyjazdy, bo trudno je nazwać wycieczkami.

Nie chciałem uprawiać typowej turystyki. Turystyka czy wakacje kojarzą się z wypoczynkiem. Trudno tych określeń używać w kontekście miejsca tragedii. Podobnie jak w przypadku wyjazdów do Auschwitz. To tzw. czarna turystka, choć nie lubię tego określenia. Wolę to nazywać turystyką historyczną. Nie chciałem, by to były „selfietour“: półtorej godziny spaceru po Prypeci i zrobienie sobie kilku zdjęć w 50-osobowej grupie.

 

Jakie były Twoje wyjazdy?

To kilka dni pobytu w Czarnobylu.

 

Tam można nocować?

W samym mieście Czarnobyl są trzy bazy noclegowe – hotele o standardzie robotniczym.

 

Żeby wjechać do Strefy potrzebne jest zezwolenie?

Tak, to strefa zamknięta, a wjazd jest tylko na przepustki, które trzeba wyrobić z wyprzedzeniem. Niektórzy, nieświadomi tego, przyjeżdżali i chcieli sobie kupić bilety wstępu, a to tak nie działa. Strefa Wykluczenia jest otoczona drutem kolczastym. Jest kilka punktów kontrolnych. Po wjeździe jest przydzielony przewodnik. Do strefy wjeżdża się na określony czas. Obowiązują w niej określone zasady, np. po 22 godzinie nie można wychodzić z budynków. Te zasady obowiązują tu od 1986 r., czyli od momentu katastrofy.

 

Jakie to doświadczenie eksplorowanie takiego opuszczonego miejsca?

Z moimi podopiecznymi podjeżdżaliśmy pod jakiś budynek w Prypeci i rozstawaliśmy się na dwie godziny. Ludzie mogli się rozejść, by poczuć pustkę i ciszę. Kiedy chodzili po budynku, słyszeli skrzypiące szyby wind, trzaskające na wietrze okna. To jest właśnie to, co zapamiętywali najbardziej: widzieli opuszczone miasto, nie słyszeli odgłosów miasta, tylko śpiew ptaków i szum wiatru.

 

Zdarzało Ci się odkryć coś wyjątkowego w tych miejscach?

Bardzo często! Pamiętam któregoś razu w pewnej wiosce, w zapadającym się budynku zobaczyłem historyczną dużą kasę z mechanicznymi przyciskami w stanie muzealnym. Zapewne 26 kwietnia 1986 r. jakaś ekspedientka jeszcze naciskała te olbrzymie przyciski, sprzedając jakiś towar.

 

Byłeś w szpitalu, w którego piwnicy leżą skafandry strażaków, którzy gasili pożar reaktora, a więc byli narażeni na promieniowanie?

Tak, nawet w tym roku tam byłem.

Sama świadomość, że to są skażone rzeczy i ocierasz się o czyjąś śmierć, robi wrażenie?

Być może ocierasz się o własną śmierć, jeśli będziesz nieostrożny. Pierwsze wejście jest enigmatyczne, bo wiesz, że to są rzeczy ludzi, którzy umarli i że mogą umrzeć kolejni, jeśli nie będą się chronić. Promieniowania nie widać, nie słychać i nie czuć. Kiedy odpalimy dozymetr, czyli miernik promieniowania, widzimy, jak zaczyna szaleć i dochodzi do końca skali, to uświadamiamy sobie zagrożenie. Te wartości promieniowania są wysokie, a dodatkowo unosi się tam pył. Trzeba rozróżnić napromieniowanie organizmu od skażenia.

Napromieniowanie jest wtedy, kiedy jesteśmy poddani jakimś wartościom promieniowania. Możemy się napromieniować np. podczas prześwietleń, natomiast skażenie organizmu następuje wtedy, kiedy nas pokrywają źródła radioaktywne. Tym źródłem może być nawet mikroskopijna cząstka, która osiądzie na naszej skórze albo wciągniemy ją do płuc. Wtedy coś, co samo z siebie promieniuje, działa na nas cały czas – to jest dużo groźniejsze.

W tych piwnicach zapylenie radioaktywne jest bardzo duże. Ubrania strażaków leżą na ziemi, wyglądają jak zwykłe szmaty. Gdybyśmy tam weszli bez masek gazowych i zaczęli manipulować tymi ubraniami, to byłoby duże ryzyko, że wraz z wdychanym powietrzem wciągniemy coś czego nie powinniśmy, co się może źle skończyć.

 

Dlaczego nie zakopano tych ubrań?

Też mnie to zastanawiało. W 1986 r. często zakopywano takie rzeczy gdzie bądź, tworząc mogilniki. Niektóre z nich są zaznaczone na mapach. Bardzo podobne pytanie zadałem „babuszce“ Walentynie Saczenok, która była samosiołem, a w 1986 r. pracowała w szpitalu, przyjmującym strażaków po akcji gaszenia pożaru w IV energobloku. Ona się nimi zajmowała, ściągała z nich ubrania i zanosiła do piwnic. Takie rozwiązanie jej przyszło do głowy. Była przekonana, że ktoś się potem tym zajmie i odkazi te rzeczy oraz piwnice.

 

Rozmawiamy o ewakuacji, o samosiołach, ale nadal w strefie zamkniętej, Strefie Wykluczenia, przebywa legalnie ok. dwóch tysięcy osób. Co tam robią?

Teraz mieliśmy tego przykład: były pożary w strefie, więc muszą być strażacy. Jeśli pali się las – a promieniowania, niestety, nie spalimy – wtedy wraz z dymem unoszą się do atmosfery cząsteczki radioaktywne. Musi być więc grupa strażaków, leśników, którzy będą dbać o pasy przeciwpożarowe, żeby ogień się nie rozprzestrzeniał. Poza tym pracują tam naukowcy, dozymetryści – oni odpowiadają za pomiary promieniowania, ur

zędnicy – tych jest cała armia! Policjanci, bo trzeba pilnować bezpieczeństwa, służby specjalne, pogranicznicy. Oni pracują w systemie zmianowym: przyjeżdżają na dwa tygodnie i tam mieszkają, potem na dwa tygodnie jadą do domu. Maksymalnie naraz przebywa tam ok. tysiąca osób.

 

Czy ta strefa będzie skażona na zawsze?

Odkazić jej się nie da, bo to jest zbyt duży teren. Trzeba by wywieźć stamtąd wszystko, żeby mieć pewność, że nic już nie jest skażone, czyli ściąć wszystkie drzewa, zerwać cały grunt na głębokość minimum pół metra i zakopać go w innym miejscu, nawieźć nowy. Wszystkie budynki rozebrać i wywieźć. To jest nie do zrobienia, bo podczas przeprowadzania tych prac, wzbijałby się pył radioaktywny, który skaziłby nową warstwę ziemi. Moglibyśmy to robić w nieskończoność. Tylko po co?

 

Czyli paradoksalnie teren skażony stał się terenem poniekąd dziewiczym, skoro ingerencja człowieka jest tu minimalna?

To jest strefa zamknięta, a część tej strefy już jest rezerwatem przyrody. Jak spojrzymy na mapę, wokół Czarnobyla mamy głębokie lasy dziewicze i bagniska. Gęstość zaludnienia w tym rejonie zawsze była mała. Wzrosła, kiedy pod koniec lat 60. zaczęto budować Czarnobylską Elektrownię Jądrową, która była jedynym źródłem pracy. Nie ma elektrowni. To, co było, już nie wróci.

 

Jak wyglądało wtargnięcie wojsk rosyjskich do Czarnobyla w 2022 r.?

Rosjanie wjechali do strefy z czterech punktów, zdobywając cały teren w ciągu jednej doby. Ponieważ wojska ukraińskie się wycofały, Rosjanie wjechali w Strefę Wykluczenia jak w masło. Dużo tam ukradli. Wywozili, co się dało – to jest udokumentowane. Okupacja rosyjska strefy trwała 5 tygodni.

Ich obecność przyniosła uszkodzenie kopuły, która chroni miejsce po wybuchu?

Doszło do tego już po wycofaniu wojsk okupacyjnych. To był atak drona na kopułę, która została wybudowana po to, by chronić nas od starego sarkofagu, który grozi zawaleniem. To epicentrum katastrofy, nieruszane od momentu wybuchu. Tak, jak to wtedy wybuchło, tak do dziś tam leży, bo poziom promieniowania był i nadal jest zbyt duży, żeby coś z tym zrobić.

Przez 40 lat to miejsce było tylko przykryte i pilnowane, by radioaktywny pył nie wzbijał się w powietrze. Jeśli zawali się kopuła, która przed tą radioaktywnością chroni, to pył wzbije się w powietrze i dojdzie do wtórnego skażenia radioaktywnego. Jak dużego i czy stanowiącego jakieś zagrożenie, to już osobna kwestia. Uderzenie drona było groźne nie tylko dlatego, że groźna była eksplozja ładunku przenoszonego przez niego, ale przede wszystkim dlatego, że wywołało ono pożar, który objął dużą część pokrywy zewnętrznej.

Trzeba zaznaczyć, że to jest dosyć skomplikowana konstrukcja. To nie jest jakaś blacha falista, usypana na wysokość 110 metrów, jak niektórzy sobie myślą. Ten dach – nazwijmy go tak – ma 9 metrów grubości. Tam jest wiele warstw izolacyjnych. Jedna z nich zaczęła płonąć. Przegrzany metal polany wodą zaczyna momentalnie rdzewieć, co tworzy zagrożenie. Wtedy strażacy przez dwa tygodnie walczyli z ogniem, żeby nie objął całej kopuły. Objął bardzo dużą część, ale nie całą. Udało się ją uratować. To pokazało, jakie ogromne szkody może spowodować jeden mały dron.

 

Nie mam słów! Przecież to podcinanie gałęzi, na której siedzi cała ludzkość!

To prawdopodobnie było przypadkowe uderzenie drona. Te rosyjskie drony często wariują, zaczynają krążyć w kółko i w końcu spadają, kiedy im się paliwo kończy.

 

Dlaczego myślisz, że to było przypadkowe?

Bo Rosjanie są zainteresowani przejęciem tych terenów, a gdyby je skazili radioaktywnie, to sami sobie by narobili problemów i musieliby ponieść wysokie koszty kontaminacji i budowy nowego sarkofagu. Jakiekolwiek uszkodzenia są dla nich niekorzystne, bo wiatr zazwyczaj wieje na wschód, czyli bardziej w kierunku Białorusi i Rosji. Ale – żeby było jasne – nawet przypadkowe uderzenie drona nie usprawiedliwia Rosjan, bo gdyby nie było wojny, drona by nie wysłali. Po co zaczynali wojnę? Po co wysyłali drona przez Czarnobyl? To nie był jedyny dron nad Czarnobylem, one tam latają noc w noc. Jesteśmy tam regularnie i powiem szczerze, że na palcach jednej ręki mogę policzyć noce, kiedy było cicho.

 

Nadal?

Tak. Niczego się nie nauczyli. Dalej jest ryzyko, że któryś zbłądzi, wyskoczy mu błąd, error i poleci nie tam, gdzie trzeba. A sarkofag jest wysoką konstrukcją. Póki wojna trwa, jest ryzyko, że takie sytuacje będą się powtarzać.

Wyjazdów do Czarnobyla z uwagi na wojnę nie możesz już organizować, choć często nadal tam jeździsz, by pomagać samosiołom. Ale organizujesz wyjazdy do Austrii?

Tak, do elektrowni Zwentendorf koło Wiednia, która nigdy nie została otwarta, ponieważ Austriacy strzelili sobie w stopę i w kolano jednocześnie –  najpierw wybudowali elektrownię jądrową, a potem zrobili referendum, z którego wyszło, że nie chcą jej w swoim kraju. Wydali miliardy po to, żeby jej nie uruchomić. Mało tego, różnica głosów wynosiła jeden procent. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zdecydowało, że gotowa elektrownia nie została uruchomiona.

 

To miejsce można zwiedzać?

Tak, bo jest zamienione w muzeum. Trudno się tam dostać, ale można.

 

Byłeś kiedyś w którejś z dwóch słowackich elektrowni?

Nie. Bardzo bym chciał, ale nie wpuszczają do środka. Centrum informacyjne mnie za bardzo nie interesuje, bo tam pewnie opowiadają o tym, jak działa reaktor, a to ja wiem.

 

Jak na koniec naszej rozmowy oceniłbyś przyczyny katastrofy w Czarnobylu?

To był splot różnych wydarzeń. Zwróciłbym uwagę na ogromne ciśnienie władz radzieckich na efektywność. Ten reaktor był wadliwą konstrukcją już na etapie projektowania. Władze chciały mieć tani reaktor jądrowy, więc był najtańszy.

 

Na czym zaoszczędzono?

Żeby wymienić paliwo jądrowe, które nie jest ciekłe, ale w formie stałej, należy wyłączyć reaktor, zdjąć kopułę bezpieczeństwa. Cała operacja trwa co najmniej miesiąc w konstrukcjach typowych. W przypadku reaktora RBMK można to było robić na bieżąco, w czasie pracy reaktora, nie trzeba było go wyłączać. To pozwalało na lepsze wykorzystanie tego paliwa, więc prąd był tańszy.

Ten reaktor nie posiadał kopuły bezpieczeństwa. Gdyby ta kopuła była i byłaby odpowiednio mocna, to skala katastrofy byłaby mniejsza. Tam było bardzo dużo nakładających się na siebie czynników, a pamiętajmy, że to były czasy, kiedy energetyka jądrowa dopiero raczkowała.

Rosjanie przyznali się do błędu w konstrukcji reaktora?

Ten typ reaktorów skończył się w 1986 r. Rosjanie budowali kilka kolejnych reaktorów jądrowych RBMK, ale wszystkie one zostały anulowane i nie uruchomiano już kolejnych. W Ignalińskiej Elektrowni Jądrowej na Litwie miały być cztery reaktory tego typu, zbudowano dwa. Drugi uruchomiono, ponieważ był skończony, ale z trzeciego i czwartego zrezygnowano. Takich przykładów jest mnóstwo. Kurskiej Eletrowni Jądrowej też nie dokończyli, bo miały tam być reaktory RBMK.

 

Czyli zdawali sobie sprawę z wadliwości reaktora?

Po katastrofie okazało się, że Rosjanie zdawali sobie z tego sprawę, ale co z tego? Bardzo szybko odbył się proces i winę zwalono na operatorów. Dopiero po upadku Związku Radzieckiego wyszły na jaw dokumenty, z których wynikało, że reaktory były wadliwe i że one były głównym czynnikiem katastrofy. Ale zatajono to. Gdyby operatorzy zdawali sobie sprawę z wadliwości reaktora, to można by było zapobiec katastrofie.

Małgorzata Wojcieszyńska
Zdjęcia: archiwum Krystiana Machnika

MP 6/2026

Zainteresowanych działalnością Krystiana Machnika odsyłamy też na stronę www.napromieniowani.pl