Kochani,
czerwiec to okres wytężonej pracy, który od zawsze kojarzył się z klasówami i sprawdzianami. Mnie, starego, już to na szczęście nie dotyczy, ale czasami wracam wspomnieniami do szkolnych lat, a ostatnio zastanawiałem się nawet nad wprowadzonymi niedawno nowymi zasadami polskiej pisowni.
LISTY DO W.
Dziwna sprawa, kiedy z dnia na dzień przestaje obowiązywać to, co do tej pory uchodziło za żelazną regułę. Chciałem ten temat rozwinąć: najpierw ponarzekać nad losem biednych uczniów, którzy dostają dziś pały, kiedy napiszą tak, jak tego wymagano jeszcze kilka miesięcy temu, a potem pobiadolić nad daremnością inwestycji w stojące przede mną słowniki.
Doszedłem jednak do wniosku, że byłaby to czysta obłuda, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, skoro od dziesiątków lat korzystam z komputerowych edytorów tekstu, które same wyłapują byki i wskazują poprawną pisownię. Z typowym dla starców cynizmem mógłbym więc powiedzieć: Niech językoznawcy, skoro już muszą, dalej wypełniają swój czas obmyślaniem nowych reguł. W końcu ktoś wszystkie te zmiany wprowadzi do edytorów, zaś maszyna dalej będzie robiła za nas, tak jak do tej pory. A młodzi i młode niech się męczą! Lepsze to od gapienia się w smartfony.
I już miałem cały tekst skasować, kiedy zadałem sobie pytanie, ile zasad, którymi się na co dzień kierujemy, ile „powszechnie akceptowanych prawd” powstało w przeszłości w taki, jak reguły pisowni, albo podobny sposób?
Weźmy zasadę prawostronnego ruchu drogowego. Ktoś ją wymyślił, bo sądził, że z jakiegoś powodu tak będzie lepiej. A ponieważ miał władzę albo koneksje, udało mu się tę myśl wdrożyć. Ludzie przyzwyczajeni do ruchu lewostronnego, oczywiście, szemrali, ale w końcu ustąpili, bo cóż mogli innego zrobić.
Mijały lata, doszło do wymiany kilku pokoleń i teraz niejeden uważa, że „tak było od zawsze”, a przynajmniej, że to jedyna rozsądna możliwość. I patrzy z politowaniem na kraje, gdzie uchował się ruch lewostronny. No i mamy jeszcze cały szereg innych wymyślonych reguł tego typu, które tworzą system, zwany prawem, umożliwiający zgodne współżycie obywateli w ramach społeczeństw.
Jednakże nie tylko o sprawy organizacji i porządku chodziło. Bywało, że ktoś w jakimś szczególnym stanie ducha doznał niezwykłego przeżycia, jakiejś zdumiewającej wizji, a opowiadając o tym, tak zadziwił bądź przeraził swoje otoczenie, że ludzie sami zaczęli tę historię dalej przekazywać… Znowu musiało upłynąć wiele lat, w przebiegu których te objawienia pozlewały się z wątkami jeszcze starszych mitów i legend, ktoś tam po drodze coś dodał i wygładził i oto powstały – drogą ewolucji – nowe wierzenia, a potem religia.
Znamy jednak przykłady, kiedy całe ludy przyjmowały od razu gotową religię w miejsce poprzedniej. Inna sprawa, że rzadko działo się to dobrowolnie.
Religia potrzebna jest ludziom jako środek formujący wspólnotę, jako emocjonalne wsparcie, sposób na okiełznanie egzystencjalnej pustki i zbiór drogowskazów moralnych. Rzecz jasna, jest sporo ludzi, którzy obchodzą się bez religii, czerpiąc wyżej wymienione korzyści z innych źródeł. Żadne jednak nie obejmuje ich w całości ani nie daje odpowiedzi na nurtujące nas pytania w sposób tak prosty i jednoznaczny. Dlatego każda religia ma tylu obrońców, dlatego wierni tak źle tolerują jakiekolwiek zmiany w jej zakresie.
Na szczęście interwał tych zmian mierzy się w wiekach, a nawet tysiącleciach. Piszę „na szczęście”, bo zachowała się pamięć zbrojnych starć starych i nowych religii, jak na przykład wyznawców Baala i Jahwe. Albo jak znane jako „reakcja pogańska” krwawe powstanie chłopskie na ziemiach polskich po 1030 r. w obronie starej wiary – w odpowiedzi na wprowadzane przez elity chrześcijaństwo.
Moi kochani, myślę, że zmiana zasad pisowni, od której zaczęliśmy, nie wyjdzie nam na złe. Dostarcza bowiem prostego modelu, który umożliwia prześledzić i zrozumieć sprawy znacznie trudniejsze do ogarnięcia. A zrozumieć, to już naprawdę bardzo dużo.
Zaś póki co… „Już za parę dni…”
Znad sterty słowników pozdrawia Dziadek
MP 6/2026





