W ostatnim czasie głośno było o zespole Riverside. Ten czołowy przedstawiciel progresywnego grania w Polsce był jednocześnie jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich muzycznych marek na świecie, regularnie koncertując po całym globie.
CZUŁYM UCHEM
To kolejny przykład sytuacji, w której polski artysta świetnie odnajduje się w gatunkowej niszy, zdobywa globalne uznanie, będąc jednocześnie zignorowanym przez polski mainstream, a tym samym nie istnieje w świadomości zwykłego zjadacza chleba.
Piszę “był”, ponieważ wszystko wskazuje na to, że po dwudziestu pięciu latach działalności zespół właśnie się rozpadł w atmosferze ciężkich emocji, co odbiło się szerokim echem w polskim muzycznym świecie i zainspirowało powstanie tego artykułu.
Grupa Riverside została założona w Warszawie w 2001 r. przez perkusistę Piotra Kozieradzkiego, gitarzystę Piotra Grudzińskiego i klawiszowca Jacka Mielnickiego. Wkrótce dołącza do nich Mariusz Duda, wokalista, basista, kompozytor oraz autor tekstów, który nadał zespołowi kierunek, a Michał Łapaj przejął rolę klawiszowca, zastępując Mielnickiego.
Pierwszy album, zatytułowany Out Of Myself, został wydany własnym nakładem i zwrócił uwagę środowiska muzycznego w Polsce oraz mediów, stając się też zalążkiem bardzo silnej fanbazy. Dodatkowo zespół zaliczył kilka koncertów w Europie, co zaowocowało kontraktem z niemiecką wytwórnią Inside Out oraz zaliczką na następny album Second Live Syndrom, wydany w 2005 r.
Wydawca dał zespołowi wolną rękę, a nawet proponował samego Stevena Wilsona na post producenta, z czego zespół zrezygnował, bojąc się, że tak wielkie nazwisko zbyt mocno wpłynie na brzmienie płyty. Mimo to płyta zebrała jeszcze lepsze recenzje od debiutu. Trzeci album – Rapid Eye Movement – ukazał się w 2007 r. i stał się przepustką do światowej sławy.
Krążek nagrywany był pod ogromną presją. Zobowiązania koncertowe oraz zaproszenie do wspólnej trasy od Dream Theater napinało harmonogram do granic. Zespół i tym razem wywiązał się ze wszystkich obowiązków, nie był jednak w stu procentach zadowolony z muzyki przedstawionej na płycie, co odzwierciedlały również mieszane recenzje. Przede wszystkim zarzucano Riverside brak świeżości, zaznaczając jednocześnie, że zespół jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Ponieważ dotrzymano dwuletniego interwału pomiędzy kolejnymi krążkami, album Anno Domini High Definition ukazał się w 2009 r. Tym razem zespół zawiesił działalność koncertową na czas tworzenia albumu. Ten przełomowy dla zespołu materiał zawiera jedynie pięć kompozycji i trwa niecałe trzy kwadranse, ale swoją intensywnością aż onieśmiela.
Album otwiera Hyperactive – klawiszowe intro zbija z tropu i usypia czujność, by po chwili ustąpić miejsca rozpędzonym riffom, od razu wiadomo, że Riverside jeńców brać nie będzie. Słychać niezwykłą staranność w doborze brzmień i aranżacyjny kunszt. Driven to Destruction przejmuje napięcie, ale raz po raz to słabnie, to wybucha fantastycznymi, trochę orientalizującymi instrumentalnymi tyradami.
Egoist Hedonist raz pulsuje, raz szarpie, raz niepokoi, trochę głaszcze. Wyszukane syntezatorowe brzmienia dopełniają rozedrgane instrumenty, jest w tym pewien rodzaj nerwu i znów te niejednoznaczne lekko orientalne frazy, ileż się tu dzieje!
Left Out zaczyna się spokojnie, delikatny śpiew Dudy i rewelacyjnie prowadzona partia basu oraz czuła gra na gitarze Piotra Grudzińskiego dają odrobinę wytchnienia, choć ta rozmarzona ballada z czasem rośnie w siłę i rozkręca się w iście floydowskim stylu do pokręconego rytmicznie finału. Świetne Hammondy! Album kończy mocny, intensywny i niepokojący Hybrid Times. Polecam!
Łukasz Cupał





