Leżałam nad morzem i patrzyłam na fale. Tak po prostu. Bez wielkich myśli, bez planu. Woda ciągnęła się po horyzont, niebo było błękitne, a powietrze otulało ciepłem. W tle szum fal mieszał się z odgłosami mew, tworząc znajomy, nadmorski rytm: fala przychodzi, rozlewa się po piasku, na chwilę zostaje i wraca.
Morze ma w sobie coś uspokajającego. Może dlatego, że jest większe od naszych codziennych spraw. Człowiek patrzy przed siebie i nagle okazuje się, że wiadomości i sprawy, które jeszcze godzinę temu wydawały się ważne, tracą swoją wagę, jakby morze zabierało je ze sobą wraz z każdą kolejną falą.
I wtedy pomyślałam, że dla kogoś to samo morze nie było tylko widokiem, ale drogą. Mowa o Bartłomieju Kubkowskim, który na przełomie lipca i sierpnia br. dokonał czegoś, co brzmi trochę jak historia wymyślona na potrzeby filmu. Polski pływak długodystansowy jako pierwszy w historii przepłynął wpław całe Morze Bałtyckie ze Szwecji do Polski.

Pokonał 160 km wpław ze szwedzkiej miejscowości Kaseberg do polskiego Dziwnowa, spędzając w wodzie 55 godzin bez snu i bez fizycznego kontaktu z łodzią asekuracyjną. Bartłomiej spędził ponad dwie doby w wodach Bałtyku, które potrafią być zimne, zmienne, nieprzewidywalne. Na trasie walczył z prądami, falami, temperaturą i zmęczeniem. A co ciekawe, nie była to jego pierwsza próba. Wcześniej próbował cztery razy.
Raz zatrzymały go silne prądy, innym razem stracił świadomość zaledwie 11 km przed metą. Piąta próba w końcu doprowadziła go na drugi brzeg. Swoje osiągniecie dedykował podopiecznym Fundacji Cancer Fighters – ludziom, którzy każdego dnia mierzą się z chorobą nowotworową. Wyczyn ten bowiem połączono ze zbiórką pieniędzy na rzecz wspomnianej Fundacji.
Tym razem, będąc na wakacjach i patrząc na morze, pomyślałam o tym, jak różne może być to samo miejsce dla różnych ludzi. Dla mnie ciepły dzień urlopu, piasek pod stopami i fale, na które można patrzeć bez końca. Dla Kubkowskiego 160 km, 55 h i granica własnych możliwości, a dla kogoś jeszcze innego nadzieja, że czyjś wysiłek pomoże przejść przez własną, znacznie trudniejszą drogę. Wrzesień chyba dobrze nadaje się do takich przemyśleń.
Lato powoli odsuwa się od brzegu. Dni robią się krótsze, wieczory chłodniejsze, a my zaczynamy wracać do swoich zwyczajnych rytmów, obowiązków i planów. Wracamy z urlopów do pracy, z beztroski do kalendarzy pełnych spraw.

Zazwyczaj znad morza przywożę bursztyny. Tym razem przywiozłam świadomość, że czasem nie trzeba od razu widzieć drugiego brzegu. Niekiedy wystarczy wiedzieć, dokąd chce się dopłynąć i nie zrezygnować. Nie każda próba kończy się sukcesem, ale każda może przybliżyć do celu. A czasem po prostu wystarczy przez chwilę popatrzeć na wodę i przypomnieć sobie, że świat jest znacznie większy niż lista rzeczy, które mamy dziś do zrobienia.
Magdalena Zawistowska-Olszewska





