O Polakach w szeregach Filharmonii Słowackiej dowiedziałam się od Ewalda Danela, szefa Słowackiej Orkiestry Kameralnej. Z ciekawością udałam się na spotkanie z utalentowaną parą, o której na Słowacji (i nie tylko) ostatnimi czasy coraz głośniej. Jak to się stało, że Ewa i Kamil Barciokowie zostali muzykami Filharmonii Słowackiej? Jak wygląda życie wiolonczelistki i trębacza, których drogi przeplotły się na obczyźnie?
WYWIAD MIESIĄCA
Dlaczego Bratysława?
Ewa Barciok: Pracuję w Bratysławie już trzy lata, z czego się bardzo cieszę. Wcześniej pracowałam w Ostrawie. Całkiem przypadkiem odkryłam, że został ogłoszony konkurs na wiolonczelę do Filharmonii Słowackiej, co mnie zaciekawiło, więc postanowiłam, że spróbuję swoich sił i udało się! Potem został ogłoszony konkurs na trąbkę i tak się stało, że jesteśmy tu razem.
Ewa przetarła szlaki, by mąż mógł przyjechać na gotowe? (śmiech)
Kamil Barciok: No nie tak całkiem na gotowe, potem trzeba było coś z tego „ugotować“ (śmiech). Ale to prawda, najpierw – trzy lata temu – przyjechała tu moja żona, ja tu jestem od dwóch lat. Rok dojeżdżałem z Ostrawy do Bratysławy na widzenia z żoną (śmiech), więc po roku tułaczki wygrałem konkurs na pierwszego trębacza i możemy razem pracować w jednej orkiestrze.
Ile takich wspólnych orkiestr już zaliczyliście?
E: Takie profesjonalne orkiestry, w których jesteśmy zatrudnieni na stałe, na etat – dwie: w Ostrawie i Bratysławie. Obie to są orkiestry filharmonii.
Gdzie lepiej?
K: Oczywiście w Bratysławie!
Dlaczego?
K: To jest stolica, dużo większe możliwości, piękniejsze miasto, wspaniali ludzie. Podoba nam się tutaj.
Co było największym wyzwaniem po przyjeździe do Bratysławy?
E: Przestawienie się na język słowacki. Znaliśmy trochę czeski. Kombinacja języków: czeskiego, polskiego i słowackiego, to duże wyzwanie. Do dziś mieszam te języki, często wplatam jakieś czeskie słowa, nie zdając sobie sprawy, że nie funkcjonują ono w języku słowackim. Ale muszę przyznać, że dosyć dobrze odnaleźliśmy się w środowisku.
K: Jeśli chodzi o stronę muzyczną to był to skok na głęboką wodę, ponieważ repertuar Filharmonii Słowackiej jest dużo bardziej wymagający. Tu są w repertuarze dzieła, którym trębacz musi poświęcić wiele godzin ćwiczeń. Jest dużo solówek z repertuaru orkiestrowego, których się uczyłem na studiach i dopiero teraz mogę to w pełni wykorzystywać. Jeśli chodzi o stronę życiową, wyzwaniem było to, że po przeprowadzce znowu trzeba było zaczynać od początku: szukać mieszkania, załatwiać formalności, zaczynać wszystko do zera.
Skąd pochodzicie z Polski i jak to się stało, że Waszym przystankiem w drodze do Bratysławy stała się Ostrawa?
E: Pochodzę z pięknego miasta, z Torunia, do którego chętnie wracam. Tęskno mi za nim. Pierwszy konkurs do profesjonalnej orkiestry, do którego podchodziłam zaraz po zdaniu mojego recitalu magisterskiego na Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu i w ogóle pierwszy profesjonalny konkurs, to był ten do filharmonii w Ostrawie.
Nasłuchałam się opowieści różnych muzyków, że wielu z nich podchodziło do 20 konkursów, a może i więcej, zanim przed nimi otworzyły się drzwi i gdzieś się dostali. Nie miałam więc wielkich oczekiwań, kiedy startowałam do Ostrawy, ale jakoś tak się stało, że udało mi się dostać tę posadę. Był to sezon artystyczny 2019/2020. Niedługo potem zaczęła się pandemia COVID. Byłam bardzo szczęśliwa, że miałam pracę na pełen etat. To spowodowało, że w Ostrawie zostaliśmy dłużej.
K: A ja jestem właśnie jedną z tych osób, które wiele razy podchodziły do konkursów, ale na szczęście zaraz po studiach na Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach udało mi się zdobyć ciekawe miejsca pracy. Najpierw w Sinfonia Iuventus w Warszawie, potem w operze we Wrocławiu, następna była filharmonia w Ostrawie a teraz w Bratysławie. Pochodzę z Jastrzębia Zdroju, śląskiego miasteczka.
Poznaliście się w Ostrawie. Prześliczna wiolonczelistka, mówiąc słowami piosenki z repertuaru zespołu Skaldowie, od razu wpadła Ci w oko?
K: Tak, prześliczna wiolonczelistka szła na salę prób, ale dopiero po dwóch dniach się poznaliśmy. To były wielkie obawy – wiadomo! Trzeba było podjąć kroki, by się poznać (śmiech).
E: Pamiętam Kamila z pierwszej próby. Wiedziałam, że w orkiestrze jest Polak, trębacz, więc wypatrywałam, który to. Przez kilka dni nie rozmawialiśmy ze sobą. Do pierwszej rozmowy doszło podczas obiadu, na który poszliśmy razem z innymi Polakami, pracującymi w filharmonii w Ostrawie. Trochę mnie zaskoczył, kiedy powiedział zaraz po obiedzie, że się bardzo spieszy, ponieważ musi odpocząć przed dalszą częścią próby (śmiech).
W Ostrawie pracuje więcej Polaków? W Bratysławie chyba jesteście jedynymi Polakami?
E: W Ostrawie swego czasu było wielu Polaków, ponieważ Ostrawa jest położona zaledwie 15 minut od polskiej granicy i sporo osób dojeżdżało ze Śląska. A tu, w filharmonii, aktualnie jesteśmy sami.
Wybierając instrument, na którym każde z Was gra, z pewnością kierowaliście się swoimi upodobaniami muzycznymi, ale czy lubicie dźwięk instrumentu, na którym gra małżonek czy małżonka?
E: Uwielbiam dźwięk trąbki! Zawsze lubiłam. Czasami zazdroszczę Kamilowi, bo trąbka ma taką specyfikę, że zawsze jest słyszalna w orkiestrze, a wiolonczela tylko momentami. Trąbka jest ponad innymi instrumentami.
K: Muszę powiedzieć szczerze, że trąbka to najpiękniejszy instrument na świecie (śmiech). A po niej wiolonczela. Tak, bardzo lubię dźwięk wiolonczeli, na której moja żona pięknie gra. Ewa jest wspaniałą wiolonczelistką. Gdyby źle grała, to bym nie lubił wiolonczeli, ale zakochałem się w dźwiękach gry mojej żony.
Do tego stopnia, że nosisz wiolonczelę żonie?
K: Zdarza się, że tak (śmiech).
Zamieniacie się instrumentami?
E: Nie, ze względu na to, że Kamil zazwyczaj nosi w futerale kilka różnych trąbek, to jego zestaw – mimo że mniejszy, jest cięższy. Zdarza się, że nosi i wiolonczelę, i trąbkę.
W podróży wiolonczela musi mieć swoje miejsce w samolocie?
E: Niestety tak. Trzeba kupić ekstra miejsce dla wiolonczeli.
K: Powinnaś dostać podwójną porcję jedzenia w samolocie! (śmiech)
Gdzie już koncertowaliście razem z Filharmonią Słowacką?
E: Ja byłam w Korei Południowej – już po raz drugi, bo wcześniej koncertowaliśmy tam z Filharmonią Ostrawską. Teraz w czerwcu byliśmy na tournée w Japonii, wcześniej w Hiszpanii, w Niemczech, Szwajcarii, Włoszech. Dużo podróżujemy.
Żyć nie umierać! Przeciętny śmiertelnik może pomyśleć, że to życie usłane różami.
K: No bo to jest życie usłane różami! (śmiech)
Ile czasu musicie ćwiczyć i czy nie przeszkadzacie sobie nawzajem?
E: Ja ćwiczę często w domu, bo dźwięk wiolonczeli jest na tyle cichy, że nie przeszkadza sąsiadom, natomiast Kamil zawsze ćwiczy w filharmonii. Nie wchodzimy sobie w drogę, a jeśli ćwiczymy oboje w filharmonii, to ja ćwiczę w swojej garderobie, a w Kamil w swojej. Trudno jest konkretnie odpowiedzieć na pytanie, ile godzin dziennie ćwiczymy, zdarza się, że wiele, czasem trochę mniej, zależnie od tego, jak wymagający repertuar przygotowujemy. Ćwiczymy tyle, ile trzeba, do skutku.
Kamil, Ty bierzesz udział także w innym projekcie muzycznym. Jakim?
Zajmujecie się też działalnością pedagogiczną?
K: Uczę w szkole muzycznej przy ul. Hálkovej w bratysławskiej dzielnicy Nové mesto. Obecnie mam pięciu uczniów, z czego czterech uczę gry na trąbce, a jednego – na flecie prostym.
E: Aktualnie nie uczę nigdzie. Uczyłam przez ostatnie cztery lata na uniwersytecie ostrawskim w ramach studiów doktoranckich. Aktualnie jestem po praktycznej części obrony, czyli po doktorskim recitalu absolwenckim, a teraz czekam już tylko na obronę pracy doktorskiej. Mam cichą nadzieję, że będę miała okazję uczyć, ale już w Bratysławie, bo dojeżdżanie do Ostrawy było bardzo męczące.
Jak Was przyjęła Bratysława i tutejsi filharmonicy?
E: Bardzo, bardzo ciepło. Ja zostałam przyjęta przez grupę wiolonczelistów wręcz rodzinne, dzięki czemu bardzo dobrze odnalazłam się wśród nich. Otrzymaliśmy dużo wsparcia, szczególnie na początku, kiedy trzeba było załatwiać wszystkie sprawy związane z podjęciem pracy w nowym kraju.
K: Potwierdzam. Także trębacze są pomocni i wspierający. Nadajemy na tych samych falach.
Coraz więcej słyszymy o Waszej działalności – pojawiacie się jako goście muzyczni na wydarzeniach w Instytucie Polskim czy na zaproszenie ambasady. Jak to się stało, że do tej pory o Was nie słyszeliśmy?
E: Sama nie wiem (śmiech).
K: Ukrywaliśmy się (śmiech). Tyle razy przechodziliśmy obok Instytutu, ale baliśmy się wejść (śmiech).
Witajcie wśród nas! Co w wolnym czasie robią muzycy?
E: W wolnym czasie lubimy tańczyć; rok temu zaczęliśmy chodzić na kurs tańca towarzyskiego. Niestety, ze względu na pracę i trasy koncertowe zdarza się, że musimy opuścić zajęcia, ale mam nadzieję, że mimo to będziemy kontynuować naukę.
K: Lubię sobie podłubać, pomajsterkować czy odrestaurowywać stare meble.
Jakie są efekty tego majsterkowania?
K: Odrestaurowałem starą komodę i szafę.
Ale muzyk chyba musi szczególnie uważać i dbać o dłonie?
K: Muzyk w ogóle nic nie powinien robić, bo zawsze jest ryzyko kontuzji.
Największe wyzwanie dla kobiety wiolonczelistki?
E: Noszenie instrumentu.
Od tego masz męża (śmiech)!
E: No tak, ale nie zawsze jest ze mną. Jak go nie ma to muszę nosić wiolonczelę sama, a to jest wyzwanie, kiedy na koncert trzeba wziąć i instrument, i suknię koncertową, i kosmetyczkę, i buty na obcasie.
Wiolonczelistka musi mieć suknię o odpowiednim kroju, by czuć się swobodnie na scenie, prawda?
E: Tak. Niestety bardzo trudno jest kupić suknię koncertową dla wiolonczelistki, ponieważ musi to być suknia długa do ziemi, od pasa rozszerzana i to dosyć mocno.
Podejrzewam, że jak masz wyjścia prywatne, to kochasz wąskie sukienki?
E: Tak i w końcu mogę ubrać suknie krótsze.
Czego Wam życzyć?
E: Powodzenia w muzyce, żeby cały czas się tak ciekawie wiodło, jak do tej pory.
Tego wam życzę! Na które koncerty z Waszym udziałem chcielibyście zwrócić uwagę?
K: Mogę serdecznie zaprosić na koncert w ramach festiwalu BHS (Bratislavské hudobné slávnosti) do Reduty na 9 października. Mam zaszczyt wystąpić ze wspaniałym organistą – solistą Karolem Mossakowskim. Urozmaicę jego recital – w jednym utworze wystąpimy wspólnie, zagramy koncert na trąbkę i organy słowackiego kompozytora Ilji Zeljenki.
Małgorzata Wojcieszyńska
Zdjęcia: Małgorzata Wojcieszyńska, Alexander Triluzjak, archiwum Ewy i Kamila Barcioków
MP 10/2026








