Cyniczny klasyk z Wrocławia

Nie należę do tych, którzy potrzebują, aby książka czy film miały szczęśliwe zakończenie, bo w przeciwnym razie nie warto poświęcać im czasu. Nie potrzebuję też krystalicznie czystych postaci, dobrych i niestrudzonych, altruistycznie poszukujących właściwych rozwiązań. Czasami atrakcyjniejsze bywa to, co jest nam tak po ludzku bliższe i pomaga przejrzeć się niczym w lustrze – w końcu kto z nas jest bez winy?

 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI 

Chętnie kibicujemy postaciom z krwi i kości, nawet jeśli niektóre z ich cech czy metod nas odpychają. Doskonałym przykładem jest Eberhard Mock, fikcyjny komisarz kryminalny wrocławskiej policji i jeden z dwóch głównych bohaterów wrocławskiego pisarza Marka Krajewskiego.

Nie pamiętam już, jak natknąłem się na jego twórczość, ale była to miłość od pierwszej chwili. Z radością podzieliłem się nią z moimi przyjaciółmi (kilka książek Krajewskiego ukazało się również po słowacku). Jednym z powodów takiego stanu rzeczy może być doskonała znajomość topografii opisywanych przez Krajewskiego miejsc i ich atrakcyjność (zwłaszcza Wrocławia i Lwowa).

Drugim są siła i charakter dwójki głównych bohaterów, Edwarda Popielskiego we Lwowie i Mocka we Wrocławiu. Autor spotyka ich w różnych okresach – nie pisze swoich powieści linearnie, więc raz mamy do czynienia z Mockiem jako komisarzem kryminalnym, a innym razem jako początkującym policjantem, raz spotykamy się przed I wojną światową, innym razem w dwudziestoleciu międzywojennym, a jeszcze innym po wojnie. Krajewski wraca do niektórych postaci wielokrotnie, opatruje je przypisami, a jego cykle stają się w ten sposób studiami skomplikowanych, pełnych sprzeczności osobowości.

Istotny wpływ na twórczość Krajewskiego wywiera z pewnością jego wykształcenie – studiował bowiem filologię klasyczną, co wpływa na jego bohaterów, którzy również są znakomicie wykształceni, regularnie sięgają po różne klasyczne sentencje, a łacińskie czy greckie terminy odgrywają często istotną rolę w rozwoju fabuły.

Polemizowałbym nieco z określeniem „autor powieści kryminalnych”, za pomocą którego czasami opisuje się Krajewskiego. Oczywiście, w jego twórczości rozwiązujemy wraz z głównym bohaterem zagadki kryminalne, ale o wiele ważniejsze jest zgłębianie osobowości bohaterów, śledzenie ich rozwoju oraz niezwykle trafne opisy epoki (w tym opisy posiłków, które często sprawiają, że czytelnikowi cieknie ślinka) i jej konfliktów.

Najnowsza książka Krajewskiego – „Droga krwi” (2026) – łączy cykle w podobny sposób jak „Głowa Minotaura” (2009). W tej starszej przeplatają się losy Mocka z Popielskim, nowa zaś otwiera zupełnie nowy cykl z nową topografią – Krajewski przenosi się do Wałbrzycha. Choć Mock pojawia się w nowej książce i odgrywa w niej ważną rolę, to głównym bohaterem jest lekarz praktykant Herbert Anwaldt – postać znana z dwóch starszych powieści.

Herbert przybywa do Wałbrzycha, gdzie rozpoczyna staż w miejscowym szpitalu. W mieście dzieją się jednak bardzo dziwne rzeczy, związane z przemytem i grupą niebezpiecznych więźniarek na wolności. Herbert, jak można się było spodziewać, wplątuje się w tę sprawę, co go drogo kosztuje.

Odkrycie dalszego biegu fabuły pozostawiam już czytelnikowi, ale chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę na postać Herberta Anwaldta, wokół którego autor buduje nowy cykl (przyznaje się do tego w posłowiu). To młody lekarz o niejasnej przeszłości, który wpada w kołowrót zdarzeń i który wyraźnie ma przed sobą bogatą i skomplikowaną przyszłość (a ponieważ Krajewski lubi cofać się w czasie, to samo dotyczy przeszłości).

Na szczęście dla czytelników, Krajewski jest niezwykle płodny (wprawdzie nie tak jak Mróz, ale jednak) i co roku wydaje nowe historie. Po smakołyku z Wałbrzycha mam ochotę wrócić do jego starszych powieści i je sobie odświeżyć. Krajewski bywa brutalny i cyniczny, ale pisze wspaniale i gorąco polecam go każdemu.

Marián Hamada

MP 10/2026