i o babci, z którą się zestarzałem
Moi Kochani,
zacznijmy dziś od małego ćwiczenia wyobraźni. Każde z Was ma mamusię i tatusia, to jasne. A ponieważ Wasi rodzice też mieli mamusię i tatusia, macie dwóch dziadków i dwie babcie. Także każdy Wasz dziadek i każda babcia mieli – dobrze dedukujecie! – rodziców (Waszych pradziadków i prababcie), więc to daje, jak jeszcze łatwo zliczyć, czterech pradziadków i cztery prababcie. Nadążacie?
LISTY DO W.
I potraficie sobie wyobrazić, że wszyscy oni zeszli się w jednym mieszkaniu, na przykład z okazji świąt Bożego Narodzenia? A co by było, gdyby jeszcze tam się zjawili rodzice Waszych prababć i pradziadków? To już wygląda na niemożliwy tłok i samemu zaczyna mi się od tego kręcić w głowie. Spróbujcie wziąć kartkę papieru i narysować drzewo genealogiczne przodków (żeńskich jako kółka, a męskich jako kwadraciki). Przypuszczam, że zanim Wam się uda dojść do czwartego pokolenia, kilka arkuszy pójdzie na straty.
Ci z Was, którzy mieli w szkole już biologię, wiedzą, że dzieci dziedziczą po swoich rodzicach dzięki genom takie cechy, jak budowa ciała, kolor oczu i włosów, ale też temperament i zdolności. A ponieważ rodzice odziedziczyli wszystkie te cechy po swoich rodzicach, a oni z kolei po swoich itd., itd., można się domyślić, że każde z nas jest mozaiką cech całej rzeszy naszych przodków.
Co więcej, okazuje się, że za pośrednictwem genów uzyskujemy również gotowe wzorce zachowania, czyli instynkty, o których już dość dużo mówiliśmy i do których jeszcze wrócimy. Na tle różnorodności innych dziedziczonych cech instynkty wykazują jednak w ramach gatunku względną stałość.
Moi kochani, zaczynamy się zbliżać do odpowiedzi na pytanie, które postawiłem w swoim pierwszym liście do Was: skąd się bierze pragnienie posiadania dziecka? Tak, również ono jest zakodowane w naszych genach i zaczyna się w pełni ujawniać za pomocą specyficznego instynktu w wieku dojrzewania. Warunkiem jego spełnienia jest tworzenie przez przyszłych rodziców par, ich fizyczna miłość i zachowanie opiekuńcze. To jednak nie wystarcza, by dzieci wychować.
Każde z rodziców musi wykazać się cechami charakteru, warunkującymi długotrwałe utrzymanie związku po to, by urodzone w nim dzieci wychować na zasadzie osobistego przykładu na uczciwych, odpowiedzialnych ludzi, by zapewnić im najlepsze możliwe wykształcenie, a to wszystko w warunkach zapewniających poczucie bezpieczeństwa i stabilności.
To wcale nie jest sprawa oczywista. W czasach mojej młodości dochodziło nierzadko do zawierania małżeństw przez osoby bardzo młode, emocjonalnie jeszcze niedojrzałe, w wyniku czego mnożyły się rozwody, a te z kolei rujnowały klimat potrzebny do wychowania dzieci. Dzisiaj na założenie rodziny decydują się większością ludzie dojrzali, jednak częste są u nich wolne, mniej stabilne związki już jakby od początku kalkulujące z rozpadem.
No i obecnie preferowane wartości – szczególnie dążenie do wysokiego standardu materialnego – bywają związane z intensywną pracą zawodową obojga rodziców, która pochłania większość ich czasu, a to też może niekorzystnie odbijać się na procesie wychowawczym. Cóż, czasem trzeba powściągnąć inne ambicje wobec obowiązków, jakie wzięliśmy na siebie, decydując się na dziecko!
Moi kochani, kiedy poznałem Waszą babkę, powtarzałem, że to właśnie z nią pragnąłbym się zestarzeć. Takie tam ględzenie zakochanego barana. Dziś, patrząc na młodo wyglądającą staruszkę, kiedy krząta się w kuchni albo z okularami na nosie czyta książkę, mam przed oczyma pasmo nieraz bardzo trudnych chwil i trochę się dziwię, że to gdzieś wyczytane przeze mnie patetyczne zdanie o wspólnym zestarzeniu się nabrało realnych kształtów i nasze małżeństwo przetrwało wszystkie te burze.
Kochane mikrusy, nikt Wam nie obiecuje, że będzie łatwo. Ale niech babki i mój przykład stanie się dla Was dowodem, że wytrwać przez całe życie u boku jednego partnera, choćby tylko po to, by móc się na starość wspólnie nacieszyć gromadką wnuków, jest rzeczą do zrobienia.
Dziadek
MP 10/2026





