Taniec przy ognisku i kiełbaskowe eldorado w Tatrach

Myśleliście, że Tatry są tylko w Polsce? Ja też tak myślałem! Po trzech fantastycznych tygodniach odkrywania uroków Słowacji moja Pani przygotowała dla nas prawdziwy wielki finał. Ruszyliśmy prosto w góry, w okolice przepięknej Liptowskiej Mary, gdzie mieliśmy odebrać z obozu artystycznego Benia. Oczywiście jechał z nami Hubert. Nie mogło być inaczej, przecież Hubert to stary wyjadacz – spędził na takich obozach mnóstwo czasu, a teraz jest już na nie za dorosły, więc przyjechał ze mną i z mamą w roli eksperta i wsparcia. A ja? Miałem być tylko puszystym pasażerem, a zostałem… międzynarodową gwiazdą estrady i koneserem słowackich pyszności.

 HERO NERO 

 

Czyje to Tatry?

Ludzie mówią na to Słowacja, a dla mnie ten górski finał naszych trzech tygodni to był po prostu potężny zielony raj. Gdy wysiadłem z auta, mój nos oszalał z radości. Co za przestrzeń! Tyle lasów do wywąchania, wielkie polany do biegania i te gigantyczne góry w tle – identyczne jak nasze, a jednak pachnące jakoś tak… zagranicznie. Całe dnie mógłbym spacerować z Pańcią, podziwiać widoki i udawać, że jestem dumnym królem gór i przestrzeni. W końcu przecież z gór się wywodzę. Jednak prawdziwa przygoda czekała na mnie w Liptowskim Mikulaszu.

 

Wernisaż, czyli kto tu jest prawdziwym dziełem sztuki?

Benio i inne dzieciaki przez tydzień tworzyli obrazy i malowali koszulki. W weekend odbył się wielki wernisaż podsumowujący cały obóz. Przyszło mnóstwo ważnych gości w eleganckich butach (świetnie się je obwąchiwało!). Oficjalnie to dzieci i ich dzieła miały być w centrum uwagi. Ale – umówmy się – kiedy na salę wkracza 57 kilogramów żywego, berneńskiego uroku, uwaga publiczności drastycznie się przesuwa. Wystarczyło jedno machnięcie mojego puszystego ogona, a cała dziecięca publiczność rzuciła się do głaskania. Stałem się żywym eksponatem, a Benio chyba nie miał mi za złe, że skradłem mu show!

 

Ela i ogniskowe eldorado

Prawdziwe szaleństwo zaczęło się jednak wieczorem, na terenie ośrodka obozowiczów, gdzie rozpalili ognisko. I wiecie co? Słowackie kiełbaski i chlebek prosto z kijka smakują nieziemsko! Moje małe fanki i fani zadbali o to, żebym nie chodził głodny. Przysmaki wręcz same wpadały mi do pyszczka.

Wśród tego całego tłumu poznałem Elżbietkę. Ta dziewczynka miała w sobie to coś! Zupełnie nie robiły na niej wrażenia moje gabaryty. Brała moją smycz i dumnie prowadzała mnie na przechadzki, a ja – wielki Nero – słuchałem się jej jak zaczarowany. Dorośli też pożyczali mnie na spacery, ale to z Elą bawiłem się najlepiej.

W przypływie miłości postanowiłem wycałować ją po szyi i uszach. Śmiała się wniebogłosy! W pewnym momencie oparłem moje wielkie, przednie łapy na jej ramionach. Dorośli zamarli, moja Pańcia aż wstrzymała oddech i bacznie nas pilnowała, żeby moje czułości nie były zbyt wylewne, ale Ela tylko się roześmiała. Ludzie dookoła zaczęli bić brawo i wołać, że  super tańczymy! No cóż, mam to wrodzone wyczucie rytmu.

 

Deszcz ratuje resztki moich sił

Bycie gwiazdą i celebrytą jest potwornie męczące. Po godzinach podlegania głaskom, tańczenia i jedzenia kiełbasek, a właściwie po tych intensywnych trzech tygodniach na Słowacji moje baterie w końcu się wyczerpały. Pokładałem się to przy nodze mojej Pańci, to przy Eli, ciężko wzdychając. I wtedy, na moje szczęście, późnym wieczorem z nieba spadł deszcz. Wszyscy musieli uciekać do pokojów, a ja w końcu mogłem wyciągnąć się wygodnie na podłodze niczym czarno-podpalany dywan i zasnąć głębokim snem.

W sobotę rano obozowicze pakowali się do domów. Podobno Ela bardzo szukała mnie wzrokiem, żeby się pożegnać i utulić na drogę. Niestety, słowackie górskie powietrze i taneczne popisy tak mnie wykończyły, że smacznie chrapałem w najlepsze, śniąc o kolejnej porcji kiełbasek.
Słowacjo, byłaś pyszna, a ten górski weekend był najlepszym domknięciem naszych wakacji! Jeszcze tu wrócę!

Nero
Zdjęcia: Anna Porada

MP 10/2026