Usłyszane podczas zjazdu dziennikarzy

„Właśnie teraz trwają naloty na moje miasto” – mówi Wiktoria z Żytomierza i pokazuje mapę w telefonie, na której widać miejsca, zaznaczone na czerwono, czyli te, które właśnie są atakowane. Czerwień, niestety, dominuje. „Mieliśmy nadzieję, że Ukraińcy szybko wygrają, a to przyniesie nam zmiany na Białorusi” – reaguje Irena z Grodna. Tak się zaczyna spotkanie w Warszawie, w gronie polskich dziennikarzy pracujących na Wschodzie.

Spotykamy się w przededniu XII Zjazdu Federacji Mediów Polskich na Wschodzie, który w dniach 12 – 13 października zorganizowała Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie“. Z wieloma z tych dziennikarzy znamy się od lat, choć dawno się nie widzieliśmy. Tematy rozmów dyktuje aktualna sytuacja na świecie, ale chwilami udaje nam się wrócić wspomnieniami do czasów beztroskich. „Jacy my byliśmy wtedy szczęśliwi, ale nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy” – mówi Andżelika Plaksina z Kijowa.

Dzień później, podczas panelu poświęconego roli polskich mediów w Ukrainie, zatytułowanego „Nie pozwolić zapomnieć, nie pozwolić zamilknąć”, opisuje ze ściśniętym gardłem to, co dzieje się w jej mieście. Mówi o dzieciach wojny. Z jednym takim – kilkuletnią wnuczką – przyjechała do Polski. Dziecko, widząc lecący nad Warszawą samolot, od razu jest gotowe uciekać do schronu. Wiktoria Laskowska podczas tego samego panelu mówi o ofiarach wojny.

„Na Żytomierszczyznie mieszka jedna trzecia Polaków zamieszkujących Ukrainę. Co drugi człowiek to nasz, więc nic dziwnego, że spotykamy się nie tylko na imprezach kulturalnych, ale także na pogrzebach” – opisuje smutną rzeczywistość.

Kiedy jedziemy samochodem do siedziby Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie za chwilę rozpocznie się zjazd, luźno rozmawiamy sobie z przedstawicielkami mediów z Białorusi, Kirgistanu, Ukrainy i Czech. Opowiadamy swoje historie, jak znalazłyśmy się tam, gdzie mieszkamy. Podział jest widoczny: ja i Zenona z Kirgistanu to emigracja sercowa, pozostałe panie urodziły się w krajach, w których mieszkają.

„Kiedy jako kilkuletnia dziewczynka dowiedziałam się, że nie mieszkam w Polsce, byłam bardzo zdziwiona” – wspomina Irena z Grodna, która wyrastała w otoczeniu samych Polaków. „U nas też granice przesuwano, moja rodzina nie zmieniała miejsca zamieszkania“ – mówi Halina Szczotka z Zaolzia. To ona jest głosem Polaków na Wschodzie, bowiem piastuje funkcję prezesa Federacji Mediów Polskich na Wschodzie. I to ona otwiera zjazd mocnym przemówieniem podczas panelu dotyczącego finansowania mediów polskich na Wschodzie.

„Dotacje z Senatu RP na media w tym roku zostały obcięte o połowę, a przecież my nie zabiegamy o jałmużnę, ale mówimy o pieniądzach za rzetelną pracę“ – grzmi Halina, która jest redaktor naczelną pisma „Zwrot”. Redakcje na Zaolziu otrzymują dotacje z Polski, ale mogą liczyć na wsparcie także od państwa Czeskiego (podobnie jak „Monitor“ na Słowacji), ale media za wschodnią granicą Polski takiej pomocy nie mają, nic więc dziwnego, że obcięte dotacje odczuwają dotkliwie.

Dla niektórych oznacza to zamknięcie działalności wydawniczej. „A tymczasem Federacja Rosyjska przeznacza ok. 2 milionów złotych tylko na dezinformację skierowaną na Polskę“ – ocenia Rajmund Klonowski z Wilna, podkreślający ogromne możliwości mediów polonijnych, które te dezinformacyjne ataki odpierają.

„Nie każdy, kto ma komórkę, jest dziennikarzem; praca dziennikarza to misja przewodnika“ – mówi Andrzej Poczobut, dziennikarz z Grodna, który za swoją polityczną działalność był więziony przez reżim Łukaszenki. Dopiero niedawno, po negocjacjach USA z władzami białoruskimi został zwolniony, więc jego obecność jest szczególnym wsparciem dla dziennikarzy ze Wschodu. „Trudno znaleźć wartościowych współpracowników, a wy tworzycie drużyny, dlatego ważne jest, żeby one przetrwały“ – argumentuje gość specjalny zjazdu.

Jeszcze po skończonych całodziennych obradach rozmawiamy przy wspólnym stole. Dzielimy się swoimi radościami, snujemy plany na przyszłość. Dla dziennikarzy z Ukrainy są one uwarunkowane tym, co się będzie działo w ich kraju. My zaś wszyscy myślimy o tym samym – oby nikt z nas nie musiał sprawdzać w telefonie, czy jego miasto na mapie nie zostało oznaczone na czerwono.

Małgorzata Wojcieszyńska, Warszawa

Zdjęcia: Małgorzata Wojcieszyńska, Apolinary Klonowski