Z okazji okrągłego jubileuszu Klubu Polskiego rozmawiamy z wieloletnią prezes Klubu Polskiego w Koszycach, Stefanią Gajdošovą Sikorską.
PIĘKNY TRZYDZIESTOLATEK
Jaki był Twój pierwszy kontakt z Klubem Polskim?
Przyjechałam do Koszyc w 2003 r. do pracy. I jakimś cudem znalazłam się na wystawie w muzeum Lofflera. Tam poznałam Tadeusza Błońskiego, ówczesnego prezesa Klubu Polskiego w Koszycach, a jednocześnie artystę, pracownika Uniwersytetu Technicznego.
Tadek zrobił na mnie duże wrażenie i widziałam, jak bardzo się uradował, że mógł ze mną porozmawiać po polsku. On się autentycznie cieszył, że spotkał osobę z polskim pochodzeniem i od razu mnie zaprosił na Dni Polskiej Kultury w Koszycach. Tak się zaczęła moja przygoda z Klubem.

Co było potem?
Spotkania klubowe, ale przede wszystkim plenery artystyczne, które organizowali w ramach Klubu Polskiego Tadeusz i jego żona Zdenka. To było coś! Byłam zachwycona, że mogę w nich brać udział, ponieważ to moja działka zawodowa, więc mogłam tworzyć i być jednocześnie wśród innych twórców. Mnóstwo inspiracji tam zyskałam. To był nowy rozdział w moim życiu zawodowym i towarzyskim.
Wcześniej nigdy nie pracowałam tak, żeby ktoś na mnie patrzył, gdy maluję, ale i ja mogłam podglądać, jak pracują inni. Dzięki Klubowi wzięłam udział chyba w dziesięciu plenerach i tylu wystawach, bo po każdym takim plenerze mieliśmy zbiorowe wystawy. Pamiętam, jak całą grupą podróżowaliśmy na jedną z takich wystaw, która odbywała się na zamku w Marchegg w Austrii. Było to wyzwanie, ale i mnóstwo radości, śmiechu i wygłupów.
Potem Zednka Błońska zorganizowała plener dla dzieci, obecnie Ty je prowadzisz.
Tak, już 10 plenerów za mną. Moi pierwsi podopieczni sprzed 10 lat, to już dorośli ludzie. Bardzo lubię te plenery, bo na co dzień także uczę młodzież w szkole artystycznej, więc podczas tygodniowego wyjazdu mogę dzielić się wiedzą z dziećmi z polsko-słowackich rodzin.
To co prawda inne plenery, ale też bardzo ciekawe. Oczywiście, wymagają dużego zaangażowania i odpowiedzialności. Trzeba też podkreślić, że to nie jest jakieś tam byle malowanie, ale mamy plan na tydzień, co chcemy osiągnąć, by na koniec efekty tej pracy artystycznej pokazać na wystawie w ratuszu w Liptowskim Mikulaszu.

A jak wspominasz czas, kiedy na czele Klubu w Koszycach stała Ula Szabados?
Pamiętam, jak przyjechała do nas na jeden ze wspominanych plenerów dla dorosłych. Ona była tak serdeczna i wciąż uśmiechnięta. Potrafiła się cieszyć tym, że jest wśród artystów. W końcu sama też była artystką – muzykiem. Potem, gdy Tadeusz Błoński przeprowadził się do Polski, to Ula stanęła na czele naszego Klubu.
Myśmy się wtedy zaprzyjaźniły, pomagałam jej w organizacji różnych spotkań polonijnych w Koszycach, ale też często razem podróżowałyśmy do Bratysławy, by brać udział w imprezach tamtejszej Polonii. Tak się zrodziły silne, przyjacielskie więzi z niektórymi Polakami, czy polsko-słowackimi rodzinami, mimo że dzieliły nas i nadal dzielą setki kilometrów. Ba, nawet wspólnie spędzaliśmy urlopy.
Która z imprez Klubu w Koszycach zapadła Ci w pamięci?
Braliśmy udział w festiwalu zup, które najpierw gotowaliśmy, a potem były one sprzedawane w ulicach Koszyc – cały zysk był przeznaczony na cele charytatywne. Fajnie było się spotkać, razem gotować, pobyć ze sobą.
Zdecydowaliśmy wtedy, że ugotujemy polską zupę à la Meksyk, ponieważ mamy tu rodzinę z Meksyku. Wtedy wyzwaniem był zakup odpowiedniej przyprawy do tej zupy, jeździliśmy po nią do specjalnego sklepu przez całe miasto. Wtedy zauważyłam, że ten Klub ożył – połączyło nas wspólne wyzwanie.
Gdzie się spotykacie?
Te nasze spotkania są często także spotkaniami prywatnymi, bo znajomości między nami przerodziły się w przyjaźnie. Od kiedy jest konsulat, to spotykamy się tam. Tam organizujemy spotkania świąteczne, wspólnie ubieramy choinkę, robimy ozdoby, wystawy, wspólnie się bawimy i biesiadujemy.
mw

Zdjęcia: Stano Stehlik






