Siła kompromisu

 CZUŁYM UCHEM 

Otwarcie i uczciwie muszę przyznać, iż artykuł ten piszę niechętnie i wbrew sobie. Ba, robię to z żalem! Nigdy nie byłem fanem Lombardu ani Grzegorza Stróżniaka, ale od zawsze byłem fanem głosu Małgorzaty Ostrowskiej. Głosu zmysłowego i drapieżnego jednocześnie, głosu o niepojętej dla mnie sile.

To dlatego twórczość zespołu dzielę na piosenki, które są śpiewane przez Małgorzatę Ostrowską i resztę. Co nie znaczy, że ta reszta jest zła, bo czasami jest wybitna, ale Ostrowska ma w głosie coś takiego, że nawet słabszy motyw muzyczny przeobrazi w totalną petardę.

A jeżeli trafi się jej dobry utwór, to potem mamy takie pomniki jak Taniec pingwina, Na szkle, Gołębi puch czy Szklaną pogodę. Skąd zatem ten żal? Bo wybierając album do dzisiejszego artykułu, musiałem sam przed sobą uznać, że jedynym sprawiedliwym wyborem będzie wybór albumu, na którym nie ma ani jednego przeboju (patrząc z dzisiejszej perspektywy), a wokalnych petard Ostrowskiej jest jak na lekarstwo. Za to jest dużo Stróżniaka i syntezatorów. Taka jest Szara maść.

Wydany w czerwcu 1984 r. koncepcyjny album Szara maść jest swego rodzaju komentarzem do polskiej rzeczywistości po stanie wojennym. Mówi się o nim, że jest połączeniem muzyki elektronicznej i rockowej, ale to opinia trochę przesadzona. To pełnokrwisty rockowy album z lekką naleciałością nowej fali, rocka progresywnego i bardzo udanym mariażem brzmień elektronicznych z gitarowymi.

Nie znalazłem potwierdzenia tego w dostępnych materiałach, są bardzo skąpe, ale tak na ucho, końcowy bardzo dobry efekt jest w dużej mierze zasługą realizatorów Ryszarda Glogera i Andrzeja Bąka ze Studia Polskiego Radia „Giełda” w Poznaniu, gdzie dokonano nagrań. Album brzmi bardzo agresywnie, surowo i selektywnie tam, gdzie to jest potrzebne. Lubię takie brzmienie.

Słychać, że kluczem do decyzji realizatorów było dobro nie tylko utworu jako całości, ale również albumu. Ciekawym zabiegiem było zrezygnowanie z przerw między utworami, które albo zachodzą na siebie, albo są połączone „fabularyzowanymi” wstawkami dźwiękowymi. Podobne efekty stosował później zespół Coma.

Album otwiera taka właśnie wstawka, która jako intro wprowadza nas do klimatu całości. Po minucie ambientowych dźwięków uderza w nas potężny syntetyczny bas i rozpoczyna się Stan gotowości, chyba najbardziej rozpoznawalny utwór z płyty, bardzo zimnofalowy i klaustrofobiczny, kojarzący się z Low Davida Bowiego.

Potem robi się bardziej rockowo. Plaża fok daje nam najwięcej głosu Małgorzaty Ostrowskiej. Co ciekawe, zarówno w tym, jak i w poprzednim utworze wokal piosenkarki jest zepsuty przez użyte efekty. Cierpi na tym perfekcyjna dykcja artystki, ale z drugiej strony jej śpiew staje się jakby kolejną warstwą instrumentalną i nie dominuje nad całością.

Uwagę zwracają Darwiniści – energetyczny zastrzyk dla całego albumu i mój ulubiony tekst na płycie, w którym chyba najlepiej czuć rękopis Jacka Skubikowskiego, autora wszystkich tekstów na płycie. Stronę B otwiera Wąwóz Kolorado, być może najciekawszy muzycznie utwór z fajnymi rozwiązaniami w aranżacji. Na stronie B zwraca uwagę również tytułowa Szara maść i instrumentalne EKG, kończące całość.

Album trzyma wysoki poziom od początku do końca. Jest bardzo równy, dobrze brzmiący. Słucha się go z przyjemnością nawet po ponad czterdziestu latach od premiery. A i piękna, odważna okładka do dziś robi wrażenie. Szkoda jedynie, że właściciele marki nie dbają o fanów, bowiem darmo szukać klasycznych albumów Lombardu w streamingu i w sklepach. Dostajemy za to w zamian jedynie pakiet odgrzewanych kotletów.

Łukasz Cupał

MP 7-8/2025