Pod żaglami i pod mostem (reportaż z Australii, cz. 3)

Robiliśmy do niej kilka podchodów, podziwialiśmy z różnych miejsc – z drugiego brzegu Port Jackson, z mostu Harbour, z okien samochodu, z poziomu statku, by wreszcie koło niej pospacerować. A potem? Po prostu ją zwiedzić! Jest niesamowita! Architektoniczna perełka, która – zanim powstała – przeszła różnymi turbulencjami. Panie, Panowie, oto ona – opera w Sydney!

 

Przejażdżka „wieszakiem“

Już pierwszego wieczoru, zaraz po przylocie do Australii, chcieliśmy do niej podjechać, wsiedliśmy więc do samochodu, który na czas naszego pobytu wypożyczyliśmy, i ruszyliśmy do centrum Sydney. Niestety, wystarczyła mała pomyłka – skręciliśmy o jedną ulicę za późno – i już mknęliśmy po wspaniałym moście Harbour na drugą stronę zatoki. A most? To również architektoniczna perełka. Potocznie nazywany jest wieszakiem. Kiedy patrzę z boku na jego kształt, zupełnie mnie nie dziwi to określenie – most lamuje bowiem łuk, którego najwyższy punkt znajduje się 134 m nad poziomem zatoki Port Jackson. Po tym łuku można się wspinać – to jedna z atrakcji turystycznych dla odważnych.

Prace nad mostem rozpoczęto w 1921 r. wg projektu Johna Bradfielda, a do użytku oddano go w 1932 r. Jego szerokość, wynosząca 48,8 m, pozwoliła na wpisanie go do Księgi rekordów Guinnessa! Most ma osiem pasów ruchu, dwa tory kolejowe oraz chodnik i ścieżkę rowerową. Jego długość to 1149 m. Przejeżdżaliśmy nim podczas naszej kilkunastodniowej wizyty w Sydney wielokrotnie, obserwowaliśmy go z wieży widokowej Tower Eye z wysokości 309 m, a nawet ze statku. Jest rzeczywiście imponujący! Wraz z sąsiadującą z nim operą tworzą świetny duet.

Cała w różu!

By zwiedzić operę, kupiliśmy bilety, dzięki czemu dostaliśmy się do różnych pomieszczeń, przespacerowaliśmy się wieloma korytarzami, podziwialiśmy brutalistyczne elementy wkomponowane w szklane tafle okien. Pokonaliśmy setki schodów, zrobiliśmy tysiące kroków i zobaczyliśmy to, czego nie widać na zewnątrz. Największe wrażenie na mnie zrobiła największa z sal, utrzymana w różowej tonacji: różowe fotele, różowo-bordowa dekoracja sceny, do tego kremowe ściany i sufity ze specjalnym oświetleniem.

W foyer przed nią dominuje fioletowy dywan, co w kombinacji z widokiem na zatokę daje niesamowity efekt. Bo to właśnie całe foyer znajduje się „pod żaglami“, wypełnionymi olbrzymimi taflami okien, co pięknie koresponduje z turkusową wodą zatoki. Gigantyczne przeszklenia opery tworzą łączną powierzchnię 6223 m2. Wykonano je ze specjalnego szkła w kolorze topazu. Odwiedziliśmy także inną salę, w której właśnie trwały próby teatralne, a która była utrzymana w odcieniach granatu. Przedsionek do tejże sali także stanowiło foyer – oczywiście z widokiem na zatokę! Kto takie coś wymyślił? To geniusz!

 

Geniusz, który się wycofał

Ten geniusz to duński architekt John Utzon, który stanął do konkursu, ogłoszonego przez australijski rząd w 1955 r. Podobno zainspirowały go przypadkowo znalezione zachodzące na siebie muszle małży. Na miejsce budowy wybrano przylądek Bennelong Point w zatoce Sydney. Wcześniej mieścił się tu stary fort obronny, zamieniony w zajezdnię tramwajową, którą z chwilą rozpoczęcia budowy rozebrano. Prace nad budową opery rozpoczęły się w 1959 r., zatrudniono 10 tys. budowniczych.

Po jakimś czasie John Utzon zrezygnował z kontynuacji swojego dzieła, a jego miejsce zajął architekt Peter Hall. Od przewodniczki, która przez godzinę oprowadzała nas po operze, dowiedzieliśmy się, że pod koniec lat 60. ubiegłego wieku zrodził się nawet pomysł, by dokończenie opery porzucić. Naprawdę? Coś takiego miało miejsce w Australii? Marna to pociecha, że także tamtejsi politycy mogliby coś spartaczyć, ale na szczęście tak się nie stało. Co prawda Utzon do Sydney już nie powrócił, ale jego dzieło zostało dokończone.

Uroczyste otwarcie

Operę otwierała 20 października 1973 roku Królowa Elżbieta II. Wtedy miała wręczyć Duńczykowi odznaczenie, ale ten na uroczystości się nie pojawił. Co ciekawe, prace nad budową opery miały trwać 7 lat, ale przedłużyły się do 14,  wstępny budżet wynosił 7 mln dolarów, ale wzrósł do 102!

Budynek został finalistą konkursu na Siedem Nowych Cudów Świata, a w 2007 r. wpisano go na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Osadzony jest na 588 betonowych filarach, zanurzonych w morzu na głębokość 25 m. Na nich opierają się podwyższone podesty, na których z kolei zbudowane zostały charakterystyczne zadaszenia w kształcie żagli.

 

Jak na żaglowcu

Spacerując po różnych kondygnacjach wokół opery, człowiek ma wrażenie, że to jakiś gigantyczny żaglowiec z wieloma pokładami. Obok znajdują się bary, kawiarenki – tu najczęściej docierają turyści, by sfotografować operę z bliska. Ten odkryty dziedziniec to także łatwa do kształtowania przestrzeń, gdzie odbywają się imprezy na świeżym powietrzu – właśnie tego dnia, kiedy zwiedzamy operę, trwają prace przygotowawcze do wieczornego koncertu pod gołym niebem. Tu najważniejszym elementem są ogromne schody, które służą za widownię.

Sześć nie byle jakich sal!

A jakie sale znajdują się w środku? Największa to wspomniana różowa Concert Hall, która pomieści 2679 gości. To tu znajdują się największe organy mechaniczne na świecie. Złożone są z 10154 piszczałek, a ich budowa trwała 10 lat. Kolejna sala to Joan Sutherland Theatre, czyli teatr wyposażony w proscenium z 1507 miejscami. Salę tę dzielą pomiędzy sobą Opera Australijska i Balet Australijski.

Następne to Drama Theatre dla 544 odwiedzających oraz Playhouse – kameralny teatr dla 398 gości. Jest jeszcze Studio na różnego rodzaju imprezy i występy (pomieści od 280 do 400 odwiedzających) oraz kameralna sala koncertowa Utzon Room.

 

Opera w liczbach

Na zdjęciach opera raz wydaje się olbrzymia, raz nieduża – wszystko zależy od perspektywy. My ją fotografowaliśmy z różnych odległości, ale tak naprawdę dopiero stojąc przed budynkiem, zdaliśmy sobie sprawę, jaki to kolos. Budowla ma wymiary 187 na 115 m przy wysokości 67 m. Odpowiada to średniej wysokości 22-piętrowego wieżowca. Człowiek tu się nachodzi, bo opera w całości zajmuje obszar o powierzchni 5798 ha. Nie do wiary, prawda?

„Łączna długość sieci elektrycznej to 650 km, długość rur przeznaczonych do chłodzenia lub ogrzewania obiektu wodą morską ma długość ponad 35 km, w projekcie wykorzystano 350 km kabli“ – informuje nas przewodniczka. W ciągu roku odbywa się tu blisko dwa tysiące wydarzeń różnego rodzaju, oglądanych przez ponad milion widzów. Kolejne osiem milionów gości to turyści z całego świata, zwiedzający najsłynniejszy budynek Australii, wśród nich 350 tysięcy korzysta z organizowanych na terenie kompleksu wycieczek, podobnych do tej, w której my wzięliśmy udział.

Ze słuchawkami na uszach

Takie wycieczki wyruszają co pół godziny, od rana do wieczora, każdego dnia – opera zamknięta jest jedynie w Boże Narodzenie i Wielki Piątek. Zwiedzanie odbywa się w grupach ok. 30-osobowych, każdy uczestnik otrzymuje słuchawki, by słyszeć głos przewodnika. Trudno utrzymać dyscyplinę wśród zwiedzających, ponieważ opera ma tyle wspaniałych zakamarków, tyle miejsc imponujących, w sam raz do fotografowania, że jedynie łączność z przewodnikiem za pośrednictwem słuchawek daje gwarancję, że dotrzemy ze swoją grupą do końca i nie zgubimy się w labiryncie korytarzy i nie dołączymy się przez pomyłkę do innej grupy.

Ze statku

Po takim spacerze serwujemy sobie jeszcze rejs statkiem, by obejrzeć operę z perspektywy wody. Jest naprawdę fenomenalna! Żałujemy jedynie, że podczas naszego pobytu nie dostaliśmy biletów na interesujący nas koncert, ale tę atrakcję zostawiamy sobie na następny raz. Tak, mamy nadzieję na powrót, gdyż Australia nas oczarowała!

W kolejnym odcinku odsłonimy mniej atrakcyjne strony Australii. A może inaczej: atrakcyjne, ale jednocześnie przerażające.

Małgorzata Wojcieszyńska, Sydney

Zdjęcia: Stano Stehlik, Małgorzata Wojcieszyńska

MP 7-8/2025