List ósmy (o pięknie i grozie bycia twarzą w twarz z bezmiarem)

Kochane Wnusie!

Od czasu do czasu ogarnia nas nieodparte pragnienie, by doświadczyć czegoś dotąd nieznanego. Tak było wiele lat temu, kiedy całą familią wpakowaliśmy się do naszej poobijanej Škody i pojechaliśmy nad jezioro Balaton na Węgrzech po to, by zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca.

 LISTY DO W. 

Nawet częściowe zaćmienie jest zjawiskiem dość rzadkim, a co dopiero całkowite! Można je bowiem obserwować tylko w konkretnym czasie w pobliżu linii przechodzącej przez środek Słońca i środek Księżyca. Stąd konieczność tej kilkusetkilometrowej podróży.

Pamiętam, jak stojąc z babcią i Waszymi rodzicami, wtedy jeszcze nastolatkami, na szczycie jednego z licznych w tamtejszej okolicy niewielkich pagórków, widzieliśmy połyskującą w oddali w coraz niklejszej poświacie powierzchnię ogromnego jeziora. Tego, co działo się ponad naszymi głowami nie sposób było obserwować nieuzbrojonym okiem, gdyż patrzenie na Słońce może uszkodzić wzrok.

Ale przez okopcone szkiełka i okulary ze spalonej kliszy, wykonane przez jednego z Waszych rodziców, widzieliśmy, jak ciemny kontur niewidocznego Księżyca wżera się w obrys Słońca, jak przysłania coraz większą jego powierzchnię. Tarcza Słońca zmieniła się w zmniejszający się szybko sierp, by w końcu zniknąć zupełnie.

Wszystko utonęło w mroku i nagle zrobiło się przeraźliwie cicho, gdyż w tej niezwyczajnej dla przyrody chwili nawet zaniepokojone ptaki przerwały swoje trele. A po kilku minutach wszystko przebiegło w odwrotnej kolejności: najpierw pojawił się ostry, rażący oczy błysk, a potem ukazywał się coraz większy sierp Słońca, w miarę jak swoją wędrówkę po niebie kontynuował Księżyc.

Inne zdarzenie. Wiele, wiele lat później, dowiedziawszy się o możliwości obserwacji komety na nocnym niebie, późnym wieczorem wybraliśmy się z babcią na Szpicę. To jedna z zamienionych w pastwiska stromych górek nad naszą wsią. Kiedy stanęliśmy na szczycie, w dolinach gęstniał już mrok.

W oknach coraz słabiej widocznych domów mrugały światełka, z oddali dochodziło porykiwanie krów, które gotowały się do spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem, a hen daleko na obrzeżach pastwisk błyskały swoimi reflektorami quady strażników pilnujących stada. Przesiedzieliśmy tam prawie pół nocy, ale komety nie udało nam się zidentyfikować. Nie mogliśmy się jednak oderwać od wspaniałego widoku Drogi Mlecznej, prezentującej się na tle ciemniejszego nieba jako pofałdowana wstęga zagęszczonych światełek – miliardów gwiazd, miliardów odległych światów.

Moje kochane, człowiek od początku swoich dziejów miał niejedną okazję do obserwowania podobnych zjawisk i zapewne zawsze wtedy przeżywał mieszane uczucia – lęk i zachwyt nad pięknem, które przenikało go na wskroś, dając iluzję zjednoczenia z bezkresną przestrzenią i obawy przed czymś, czego nie był w stanie pojąć.

Tak właśnie musiała powstać wiara w istnienie sił nadprzyrodzonych, a w ślad za nią religie. Z jednej strony miały one tłumaczyć zjawiska niezrozumiałe, z drugiej – dawać bezbronnemu ludzkiemu prochowi przynajmniej jakąś nikłą szansę sprzymierzenia się z bezmiarem i nadzieję na zjednanie sobie straszliwych sił natury.

Główni bohaterowie religii, bogowie albo Bóg, przechadzali się kiedyś po ziemi i od czasu do czasu odwiedzali ludzi w ich domach i namiotach, lub też przenikali materię, wcielali się w pędy roślin i ciała zwierząt; inni mieszkali w niedostępnych górach lub na uroczyskach w dziuplach najstarszych drzew. A potem kryli się przed wścibskim człowiekiem w coraz odleglejszych zakątkach kosmosu.

I choć widzimy i sięgamy coraz dalej, nigdy chyba nie zdołamy wychylić się poza granicę wszechświata, by zobaczyć, co jest „po tamtej stronie”, ani cofnąć się w czasie do samego punktu „zero”, momentu, w którym wszechświat powstał. Nigdy więc nie zabraknie miejsca dla bogów, a tym samym dla religii.

Wnusie moje, wierzę, że nie zakręciło się Wam w głowach od myślenia o tym wszystkim.

Wasz Dziadek

MP 9/2025