TO działa lepiej niż wakacyjne atrakcje

 ROZMOWY Z NINĄ 

Lato jest fajne, ale niestety ma jedną poważną wadę – kończy się szybciej niż jesień czy zima. Wiem, że wielu z was pewnie podróżowało, plażowało i opalało się do woli. U mnie było trochę inaczej. Tym, którzy mnie jeszcze nie znają, powiem krótko: mam genetyczną epilepsję i autyzm. To sprawia, że moje wakacje wyglądają bardziej jak… wyzwanie sportowe dla całej rodziny. Ale mimo tego i u mnie nie zabrakło  przyjemnych momentów.

 

Maraton: Kraków, Warszawa, Gdańsk

Na przełomie czerwca i lipca wybraliśmy się do Polski. Nie było to siedzenie na plaży, ale raczej maraton po Krakowie, Warszawie i Gdańsku. Najbardziej spodobał mi się Gdańsk. Stare Miasto wyglądało tak pięknie, jakby ktoś je pomalował świeżymi farbami. Wielu ludzi porównuje go do Amsterdamu, ale moja mama mówi, że Gdańsk jest ładniejszy!

Koncert życia i atrakcje gratis

I wiecie, co tam zrobiłam? W bazylice mariackiej wstałam z mojego wózka i poszłam kawałek sama. A potem zaczęłam śpiewać! Echo było tak dobre, że miałam wrażenie, iż mam własny chór anielski. A może to był ksiądz, który akurat odprawiał mszę? Tak czy inaczej – był to trochę koncert życia!

Ale nie zawsze było tak różowo. W jednym z hoteli łóżko było zupełnie inne niż to moje w domu, a dla mnie to duży problem. Przewracałam się z boku na bok, łóżko skrzypiało, mama próbowała mnie uspokoić, a ja myślałam, że nigdy nie zasnę. Udało się dopiero nad ranem. To taka atrakcja gratis – w pakiecie z rezerwacją.

 

Od śmiechu po wizyty w szpitalu

Potem nadeszły te upalne dni. Dla większości ludzi to frajda – lody, słońce, basen. A dla mnie? Więcej ataków. Większość czasu spędzałam więc w pokoju, chłodząc się pod wentylatorem. Ten wiatrak był moim najlepszym wakacyjnym przyjacielem. Kręcił się, robił powiew i wydawał taki dźwięk, który mnie bardzo uspokajał. Czasami śmieszyły mnie jego skrzydła i wtedy śmiałam się głośno.

Były też wizyty w szpitalu, bo trzeba było skontrolować moją wątrobę. Nie jest to moja ulubiona część wakacji, ale dzięki rodzicom i lekarzom udało się wszystko opanować.

 

Kiedy podbiega Max

Najbardziej jednak czekałam na powrót do mojego centrum opieki. Tam mam swoje miejsce, swoich ludzi i swój rytm dnia. A poza tym – jestem jedyną dziewczynką w grupie. To oznacza, że chłopcy bardzo się cieszą, kiedy mnie widzą. Jeden z nich, Max, szczególnie! Jak tylko przyjeżdżam, jego twarz robi się jasna, a oczy same mu się śmieją. Podbiega wtedy do mnie, przytula mnie i głaszcze po ręce. I wiecie co? To zawsze działa lepiej niż wszystkie wakacyjne atrakcje razem wzięte.

Moje lato może nie wyglądało tak jak u większości z Was. Ale było moje. Trochę trudne, trochę zabawne i pełne ludzi, którzy mnie kochają.

Nina

Zdjęcia: Ewa Sipos

MP 9/2025