Utkane z pasją

Gdybym miał urodzić się jeszcze raz, chciałbym grać jazz. Podobno cała nasza rzeczywistość to tylko zagęszczona do stanu materialnego, utkana z melanżu frekwencji iluzja. Muzyka jest więc najbliżej tajemnicy stworzenia.

 CZUŁYM UCHEM 

Bawiąc się świadomie frekwencjami, potrafimy tworzyć energię o różnym zabarwieniu, potrafimy więc tworzyć rzeczywistość. Może nie taką namacalną, za to ulotną,  nasączoną do granic naszą obecnością. Jazzmani, improwizując, dosłownie tkają rzeczywistość. Dlatego, gdybym miał urodzić się jeszcze raz, grałbym jazz! Tkałbym na trąbce albo na basie swój własny kawałek kosmosu. Tkałbym go z pasją.

Wracam do Trójmiasta, wracam do yassu i wracam do Wojtka Mazolewskiego, by wspomnieć w tym cyklu o grupie Pink Freud, której Mazolewski przewodzi. I przyznaję, że do tego człowieka i jego projektów wracałbym często w artykułach ku swojej uciesze, szkodząc tym samym mojej rubryce.

Walec pod nazwą Pink Freud toczy się od 1998 r. raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze zwala z nóg. Porusza się na granicy jazzu, punka, rocka, muzyki elektronicznej oraz całej reszty, na którą ma akurat ochotę. Jest to skórzane, wydziarane, coolowe monstrum, które pochłania rzeczywistość, trawi ją i wydala nową, lepszą, piękniejszą i bardziej czadową. Szerszej publiczności przedstawił się swoim drugim wydawnictwem Sorry Music Polska z 2003 r. Pamiętam, głośno było o tej płycie. Ja jednak nie o niej, ale o Pink Freud plays Autechre.

Autechre to brytyjski duet rodem z Manchesteru, tworzący ambitną muzykę elektroniczną. Od zawsze był źródłem inspiracji dla kolektywu z Pink Freud. Dlatego w 2016 r. zespół z Trójmiasta postanowił przygotować program oparty na utworach Autechre. Aby tego dokonać należało niełatwą przecież, pełną połamanych podziałów rytmicznych, nieoczywistych harmonii i brzmień muzykę przetransponować na język tradycyjnego instrumentarium, co było nie lada wyzwaniem. Muzycy poradzili sobie z zadaniem w iście punkowy sposób, zapisując poszczególne partie ze słuchu, a następnie składając je na nowo po swojemu. Ostateczny efekt zwalił mnie z nóg od pierwszego kontaktu z tym materiałem.

Gotowy program został zarejestrowany w katowickim klubie Hipnoza. O tym, że jest to płyta koncertowa, zdradza jedynie fakt, że między utworami słychać reakcje publiczności.

Zespół zadbał o odpowiednie brzmienie. Rafał Klimczuk gra na specjalnie przerobionym zestawie perkusyjnym, symbole są bogate, ale stłumione, na membranach podskakują drobne przedmioty, dzięki czemu cały zestaw brzmi bardzo industrialnie. Klimczuk dla mnie jest też największym bohaterem całego koncertu. Sposób, w jaki rozprawił się z nieszablonowymi podziałami rytmicznymi, budzi głęboki respekt. To jedno z moich ulubionych wystąpień perkusyjnych w ogóle.

Mazolewski gra na pięciostrunowym bezprogowym basie o potężnym brzmieniu, tworząc kontekst harmoniczny. Na saksofonie barytonowym i klarnecie gra Karol Gola, dbając o warstwę melodyjną, będąc kontrapunktem dla trąbki, która odpowiedzialna jest za część melodyjno-ambientową. Adam Milwiw-Baron dwoi się i troi, grając na tym instrumencie, samplując go i poddając brzmieniowej obróbce.

W efekcie dostajemy kawał potężnego grania, samo mięcho, czystą energię. Mógłbym się tu rozwodzić nad każdym utworem godzinami, ale po co. Krótko, do dwóch z nich wracam nader często: Bike, który usłyszałem jako pierwszy i który uwiódł mnie bez reszty, dzięki niemu dowiedziałem się o tym albumie, oraz przepiękne Cichli, które zarówno w oryginale, jak i w interpretacji Pink Freud budzi we mnie głębokie emocje: smutek, tęsknotę, nostalgię, ekscytację, zachwyt, wszystko na raz.

Lektura obowiązkowa!

Łukasz Cupał

MP 10/2025