Szczerze? Myślałam, że temat dwujęzyczności nie ma już przede mną większych tajemnic. Wprawdzie sama nie jestem osobą dwujęzyczną w świetle pojęcia dwujęzyczności naturalnej. Tę nabywa się w wyniku posiadania rodziców mówiących dwoma różnymi językami albo mieszkania od wczesnego wieku w kraju, w którym język otoczenia różni się od tego używanego w domu.
Posługuję się jednak językiem słowackim od 15 lat, jestem żoną Słowaka od 14 lat, a od 13 lat obserwuję i aktywnie uczestniczę w wychowaniu do dwujęzyczności naturalnej i zbalansowanej, czyli biegłej znajomości zarówno języka polskiego, jak i słowackiego, najpierw mojej córki, a potem jeszcze dwóch synów. Wydaje się, że to całkiem niezła baza, by nic mnie w tej kwestii już nie zaskoczyło. A jednak się myliłam.
Znam wyzwania związane z dwujęzycznością, znam jej zalety, znam trudności, które czasem stają na drodze takiego wychowania dzieci od maleńkości. Ale nie spotkałam się dotychczas z jej naprawdę ciemną stroną. Taką, która potrafi zaboleć.
Wszystko zaczęło się od przepięknej, kolorowej bransoletki z koralików, układających się w napis w języku polskim: „Droga mama”. Z takim prezentem dla mnie wrócił pewnego razu ze szkoły mój niespełna dziesięcioletni syn. Zachwyciłam się, podziękowałam, pochwaliłam. „Super – pomyślałam – mój syn wie, jakie to dla mnie ważne, że rozmawia ze mną po polsku i w słowackiej szkole pamiętał o ułożeniu polskiego napisu”.
W idealnym świecie w tym miejscu nastąpiłaby w tej historii kropka. Ale świat nie jest idealny. A wszystkie podejmowane przez nas wybory niosą za sobą konsekwencje. I tego popołudnia, które rozjaśniła moja nowa kolorowa bransoletka, dogoniły mnie negatywne skutki decyzji o wychowaniu dzieci w duchu dwujęzyczności. Spytacie, jak to! A tak…
Przedmiot, który u mnie wywołał uśmiech, u mojego syna – po początkowej dumie z przygotowania tak pięknego prezentu – pełne strachu, smutku i żalu łzy… Wręczenie mi tych kilku koralików na druciku sprawiło, że nie dał rady już dłużej trzymać gardy wysoko. Nie miał już siły robić dobrej miny do złej gry ani obracać wszystkiego w żart.
„Mamo – powiedział, zanosząc się od płaczu – ja się boję iść do szkoły, boję się, że znowu powiem przez pomyłkę coś po polsku i dzieci będą się ze mnie śmiały”. I niemal na jednym wdechu kontynuował: „Dzieci śmiały się, że jesteś droga po słowacku [narkotyk], śmieją się też z twojego nazwiska, mówią o tobie konik. Ale ja tego nie rozumiem, bo wiele moich koleżanek i kolegów było w Polsce i mówią, że im się tam podobało. Dlaczego się śmieją?”.
Widząc dezorientację mojego syna, czując jego ból i rozdarcie, poczułam, jak moje serce pęka na tysiące kawałeczków. On stanął w mojej obronie. W tamtym momencie ten mały chłopiec poczuł, że musi stać się dużym chłopcem, by bronić swojej mamy i prawa do bycia innym, do posiadania własnej tożsamości. Byłam z niego niesamowicie dumna.
Jednocześnie jednak każdą komórką swojego ciała odczuwałam smutek, który stał się jego udziałem w jakimś sensie z mojego powodu – z tego, że kiedyś związaliśmy się z jego tatą, że założyliśmy dwunarodową rodzinę, że podjęliśmy decyzję o wrastaniu w pełnym poszanowaniu i ukochaniu obu naszych tradycji i kultur. Jasne, nie jestem niczemu winna. Wybory mają swoje konsekwencje, kropka. Jednak skutki moich decyzji uderzyły rykoszetem w mojego syna. Zabolało. Jego. Ale też mnie.
Czy ta historia ma epilog? Ma, na dodatek pozytywny. Mój syn przyszedł do mnie, gdy potrzebował mojej pomocy. I dostał ją. To dla mnie i mojego męża jasny sygnał, że robimy swoją rodzicielską robotę dobrze. Nauczyliśmy się też czegoś nowego o dwujęzyczności – że owszem, choć my wierzymy i uczymy nasze dzieci, że jest to prawdziwa supermoc, to musimy być czujni i reagować, gdy otoczenie chce nas przekonać, że jest inaczej.
Dzieci mają prawo nie wiedzieć, z czego wolno, a z czego nie wolno się śmiać. To zadaniem dorosłych jest uczenie otwartości na odmienność, szacunku dla siebie nawzajem i umiejętnego stawiania granic. A mój syn? Po naszej interwencji w szkole został nauczycielem… języka polskiego. I od teraz trzy razy w tygodniu po obiedzie uczy koleżanki i kolegów polskich słówek.
Natalia Konicz-Hamada
Zdjęcie: Natalia Konicz-Hamada





