KINO OKO
Kiedy obejrzałam „Bałtyk” na 25. Sopot Film Festiwalu, trudno było mi uwierzyć, że tę opowieść zrealizowała młoda osoba o niewielkim doświadczeniu filmowym. Ma co prawda na swym koncie teledyski, spoty reklamowe i jeden film krótkometrażowy, zatytułowany „Za moich czasów”, ale „Bałtyk” to jej pierwszy pełnometrażowy godzinny dokument. Film otwierał w czerwcu tego roku prestiżowy 65. Krakowski Festiwal Filmowy. Na ekranach kin jest od sierpnia i zdobył już cztery nominacje do liczących się nagród.
„Bałtyk” jest opowieścią o pani Mieczysławie Wróblewskiej z Łeby, właścicielce wędzarni, zwanej żartobliwie „królową Łeby”. Z pozoru to zwyczajną historyjka o starszej pani, która przez ponad czterdzieści lat prowadzi w nadmorskiej miejscowości wędzarnię i sprzedaje ryby. Ta ciężka praca (to również film o etosie pracy) daje jej godziwe zarobki.
Pani Miecia jest głową rodziny i szefową, do której należy niemal zawsze ostatnie zdanie. Jej pracownicy o tym wiedzą. W Łebie, słynącej z unikatowych wydm, turyści i wczasowicze przez kilka miesięcy w roku (od kwietnia do września) chcą narzucać swój porządek. Pani Miecia to toleruje, bo właśnie te tłumy, które przyjeżdżają „po słońce i morze” to jej wierni klienci.
Dają oni Łebie złapać oddech na jesienno-zimowe miesiące i – jak mówią stali mieszkańcy – dzięki nim „lepiej bije serce Łeby”. Nic dziwnego, że od lat właśnie w sezonie, już od siódmej rano ustawiają się długie kolejki do budki „U Mieci” po najlepszą, jeszcze ciepłą rybę.
Autorką scenariusza i reżyserką „Bałtyku” jest Iga Lis, absolwentka m.in. historii London School of Economics, a prywatnie córka Kingi Rusin i Tomasza Lisa. Świat telewizji i filmu zapewne nie był jej obcy od dziecka i – jak sama mówi – zawsze ją fascynował.

Historia pani Mieci trafiła do niej przypadkiem, w czasie wakacyjnej wprawy nad morze. Zobaczyła długą kolejkę przed wędzarnią ryb, posłuchała opowieści ludzi i… zatrzymała się. Przyjeżdżała potem przez kolejne trzy lata do Łeby z ekipą filmową. Chciała, by jej bohaterowie uwierzyli, że nie robi przypadkowej filmowej etiudy, by nabrali do niej zaufania. I udało się.
Ta opowieść o upartej, bardzo pracowitej kobiecie, która fachu uczyła się od ojca, a potem sama walczyła o swoją pozycję w hierarchii niewielkiej nadmorskiej miejscowości, jest wyreżyserowana z wielkim wyczuciem. Wędzarnia jest królestwem i światem pani Mieci. I choć musiała ją przenieść, bo miejsce, na którym stała, trafiło do biznesmena o większej sile przebicia, to prestiż i uznanie dla jej pracy pozostały.
Ludzie ciągle przychodzą do niej po najlepszą wędzoną rybę. W filmie Igi Lis ciekawe są koleje losów pani Mieci, ale także osób, które jej towarzyszą, bo powoli „siły już nie te i trzeba trochę zwolnić”. Powoli też znika mikroświat słynnej nadmorskiej miejscowości, która upodabnia się do wielu innych miejsc nad morzem. Komercja ma swoje plastikowe i kiczowate prawa.

Iga Lis o życiu pani Mieci i jej otoczeniu opowiada z pewnym dystansem. Jak mówi, ten film jest swoistą „kapsułą czasu”. Morze, wydmy, drogi, prowadzące przez Łebę, przyjazdy i odjazdy turystów – wszystko to powoli się zmienia. Zmieniają się też ludzie, choć są i tacy, którzy specjalnie przyjeżdżają dla Mieci i do Mieci – od lat swoje zloty organizują u niej motocykliści.
Reżyserka owe imprezy, ale i mijający czas obserwuje razem ze swoją bohaterką, czasami rubaszną, ale zawsze z charakterem, i robi to z uniwersalnym namysłem. Tworzy klimat przenikania świata dokumentu z nostalgiczną tęsknotą za marzeniami i ich ulotnością. Nadmorskie krajobrazy, rodzajowe scenki z udziałem wczasowiczów to również atrakcyjne zdjęcia, które zrealizował w tym filmie Kacper Gawron.
Polska szkoła filmu dokumentalnego jest na pewno godna uwagi. Warto te filmy oglądać na rożnych kanałach społecznościowych i portalach streamingowych. W nich to bowiem zarówno klasycy tego gatunku, jak i zdolna filmowa młodzież pokazują nasz świat w wielu odsłonach. „Bałtyk” zatem niech będzie dobrym początkiem.
Alina Kietrys





