Ukraińskie inwestycje szansą dla Polaków na Słowacji
W smutnym czasie wojny Rosji przeciwko Ukrainie są jednak takie momenty, gdy z Ukrainy przychodzą do nas pozytywne wiadomości. I to jakie! W połowie września, po błyskawicznej budowie oddano do użytku linię kolejową europejskiej szerokości na odcinku Czop (stacja na ukraińsko-słowackiej granicy) – Użhorod (stolica ukraińskiego Zakarpacia).
W związku z tym uruchomiono pociągi na trasie Użhorod – Koszyce – Bratysława i Użhorod – Budapeszt – Wiedeń. W planach są pociągi z Użhorodu przez Koszyce, Poprad i Żylinę do Pragi. Ukraińcy się cieszą – to przełomowe wydarzenie w ramach integracji europejskiej Ukrainy. Z tej okazji do Użhorodu przyjechali prezydent Ukrainy Zełeński i słowacki premier Fico, a zatem doszło do wizyty obu polityków, co również jest dużym pozytywem. Ale to wydarzenie może też być ważne dla naszej społeczności Polaków na Słowacji. Dlaczego?
Na łamach „Monitora” wielokrotnie poruszałem temat transgranicznego wykluczenia komunikacyjnego wschodniej Słowacji, zwłaszcza w relacjach z Polską. Jesteśmy sąsiadami, a mimo to połączeń kolejowych z Polską jest jak na lekarstwo. Jeśli już, to są z Bratysławy do Warszawy przez Czechy, ale brakuje tych bezpośrednich – z Żyliny, Popradu, Preszowa, Koszyc i Medzilaborców do Polski.
Polskie elity z Warszawy niespecjalnie chcą rozwijać ten kierunek współpracy i długo można by pisać, dlaczego nie jest on dla nich priorytetem. Sporo osób, nawet tych mądrych i wykształconych, nadal patrzy na Słowację trochę z góry, myli ją z Czechami i popełnia kardynalne błędy.
To niewiarygodne, że robią to również poważni ludzie na wysokich stanowiskach! Ale przeważa coś jeszcze – przeświadczenie, że wschodnia Słowacja „nie zasługuje” na uwagę ze strony Warszawy, bo „nic tam nie ma”, bo to „peryferie Unii Europejskiej”, region bez żadnego znaczenia gospodarczego i tranzytowego, położony „na końcu świata”. Jest to oczywiście skrajnie niesprawiedliwe podejście.
Uruchomienie kolei europejskiego standardu do Użhorodu zmienia tę sytuację fundamentalnie. Z dnia na dzień Zakarpacie, jedyny bezpieczny region Ukrainy, zmienił swoją funkcję z peryferii na obwód o strategicznym znaczeniu dla integracji europejskiej naszych sąsiadów. Karpaty zawsze były dla Użhorodu barierą – ograniczały możliwości transportu, skazywały miasto i region na peryferyjność. Nagle okazały się błogosławieństwem, stając się skuteczną tarczą dla rosyjskich rakiet i dronów, które przelatują przez nie rzadko i są łatwe do strącenia.
Przyklejony do słowackiej granicy Użhorod, stolica Zakarpacia i piękne miasto, awansował do roli jednego z najważniejszych centrów spotkań ukraińskich i światowych przywódców oraz centrum ukraińsko-unijnej współpracy politycznej, biznesowej, samorządowej. Z nieco prowincjonalnego miasta stał się strategicznie ważnym hubem logistycznym, punktem przesiadkowym z szerokotorowych pociągów kolei ukraińskich na pociągi europejskich przewoźników.
Ukraina już anonsuje, że obecne połączenia kolejowe z Użhorodu do Koszyc, Popradu, Bratysławy, Budapesztu i Wiednia to tylko początek. Chce również bezpośrednich pociągów z Użhorodu do Pragi, Brna, Monachium, Berlina, a może i do innych ważnych miast europejskich.
I nagle okazuje się, że na mapie planowanych połączeń kolejowych z Użhorodu nie ma Polski. Czy Polska może sobie pozwolić na to, by zostać pominięta w tych planach? W pewnym sensie oznaczałoby to pominięcie jej w procesie powojennej odbudowie Ukrainy, na czym polskim elitom bardzo zależy. Pociągi Warszawa – Użhorod są zatem strategicznie ważne i nie szkodzi, że istnieją już połączenia z Warszawy, Lublina, Krakowa i Przemyśla do Lwowa, Kijowa i Kowla.
Utworzenie pociągów Użhorod – Koszyce – Tarnów – Kraków – Warszawa oznaczałoby przełom również dla Polaków na Słowacji, którzy w końcu zyskaliby dogodne połączenia z Polską.
Cała sytuacja pokazuje, jak zagmatwane są nasze losy, bo kto by mógł jeszcze nie tak dawno przypuszczać, że Użhorod może mieć jakiś większy związek ze sprawami Polaków na Słowacji.
Jakub Łoginow
Zdjęcie: Jakub Łoginow





