CZUŁYM UCHEM
Trzeba to sobie powiedzieć otwarcie. Gdyby nie ta płyta, nasza młodość wyglądałaby inaczej. Nie trzeba było być fanem, nie było konieczne utożsamianie się z tą muzyką. Ona po prostu była, wibrowała w powietrzu, docierała podskórnie, wypełniała szczeliny w bruku, po którym stąpaliśmy.
Miała zapach ciemnych małomiasteczkowych pubów, dusznych prywatek i dziewcząt w ciężkich glanach i do granic rozciągniętych swetrach. Miała smak dzielonego papierosa, taniego wina i ciepłego chleba. Miała cierpkość i słodycz scałowanych do czerwoności ust. Tak. Gdyby nie ta płyta, nasza młodość wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie byłoby lepkiego kochaniem powietrza i samotnych powrotów nad ranem. Amen.
Ile razy słuchałem tej płyty w całości? Trzy, cztery razy przez całe życie? Może właśnie teraz słucham jej po raz piąty? A może to było więcej razy…? Doprawdy nie wiem. Nigdy nie miałem potrzeby puszczania sobie tego materiału, choć na hasło HEY odruchowo w mojej głowie pojawia się okładka tej właśnie płyty. Są tam jednak takie piosenki, do których chętnie wracam i to jakoś z namaszczeniem.
Są piosenki, które powracają do mnie i zawsze, gdy tak się stanie, czuję wdzięczność. Są też piosenki, których sam bym sobie nie puścił, ale gdy słyszę je gdzieś przypadkiem, uśmiecham się do siebie. Za największy mankament tego materiału uważam to, że w dużej części jest po angielsku, a przecież i mój ulubiony kawałek z tej płyty jest po angielsku. Taka właśnie jest płyta Fire.
Wydany w 1993 r. album Fire rozpoczął szaleństwo pod nazwą Hey. Sam zespół powstał rok wcześniej. Został założony przez gitarzystę Piotra Banacha, znanego wtedy głównie z zespołu Kolaboranci, w którym grał na perkusji. Jak sam wspomina, był to zespół z łapanki, zatrudnił w nim ludzi, których miał pod ręką. Wiedział jedynie, że wokalistką ma być Katarzyna Nosowska, z którą znał się jeszcze z zespołu Dum Dum. Banach powiedział swojej ekipie jedynie to, że za rok będą numerem jeden w Polsce. Jak powiedział, tak się stało.
Co spowodowało, że Fire zaprószył ogień? Jest kilka składowych. Przede wszystkim Banach i jego muzyczna intuicja. Cicha legenda polskiej muzyki. Nosowska i jej niezwykle drapieżny, oryginalny głos, już wtedy wysoki tekściarski poziom i osobowość. Solidne, mocne brzmienie zespołu, czyli Marcin Żabiełowicz (gitara), Jacek Chrzanowski (bas), Robert Ligiewicz (perkusja).
Szczerość wypływająca z każdego dźwięku, którą podkreśla surowe brzmienie płyty. Brzmienie, któremu jednak trochę do ideału brakuje, ale w przypadku debiutantów było to częste frycowe, które trzeba było zapłacić za pokazanie światu swojego materiału. W końcu czas i miejsce. Był głód na taką muzykę!
Przypomnijmy, że to jeszcze czasy świetności MTV i szczyt zjawiska zwanego grungem. Scena Seattle święciła swoje tryumfy, Kurt Cobain żyw był jeszcze, a Banach jako pracownik sklepu muzycznego w postpeerelowskiej Polsce miał bezpośredni dostęp do najnowszych trendów muzycznych zza oceanu, co kunsztownie wykorzystał w swojej twórczości.

Dziś trudno sobie wyobrazić, jak wielkim sukcesem był debiut Hey. Jakby z miejsca zapisał się do rockowego kanonu. Gdy w 2001 r. widziałem ten zespół na deskach woodstockowej sceny w Żarach, był już ikoną, miał na koncie najważniejsze swoje albumy, a pod sceną setki tysięcy ryczących fanów. Ale to był już Hey bez Banacha. Koniec lat dziewięćdziesiątych był trudny dla zespołu. Piotr Banach pożegnał się na zawsze z zespołem w 1999 r. Tym samym w historii Heya rozpoczął się nowy rozdział. Być może wspanialszy, ale już bez lepkiego kochaniem powietrza i samotnych powrotów nad ranem.
Łukasz Cupał
MP 11/2025





