Gdy Gosia Wojcieszyńska – za pośrednictwem fejsbukowego komunikatora – poprosiła mnie o napisanie wspomnień związanych z jubileuszem „Monitora Polonijnego”, ogromnie się ucieszyłem, a równocześnie… posmutniałem. Ożyły wspomnienia wspaniałych chwil, miejsc i ludzi, ale dotarło do mnie też, iż to historia sprzed prawie dwóch dekad. Bo z Bratysławy wyjechałem w 2007 r., po ośmiu latach pracy jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Słowacji.
PIĘKNY TRZYDZIESTOLATEK
Tak przy okazji, ale to ważne! Uważam, że powinniśmy zaprzestać używania połączenia „na Słowacji”, a mówić i pisać „w Słowacji”. Wiem, to taki utarty zwyczaj językowy i tak się mówi po słowacku, no ale Słowacja nie jest regionem geograficznym – dziś to niepodległe państwo, nie będące częścią innego, mające swoje granice i możliwe, że to „na” to rusycyzm.
Bo gdy Rosja napadła Ukrainę, dosłownie w ciągu kilku miesięcy w Polsce przestaliśmy mówić „na Ukrainie” – nasz wschodni sąsiad nie jest częścią Federacji Rosyjskiej, to samodzielne państwo i należy o nim mówić „w Ukrainie”. Choć zmiana nigdy nie została wprowadzona formalnie, dziś używamy tylko nowej formy, także w ten sposób wspierając niepodległe państwo, które broni się przed agresorem, uważającym, iż Ukraina jest częścią ich państwa. Także bardzo proszę – W SŁOWACJI!
Ale wróćmy do wspomnień. Jak wskazuje tytuł, byłem świadkiem początków i rozwoju „Monitora”. Ledwo w 1999 r. przyjechałem do Bratysławy, a już zostałem zaproszony na kolegium redakcyjne przez ówczesną naczelną miesięcznika. Danuta Meyza-Marušiaková oczarowała mnie; mówiła piękną, wręcz literacką polszczyzną i bez słowackiego akcentu, była rzeczowa i uporządkowana, co jako poznaniak szczególnie doceniałem.
Pani Danka kopciła jak parowóz. Dla mnie to był problem, bo postanowiłem sobie, że wraz z przeprowadzką do Słowacji przestanę palić. Na szczęście nie uległem i nigdy do nałogu nie wróciłem! Ale panią Danutę, pierwszą redaktor naczelną „Monitora”, zapamiętam jako doskonałego, prawdziwego ambasadora Polski i języka ojczystego.
Przełom wieków to także wielka zmiana w „Monitorze”; z biało-czarnego stał się kolorowy, a za sterami zasiadła Asia Nowak Matloñová. Kontynuowałem współpracę z miesięcznikiem, no bo jak odmówić koleżance żony? A poważnie – jej czas kierowania „Monitorem” (do 2004 r.) to najlepszy okres w stosunkach polsko-słowackich i (bo to nie to samo) słowacko-polskich.

W tym czasie prezydentami byli Aleksander Kwaśniewski i Rudolf Schuster, którzy autentycznie się przyjaźnili i to oni przyczynili się do prawdziwego zbliżenia obu państw. Dosłownie co miesiąc do Bratysławy przyjeżdżał jakiś VIP z Warszawy; prezydent, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu, ministrowie. Widać to na pierwszych stronach naszego miesięcznika; opisy tych spotkań, rozmów i podjętych podczas nich decyzji są mojego autorstwa. Taka była moja praca – informowałem Polaków o wydarzeniach w Słowacji, a – niejako przy okazji – czytelników „Monitora Polonijnego”.
Ostatnie lata mojego pobytu to początki obecnej „szefki” miesięcznika. Małgosia była i na pewno nadal jest wulkanem pomysłów, działań i nowych tematów. Od razu było widać, że ma duże doświadczenie dziennikarskie, a przy wsparciu graficznym Stana „Monitor” stał się jednym z najlepszych tytułów Polonii.
Muszę kończyć – gazeta nie jest z gumy. Chciałbym, żebyście wiedzieli, iż na podręcznej półce trzymam tylko dwa tytuły, w których są artykuły mojego autorstwa. Jeden to „Polityka”, a drugi to – tak, tak – „Monitor Polonijny”!
Do Słowacji przyjechałem trochę przypadkowo; chciałem być korespondentem w Pradze, przez wiele lat szlifowałem znajomość języka czeskiego. Już podczas pobytu w Bratysławie upewniłem się, że bardzo dobrze się stało, że zdecydowałem się na Słowację – poznaliśmy piękny kraj, sympatycznych ludzi – i że wraz z żoną (która uczyła w Polskiej Szkole w Bratysławie i Nitrze, pisała też do „Monitora” o szkole i o wyjazdach uczniów do Polski) mamy w Słowacji liczne grono świetnych znajomych i przyjaciół. Ich wszystkich, a także czytelników „Monitora Polonijnego”, serdecznie pozdrawiamy!
A o „Monitor Polonijny” – przynajmniej tak długo, jak będzie nim kierować obecna naczelna – jestem spokojny. Jeżeli ktoś ostatni wyraz zrozumiał po słowacku, to zadowolony też jestem.
Darek Wieczorek

Zdjęcia: archiwum D.W.






