List dwunasty – O czasie, który zachowuje się inaczej, niż powinien

Kochane Wnuki,

są w świecie materialnym zjawiska, które nie przestają mnie zadziwiać. Bo jak to możliwe, że plecak, ważący niby tyle samo co pięćdziesiąt lat temu, wydaje się o wiele cięższy. Albo szlak na Babią Górę. Nawet z dużo lżejszym plecakiem wygląda na znacznie dłuższy niż jeszcze kilka lat temu. A co dopiero czas!

 LISTY DO W. 

Czas odmierzany tykaniem zegarów, biciem kościelnych dzwonów czy (dawniej) fajerwerkami nocy sylwestrowych był dla mnie od zawsze jednym z najtrudniejszych do zrozumienia fenomenów. W szkole podstawowej uczono nas, że jest on wartością absolutną. Skądże znowu! Od początku uważałem, że to jakaś powszechnie powielana pomyłka. Wystarczyło bowiem, żeby pan od nielubianego przedmiotu na dziesięć minut przed dzwonkiem postanowił jeszcze pogrzebać w notesie, a czas zaczynał się wlec jak ślimak albo się wręcz zatrzymywał. A kiedy kończyły się wakacje, było dokładnie na odwrót, bo zaczynał galopować jak spłoszony ogier i w żaden sposób nie pozwalał się okiełznać.

Dopiero w liceum z newtonowskim czasem absolutnym rozprawiła się teoria względności i okazało się, że to jednak my, uczniacy ciężko doświadczani przez życie, od początku mieliśmy rację. I choć obecnie nie straszą mnie już klasówkami i rzadko kiedy wywołują do tablicy, czas zadziwia i niepokoi nadal.

Kochani, niedawno w domu jednego z Was z zadowoleniem zauważyłem półkę pełną książek o prawdziwej i baśniowej przeszłości człowieka. Sam też mógłbym Wam coś o czasach minionych opowiedzieć. O moim dzieciństwie, kiedy w całej wsi był tylko jeden telefon i tylko jeden mieszkaniec tejże wsi był właścicielem samochodu. Drogi były fatalne, a do najbliższego przystanku autobusu, odchodzącego do pobliskiego miasteczka zaledwie kilka razy na dobę, szło się prawie pół godziny. Osobnikom o usposobieniu romantycznym mogłoby się wydawać, że to były piękne, spokojne czasy. Czy ja wiem?

Jedno jest pewne: niedługo potem czas przyśpieszył. Na moich oczach rozpoczęły się loty w kosmos, człowiek postawił stopę na Księżycu, zaczęła się era komputerów, telewizji satelitarnej, Internetu, telefonii komórkowej. Czy kiedykolwiek wcześniej na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu lat dokonał się tak ogromny postęp techniczny?

I staremu robi się żal, że tych kamieni milowych nie może dotknąć jeszcze raz, wrócić tam, by dorzucić swoje trzy grosze, udzielić rad, które pozwoliłyby, być może, uniknąć błędów… Albo zajrzeć w przyszłość, dowiedzieć się, jak to się wszystko skończy? Tylko jak tego dokonać?

Podróże w czasie były tematem niejednej powieści fantastycznej. Czy już chodziło o aktywne przekraczanie barier za pomocą specjalnego wehikułu, czy też o przypadkowo zamykające się pętle czasu, łapiące w pułapkę bohaterów, uczestników lotów międzygwiezdnych. Fantazja nie zna granic. Wymyślono więc jeszcze coś innego!

Wyobraźcie sobie, że w pewnym momencie czasoprzestrzeń mogłaby ulec rozczepieniu, tworząc równoległe światy. W jednym, na przykład, ja dzisiejszy, a w drugim ja, zajmujący się czymś zupełnie innym, mieszkający gdzieś indziej, pośród innych ludzi… A może takich rozgałęzień mogłoby być więcej? I jeszcze móc skakać z jednej odnogi na drugą i podglądać swoje alter-ego!

Podglądać? Ooo, to byłoby karygodne. Na szczęście rzeczywistość jest tylko jedna, a zjawiska, zgodnie z upływem czasu, formują się w łańcuchy przyczyn i ich skutków jak w najsurowszej formie pasjansa, gdzie można wykładać tylko po jednej karcie i nie wolno cofać ruchu: każdy ruch prowadzi do nieodwracalnych konsekwencji.

Przygnębiające? Ależ skąd! To tylko sugestia, by przy podejmowaniu każdej decyzji zawsze dobrze się zastanowić, a potem nigdy jej już nie żałować. Bo i tak to nic nie da. Nasz świat jest jedynym, jaki w wyniku nieskończonej liczby zdarzeń, decyzji i ich następstw mógł zaistnieć (bo właśnie takie, a nie inne zdarzenia zaszły i takie pojęto decyzje).

A czasu (poza powieściami i filmami SF) nie da się cofnąć. I tyle.

Cześć, Basałyki!

MP 1/2026