Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego, twórcy takich dzieł, jak „Wesele”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Róża”, „Kler” czy „Wołyń”, narobił sporo zamieszania. Chodzi oczywiście o „Dom dobry”, film niedostrzeżony przez jury ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni.
KINO OKO
Mówiono wówczas o zmowie przeciw Smarzowskiemu, bowiem reżyserowi zarzucano epatowanie okrucieństwem, dokumentowanie i upowszechnianie społecznego sadyzmu, „otwieranie kręgów piekieł na ziemi”. Nazwano go też „egzorcystą narodowych demonów”. Ale jego „Dom dobry” bronił się i broni sam, ściągając do kin tłumy. Obejrzało go już ponad dwa miliony trzysta tysięcy widzów. I równocześnie ciągle jeszcze, choć od premiery mijają już trzy miesiące, dyskutuje się czy reżyser niczym tsunami wstrząsnął tym filmem i czy przekroczył – wedle niektórych – dozwolone społecznie reguły gry.
Smarzowski wielokrotnie już mówił, że bazą jego twórczości jest realizm, czyli dążenie do wiernego i obiektywnego odtwarzania rzeczywistości. Zatem jeśli opowiada w swoim filmie jakąś historię, to odwołuje się do doświadczeń, wiedzy i tego wszystkiego, co zadokumentował na dany temat. A dokumentacja do „Domu dobrego” była bardzo obszerna, wnikliwa i długa. Reżyser i scenarzysta zarazem podkreślał od pierwszego spotkania z widzami, że wszystko, co jest w tym filmie, jest z życia wzięte.
To efekt długich rozmów i spotkań z kobietami, które opowiadały mu o swoich domowych, przemocowych doświadczeniach, to również lektura wielu reportaży prasowych i książek. Smarzowski chciał, by ten film uświadomił widzom, że istnieje podstawowa różnica między przemocą a konfliktem i że przemoc wymaga natychmiastowej reakcji. Dlatego zapewne „Dom dobry” jest filmem głęboko poruszającym, przejmującym, ale również bardzo prawdziwym. I ta prawda chyba najbardziej zabolała tych, którzy próbowali zlekceważyć wagę tego dzieła.
Zmowa milczenia wokół siły filmu Smarzowskiego czy próba swoistego bojkotu tematu filmu w wykonaniu „estetów” życiowych i miłośników rodzinnego ciepełka się nie powiodła. Widzowie postanowili sami sprawdzić, ile prawdy jest w filmie Smarzowskiego. I sprawdzian się udał.
Siła „Domu dobrego” to również obsada i gra aktorska. Smarzowski wybiera do swoich filmów świetnych aktorów, którzy potrafią analizować osobowość granych przez siebie postaci. Psychologicznie prowadzą swoje role tak, by pokazać autentyczne przeżycia i to, co w danym bohaterze jest ważne, co stanowi kwintesencję charakteru. Tak też jest i w tym filmie.
Wszystko zaczyna się w „Domu dobrym” dość banalnie. Atrakcyjna, młoda dziewczyna – Gosia (w tej roli odkrycie ekranowe Agata Turkot), która w domu rodzinnym nie miała łatwo, pragnie miłości i czułości. Poznaje przypadkowo Grzegorza (w tej roli znakomity Tomasz Schuchardt), który wydaje się ideałem. Potrafi być miły, opiekuńczy, romantyczny i oddany. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo.
Na wiele niepokojących znaków i sytuacji Gośka początkowo nie zwraca uwagi. Jednak agresywne zachowania Grześka zdarzają się coraz częściej. Pojawienie się dziecka w ich związku jeszcze pogarsza sytuację. Maltretowana psychicznie i fizycznie Gośka przestaje sobie dawać radę ze sobą i z sytuacją domową. Przemoc Grzegorza staje się koszmarem. Ten filmowy duet aktorski jest po prostu perfekcyjny i tak poruszający, że Tomasz Schuchardt został oskarżony przez internautów niczym prawdziwy przemocowiec i zasypany hejtem. Aktor nie ukrywa, że w pewnym momencie zaczął się bać fali nienawiści, skierowanej pod jego adresem.

Ostatni film Smarzowskiego dosłownie zamurował wielu widzów. Po seansach, o czym mówiono i pisano, następowała martwa cisza. Ludzie z trudem opuszczali salę kinową, jakby ten film przerósł ich psychiczną wytrzymałość. Bo reżyser z całą premedytacją chciał poruszyć i wstrząsnąć, chciał z pełną odwagą i odpowiedzialnością pokazać to, co do tej pory snuło się w pokątnych opowieściach skrzywdzonych kobiet, których często nie rozumieli najbliżsi z rodziny i którym nie umiała albo nie chciała pomóc policja. Okrucieństwo i perfidia przemocy boli do szpiku kości, przenika na wskroś. I to jest ogromna siła filmu Smarzowskiego. Filmu, który należy obejrzeć, choć z pewnością nie będzie to przyjemny seans.
Alina Kietrys





