Zawsze, gdy przychodzi mi na łamach „Czułego ucha“ zmierzyć się z legendą, czuję pewne zakłopotanie. Tym większe, jeśli nie do końca z ową legendą się utożsamiam. Dużo łatwiej, dużo bezpieczniej jest snuć opowieść o rzeczach lżejszych lub bardziej familiarnych.
CZUŁYM UCHEM
Można sobie pozwolić, można puścić wodze fantazji, można sobie pofolgować i nie wystawiać się, nie narażać zbytnio, można samemu wytyczać, można podpowiadać, sugerować, a nawet wmawiać. Ale nie w przypadku legendy. Legendzie należy się namaszczenie, szacunek, estyma, zdrowy dystans; można podziwiać, ale nie dotykać. Taka słodko-porcelanowa postawa. Problem w tym, że ja przestałem wierzyć w legendy i nie ma już dla mnie świętości. Są tylko dziewczęta i chłopcy, którzy lubią grać na instrumentach.
Mrowisko Klanu pojawiło się w mojej świadomości, kiedy kończyłem szkołę średnią. Pamiętam, że miałem na tę płytę ogromny apetyt, bo to taka legenda – mówili. Bo to pionierzy – mówili. Bo w końcu to ulubiony album R. Riedla, a ja będąc psychofanem Dżemu nie mogłem zignorować takiego argumentu. Pamiętam też swoje rozczarowanie tą płytą.
Założony bodajże w kwietniu 1969 r. zespół Klan zadebiutował w roku następnym EP-ką, którą charakteryzują dwa rewelacyjne utwory, tj. Automaty – piorunująco aktualny i Z Brzytwą Na Poziomki – chyba najlepszy tytuł piosenki, jaki kiedykolwiek powstał; dynamiczna, bezkompromisowa gra (inspiracja zespołem Vanilla Fudge). To też jedna z najgorszych realizacji w historii polskiej fonografii. Polskie Nagrania nie postarały się ani o przyzwoitą jakość samego winylu, z którego tłoczono płytę, ani o okładkę.
Pierwszy, najsłynniejszy skład Klanu stanowili Marek Ałaszewski – bezsporny lider zespołu, gitarzysta, wokalista, kompozytor, a także malarz, grający na perkusji Andrzej Poniatowski, na basie Roman Pawelski, a na klawiszach Maciej Głuszkiewicz. Za teksty odpowiedzialny był Marek Skolarski.
W 1970 r. do zespołu zgłosił się Marek Lewandowski z propozycją stworzenia oprawy muzycznej do jego baletu pt. Mrowisko. Ałaszewski przystał na nią i w rok później na świecie pojawił się długogrający debiut zespołu o tym samym tytule. Ponieważ winyl ma swoje ograniczenia, materiał został okrojony – z pierwotnych 80 minut muzyki, stworzonej na potrzeby baletu, do 42 minut, mieszczących się na płycie. Co zostało wycięte, do dzisiaj w zasadzie nie wiadomo. Nie są dostępne ani nagrania, ani żadna rejestracja przedstawienia baletowego.
Muzyka zapisana na płycie to czystej krwi rock progresywny, bardzo obrazowy, okraszony skromną orkiestracją, technicznie, rytmicznie i harmonicznie bardzo zaawansowany i – trzeba to uczciwie przyznać – w swoim czasie przełomowy. W zasadzie to jakby jedna kompozycja z pojawiającymi się tu i ówdzie patetycznie śpiewanymi partiami wokalnymi. Wyróżniają się trzy utwory: Na przekór, Mrowisko i santanowska Epidemia euforii z fenomenalną grą Poniatowskiego. Okładka, łącznie z malowanym napisem, to dzieło samego Ałaszewskiego.
Może teraz wytłumaczę się z mojego rozczarowania płytą. Gdy Mrowisko w końcu zagościło na mojej półce, byłem już starym wyjadaczem, jeśli chodzi o rock progresywny. Zarywałem noce, słuchając Nocnego Szlaku Radia Kraków Jerzego Skarżyńskiego i w dobie przedinternetowej znałem już dużo klasyki od King Crimson po Porcupine Tree.
Na tej fali Mrowisko mi w ogóle nie weszło. Czegoś innego się spodziewałem. Nie znałem jednak kontekstu. Nie wiedziałem, że to muzyka do baletu, nie czułem też realiów. Zupełnie nie przekonał mnie śpiew Ałaszewskiego i – prawdę mówiąc – do dzisiaj nie przekonuje. Ale to tylko moje fanaberie. Poza tym jest to pozycja obowiązkowa.
Łukasz Cupał






