Wnusie moje,
przebudzenie do nowego dnia może wyglądać różnie. Najgorzej mają ci, których codziennie wyrywa ze snu ryczący budzik. Ale nam – emerytom – żyć nie umierać! W pogodne poranki do okien naszych sypialni delikatnie puka słoneczko, a spoza uchylonych balkonowych drzwi dobiega ptasi świergot…
LISTY DO W.
No, dość tych wygłupów! Prawda jest taka, że na starość pałeczkę sztafetową od znienawidzonego budzika przejmują zaburzenia snu i doprawdy trudno powiedzieć, co jest gorsze. Jednakże kilka dni temu cała rodzina skłóconych do tej pory mitologicznych bożków od spania doszła w mojej sprawie do porozumienia i zesłała długi i głęboki sen. Obudziło mnie szarpanie za ramię i powoli nabierający ostrości owal babczynej twarzy. Babka przyzwyczaiła się już do tego, że wstając rano, potyka się o mnie w kuchni, gdzie opatulony kocem czytam książkę, i zaczyna codzienną wymianę informacji od pytania: „Od kiedy ty tu tak siedzisz?”. Tym razem chciała jednak wiedzieć, czy ja żyję.
Z jednej strony ogarnia mnie samolubne zadowolenie, że chyba jednak jeszcze kogoś obchodzę, z drugiej – żal, że z podejmowaniem decyzji, czy już dzwonić do najbliższego zakładu pogrzebowego, czy jeszcze nie, mogła trochę poczekać. Tym bardziej, że przerwała mi jakiś sen, a ja ani rusz nie mogłem sobie go przypomnieć. Kiedy o tym powiedziałem, też jej się zrobiło żal, bo babka lubi rozmawiać o snach.
Kto by zresztą nie lubił o snach rozmawiać, a przynajmniej się nad nimi zastanawiać, skoro to takie ciekawe zjawisko. Obiektywnie – leżysz w łóżku i nie ruszasz się, co mogą potwierdzić wszyscy domownicy łącznie z psem, a tymczasem w twojej głowie wyświetla się film o dalekich krajach, w których nigdy nie byłeś i nie będziesz, rozmawiasz z ludźmi, których nie widziałeś od lat i na dobrą sprawę nie wiesz, czy jeszcze żyją, znowu wracasz do lat dzieciństwa i z poobijanymi kolanami bawisz się z kumplami w Indian i kowbojów…
Sny nie są przywilejem gatunku ludzkiego, o czym świadczyć może skomlenie przez sen naszego psa, drżenie jego łap i ruchy gałek ocznych pod zamkniętymi powiekami, jakby właśnie złapał gorący ślad zająca albo gonił wyjątkowo wrednego kocura sąsiadki. Nie są też przywilejem człowieka współczesnego, skoro zainteresowanie nimi możemy odnotować już w okresie starożytnym.
Z jednej strony uważano więc sny za wędrówki duszy, która – opuszczając ciało – odwiedza inne miejsca i czasy, spotykając po drodze bóstwa i dusze zmarłych. Z takim rozumieniem snów możemy się spotkać na przykład w żydowskiej kabale. Natomiast w czasach Homera uważano, że sny rodzą się w zaświatach i wchodzą w umysł śpiącego albo przez Bramę Rogów – to zsyłane przez bogów sny jasne i prorocze, albo przez Bramę Kości – te z kolei są fałszywe i zwodnicze; poprzez nie dobijają się do naszej świadomości demony.
Odrętwiali emocjonalnie naukowcy od kilkudziesięciu lat starają się nas wprawdzie przekonać, że sen to konieczny warunek dojrzewania i regeneracji mózgu, zaś marzenia senne są produktem ubocznym sortowania i utrwalania wpisów semantycznej i proceduralnej pamięci, ale… Już samo brzmienie tych terminów wywołuje ciarki, a na dodatek każda praca z dziedziny fizjologii snu przyznaje, że tak naprawdę to jeszcze niewiele wiadomo i że to wszystko tylko hipotezy.
Może więc dlatego ludzie nadal wolą tradycyjne tłumaczenie? Wertują senniki, by się dowiedzieć, co oznacza utrata we śnie zęba, a co brodzenie w rozwodnionej, mulistej strudze. I cieszą się z każdego spotykania z muzami, prorokami i bóstwami… Tak, to naprawdę ekscytujące. Bo w końcu któż by nie chciał przymierzyć się we śnie do spotkania z Panem Bogiem, porozmawiać z nim, dowiedzieć się tego i owego, a przy okazji sprawdzić, czy rzeczywiście wygląda jak dobrotliwy, wiecznie uśmiechnięty staruszek z długą brodą i łysiną, jak ten z atelier rysownika Jeana Effela. I wrócić.
A jak tam ze snami u Was, moi kochani? Napiszcie koniecznie!
Dziadek





